[Tri Angle; 2011]
Aleca Koone’a nie pokochałem od razu, ale gdy uczucie już zakiełkowało, nie mogło przestać rosnąć. Jego zeszłoroczna epka See Birds nie dość, że miała piękną okładkę, to jeszcze proponowała nam całkowicie unikatowe rozwiązania jeśli chodzi o witch house. Bardzo powolne tempo (około siedemdziesięciu BPM), basy głębokie jak rów mariański i nibyburialowskie, ale jednak nieburialowskie samplowane wokalizy sprawiły, że Balam Acab stał się ulubieńcem, lecz odrobinę wycofanym, nieśmiałym.
Od momentu, w którym usłyszałem singlowe Oh, Why, wiedziałem, że będę czekał na pełnometrażowy debiut Balama z niecierpliwością. Szczerze zajarałem się quasidziecięcym, oddalonym śpiewem i elektroniką brzmiącą jakby została stworzona gdzieś w latach dwudziestych. Oh, Why wprawiło mnie w zachwyt, rozkochało, utuliło i przytuliło.
Oczywiście, nie mogłem powstrzymać złych myśli o Wander/Wonder. Miałem wrażenie, że po fenomenalnym See Birds (do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że w zeszły roku kompletnie to przegapiłem, traktując epkę jako kolejny hajp) Balam spieprzy sprawę, zmarnieje i zginie w mrokach muzycznej historii – nieraz przyszło nam oglądać takie przypadki. Na szczęście tak się nie stało i Alec wciąż trzyma wysoki poziom. Odrobinę zmienił stylistykę, ale tylko ciut, to wciąż dalej jest ten sam dobry Balam Acab z See Birds, tylko bardziej dojrzały. Cały czas krąży po idyllicznych krainach, ciągle używa głębokiego basu (subwoofer mocno się przyda przy odsłuchu, bez niego traci się znaczną część głębi albumu). Wędruje po leśnych polankach, gdzie sampluje sobie jakieś harfy czy inne skrzypce, obficie używa dźwięku wody, wodospadów, deszczu, spadających kropel, co sprawia wrażenie, jakby płyta została nagrana gdzieś w jaskini (takie podejrzenia można mieć już po ujrzeniu okładki).
Najbliższym nastrojowo i kompozycyjnie odpowiednikiem Wander/Wonder, jest tegoroczna epka Holy Other. Treściowo oba wydawnictwa są bardzo podobne, różni je dobór użytych środków – Holy Other ucieka bardziej w r’n’b i future garage, gdy Balam obficie czerpie z eteryczności w stylu Cocteau Twins czy My Bloody Valentine. Obu panów łączą nawiązania do Buriala, co każe się zastanowić, czy przypadkiem nie jest on najważniejszą postacią elektroniki ostatnich lat.
Wander/Wonder nie rozczarowuje, ale niektórym może wydać się trochę nudne. Nie jest to muzyka, gdzie wszystko podane jest na talerzu, dużo czasu trzeba spędzić na wyłapywaniu niuansów w utworach, ale gwarantuję, że debiut Koone’a przynosi satysfakcję. Na pewno lista roku, z tytułem najlepszej płyty poczekajmy na drugi krążek. Ja będę, a wy?
Cults – Cults
[Columbia; 2011]
Tu historia wygląda podobnie jak u Acaba – zeszłoroczna epka sprawiła, że zainteresowałem się duetem z Nowego Jorku i wyczekiwałem ich debiutu. Nie ma się co zagłębiać, więc przejdźmy do rzeczy.
Cults to Brian Oblivon (gitara) i Madeline Follin (wokal). Grają chyba wszystkie możliwe niezależne odmiany popu i nie wymyślają nic nowego. Go Outside odsyła nas do klasyki amerykańskiego surf rocka, You Know What I Mean, każe myśleć o scenie z Athens, Georgia, zwłaszcza o zespole, którego nazwa brzmiała B52s. Zdarzy się też klasyczny rock’n’roll podlany muzyką ze starych seriali kryminalnych jak w Most Wanted i trochę shoegaze’u zmiksowanego z post-punkiem jak w Bad Things. Cults obficie używają cymbałków i inncyh wysokodźwiękowych popierdółek, prostych rytmów, klaskania i indie riffów.
Tyle o nich można napisać. W kategorii muzyka wakacyjna bezapelacyjny faworyt, ale poza tym nie należy wiele oczekiwać. Ot, takie tam nieangażujące melodie, nic specjalnego.
Hail Mary Mallon – Are You Gonna Eat That?
[Rhymesayers; 2011]
Chciałem, żeby to był nowy Deltron albo Madvillain. Chciałem, żeby HMM zatrzęsło hip-hopowym królestwem. Chciałem, żeby Aesop Rock, Rob Sonic i DJ Big Wiz zmienili percepcję tego gatunku.
The Vaccines – What Did You Expect From The Vaccines?
[Columbia; 2011]
Londyn uderza! Choć ostatnio stolica Wielkiej Brytanii kojarzy się tylko z zamieszkami, wciąż gra się tam dobrą muzykę. Czterech indie chłopców postanowiło założyć band, historia typowa jak miliony innych indie opowieści, ale coś sprawiło, że akurat tymi chłopcami zainteresowały się brytyjskie media i zaczęły ich promować.
Niby kolejny hajp, ale jednak nie do końca. The Vaccines, bo tak nazywa się zespół chłopców, mają w sobie coś, co każe myśleć o nich poważnie, nie jak o kolejnym indie zespole z „the” w nazwie. Jest w ich graniu jakieś niesprecyzowane szaleństwo (mi pobrzmiewa to trochę Joy Division), jakaś radość z muzykowania. Są przewrotni, czego dowodzi już tytuł debiutu, mają zacięcie do pisania wcale niezłych melodii i co najważniejsze – w zalewie inspirowanej country amerykańskiej alternatywy proponują mocne, post-punkowe uderzenie, którego tak (przynajmniej mi) dziś brakuje. W czasach, gdy wszyscy sięgają po muzykę surferów lub ludzi gór, czwórka Brytyjczyków odświeża estetyki charakterystyczne dla przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.





















