wtorek, 4 października 2011

Po przerwie (Świeża zupa #38)

The Field – Looping State of Mind

[Kompakt; 2011]

Powinienem tutaj pisać o poprzednich dokonaniach odpowiedzialnego za projekt Axela Willnera, powinienem naskrobać coś o progresach i regresach, zmianach stylistyk i nowych lub starych brzmieniach, ale tego nie uczynię. Looping State of Mind jest moim pierwszym albumem The Field i nie zamierzam tego faktu ukrywać. Zapoznałem się z jego poprzednimi dokonaniami, ale dość pobieżnie, właściwie tylko je liznąłem, by mieć jako takie rozeznanie w temacie.

W tym akapicie wypadałoby nakreślić szkic sytuacyjny – z jaką muzyką będziemy mieli do czynienia, kim autor mógł się inspirować, co można uznać za dobre, nowe, odkrywcze, a co należy umieścić na muzycznym śmietniku. Choć jedno zdanie – maksymalnie zapętlone techno obficie korzystające z atmosfery balearskich dyskotek i niemieckiej automatyki. Niby mówię wszystko, a jednak nie mówię nic, bo tak naprawdę co to oznacza?

Właściwie wszystko o tym krążku wyraża tytuł – Looping State of Mind. Nie dostajemy tutaj rozbudowanych partii i mistrzowskich solówek, wszystko oparte jest na loopach, przez co niektórym muzyka The Field może wydać się prymitywna. Niektórym ciężko będzie się przekonać do dziesięciominutowych utworów ciągle powtarzających te same motywy, ale gdyby spojrzeć na to bardziej filozoficznie, wszystko zmienia obrót – czyż Axel Willner nie mówi nam czegoś ważnego o życiu?

Niuniusiowi dobrze się przy tym śpi, a ja widzę coś więcej.

The Caretaker – En Empty Bliss Beyond This World

[History Always Favours The Winners; 2011]

Jeżeli ktoś chce poczytać coś mądrego o tym wydawnictwie, niech zmieni teraz stronę na Porcysa.

Nie mogę się zdecydować, jak odbierać Empty Bliss – czy jako powtarzane na każdym muzycznym serwisie studium zapomnienia czy próbę przeniesienia w świat zbliżony do tego z Fallouta, ewentualnie Bioshocka. Bardziej skłaniam się ku drugiej opcji, budując w głowie obraz zapomnianej przez czas sali balowej położonej gdzieś na postnuklearnym pustkowiu. Z drugiej strony mogę wyobrażać sobie człowieka, który stopniowo traci kontakt z rzeczywistością i ucieka w wyobrażenie wspomnianej wcześniej sali balowej i tak można to ciągnąć w nieskończoność.

Empty Bliss nie jest łatwym materiałem – wielu będzie odbierać ten album jako muzykę tła, ale pogrzebcie między nutami, a gwarantuję, że odejdziecie zadowoleni.

Blue Angels – Isidora

[Digitalis Ltd; 2011]

Patrzę na okładkę – onirycznie, zwiewnie, więc siłą rzeczy spodziewam się klimatów około sennych, może folk jakiś odległy, na pewno shoegaze. Pierwsze dźwięki utwierdzają mnie w przekonaniu, że zaraz pójdę spać, a kilka delikatnych, długowłosych kobiet będzie grało na gitarach i miauczało do mikrofonu. AŻ TU NAGLE. Wchodzi stopa, bije rytmicznie, niewiadomo skąd atakuje hałaśliwy dron, całkowicie znika klimat niemrawego grania, wszystko nabiera ostrości i wyrazu. Naprawdę wesoła kołomyjka, wpisująca się w ciekawy nurt drone popu. Polecam szczerze, przy okazji dodam, że oferta Digitalis jest bardzo szeroka i zapewne jeszcze kilka pozycji z ich katalogu zostanie na blogu opisanych.

Casa Del Mirto – The Nature

[Mashhh!; 2011]

Dobry włoski czilłejw, aczkolwiek sprawdza się tylko w kategorii „muzyka tła” lub „nie wiem czego słuchać, więc puszczę cokolwiek”.

Active Child – You Are All I See

[Vagrant; 2011]

Powiem wam szczerze – trochę już jestem znudzony muzyką. Usłyszałem w życiu naprawdę wiele, poczynając od klasycznego rockowego grania, a kończąc na rzeczach tak maksymalnie popierdolonych (inne słowo nie odda dobrze tego co chcę przekazać), że nawet sami twórcy nie wiedzą o co chodzi. Poza tym nudzi mnie hajpowanie przez serwisy wykonawców, którzy niewiele wnoszą, a czasami nawet sprawiają, że wszystko się cofa.

Do tego mam smutne wrażenie, że nie usłyszę już żadnej przełomowej płyty, a wszystkie albumy, które mogły jeszcze coś zmienić zostały nagrane zanim stałem się w miarę świadomym słuchaczem (lub nim się urodziłem). Ciężko jest teraz znaleźć wydawnictwo naprawdę wybitne, co do geniuszu którego zgadzaliby się wszyscy. Ostatnia płyta Kanye Westa na pewno nie jest takim albumem, podobnie jak długogrający debiut Jamesa Blake’a. Mój ziom Rudi twierdzi, że Drink The Sea The Glitch Hop jest tego typu płytą, ale nie jestem przekonany.

Dodatkowo mierzi mnie strasznie, co się wyrabia w mitycznym mejnstrimie. Radiowy pop od dawna jest trupem, którego na krótki czas wskrzesiła Adele, a dzieciaki zajawiają się albo do bólu prostacką i schematyczną quasi-trance’ową łupaniną lub opartym na charczących i pulsujących basach dubstepie i d’n’b rodem z UKF. Bogami stali się Skrillex, Nero i im podobni – zauważyłem, że nawet wśród subkultur skupionych na muzyce około gitarowej, nieznajomość tych dwóch jest straszliwym faux pas. Dlatego uciekam w ciszę lub w nagrania ambientowo-postrockowo-minimalistyczne. Staram się ukryć między niezauważalnymi strukturami i delikatnymi melodiami, ale hipsteriada też staje się nudna. Ile można szukać i słuchać utworów, których nie słyszał absolutnie nikt?

W muzyce poszukuję przede wszystkim piękna. Wykonanie nie musi być wirtuozerskie, ważne by zawarte w nim harmonie poruszyły odpowiednie neurony. Jeżeli wy też szukacie piękna You Are All I See jest odpowiednim albumem. Pomińmy fakt, że odpowiedzialny za ten projekt Pat Grossi w nowatorski sposób łączy elektronikę, pop i muzykę chóralną; zapomnijmy, że buduje większość melodii używając do tego harfy, czego poza Joanną Newsom w popie nikt nie robi; nie zwracajmy uwagi na kolaborację z Tomem Krellem z How To Dress Well. Po prostu zanurzmy się w niebiańskich (banał, ale nic innego nie pasuje) kreacjach Active Child i choć na chwilę zapomnijmy o panującej w muzyce chujozie (może i za mocno, ale nic innego nie pasuje).