środa, 31 sierpnia 2011

Czekałem na ciebie! (Świeża zupa #37)


Balam Acab – Wander/Wonder

[Tri Angle; 2011]

Aleca Koone’a nie pokochałem od razu, ale gdy uczucie już zakiełkowało, nie mogło przestać rosnąć. Jego zeszłoroczna epka See Birds nie dość, że miała piękną okładkę, to jeszcze proponowała nam całkowicie unikatowe rozwiązania jeśli chodzi o witch house. Bardzo powolne tempo (około siedemdziesięciu BPM), basy głębokie jak rów mariański i nibyburialowskie, ale jednak nieburialowskie samplowane wokalizy sprawiły, że Balam Acab stał się ulubieńcem, lecz odrobinę wycofanym, nieśmiałym.

Od momentu, w którym usłyszałem singlowe Oh, Why, wiedziałem, że będę czekał na pełnometrażowy debiut Balama z niecierpliwością. Szczerze zajarałem się quasidziecięcym, oddalonym śpiewem i elektroniką brzmiącą jakby została stworzona gdzieś w latach dwudziestych. Oh, Why wprawiło mnie w zachwyt, rozkochało, utuliło i przytuliło.

Oczywiście, nie mogłem powstrzymać złych myśli o Wander/Wonder. Miałem wrażenie, że po fenomenalnym See Birds (do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że w zeszły roku kompletnie to przegapiłem, traktując epkę jako kolejny hajp) Balam spieprzy sprawę, zmarnieje i zginie w mrokach muzycznej historii – nieraz przyszło nam oglądać takie przypadki. Na szczęście tak się nie stało i Alec wciąż trzyma wysoki poziom. Odrobinę zmienił stylistykę, ale tylko ciut, to wciąż dalej jest ten sam dobry Balam Acab z See Birds, tylko bardziej dojrzały. Cały czas krąży po idyllicznych krainach, ciągle używa głębokiego basu (subwoofer mocno się przyda przy odsłuchu, bez niego traci się znaczną część głębi albumu). Wędruje po leśnych polankach, gdzie sampluje sobie jakieś harfy czy inne skrzypce, obficie używa dźwięku wody, wodospadów, deszczu, spadających kropel, co sprawia wrażenie, jakby płyta została nagrana gdzieś w jaskini (takie podejrzenia można mieć już po ujrzeniu okładki).

Najbliższym nastrojowo i kompozycyjnie odpowiednikiem Wander/Wonder, jest tegoroczna epka Holy Other. Treściowo oba wydawnictwa są bardzo podobne, różni je dobór użytych środków – Holy Other ucieka bardziej w r’n’b i future garage, gdy Balam obficie czerpie z eteryczności w stylu Cocteau Twins czy My Bloody Valentine. Obu panów łączą nawiązania do Buriala, co każe się zastanowić, czy przypadkiem nie jest on najważniejszą postacią elektroniki ostatnich lat.

Wander/Wonder nie rozczarowuje, ale niektórym może wydać się trochę nudne. Nie jest to muzyka, gdzie wszystko podane jest na talerzu, dużo czasu trzeba spędzić na wyłapywaniu niuansów w utworach, ale gwarantuję, że debiut Koone’a przynosi satysfakcję. Na pewno lista roku, z tytułem najlepszej płyty poczekajmy na drugi krążek. Ja będę, a wy?

Cults – Cults

[Columbia; 2011]

Tu historia wygląda podobnie jak u Acaba – zeszłoroczna epka sprawiła, że zainteresowałem się duetem z Nowego Jorku i wyczekiwałem ich debiutu. Nie ma się co zagłębiać, więc przejdźmy do rzeczy.

Cults to Brian Oblivon (gitara) i Madeline Follin (wokal). Grają chyba wszystkie możliwe niezależne odmiany popu i nie wymyślają nic nowego. Go Outside odsyła nas do klasyki amerykańskiego surf rocka, You Know What I Mean, każe myśleć o scenie z Athens, Georgia, zwłaszcza o zespole, którego nazwa brzmiała B52s. Zdarzy się też klasyczny rock’n’roll podlany muzyką ze starych seriali kryminalnych jak w Most Wanted i trochę shoegaze’u zmiksowanego z post-punkiem jak w Bad Things. Cults obficie używają cymbałków i inncyh wysokodźwiękowych popierdółek, prostych rytmów, klaskania i indie riffów.

Tyle o nich można napisać. W kategorii muzyka wakacyjna bezapelacyjny faworyt, ale poza tym nie należy wiele oczekiwać. Ot, takie tam nieangażujące melodie, nic specjalnego.

Hail Mary Mallon – Are You Gonna Eat That?

[Rhymesayers; 2011]

Chciałem, żeby to był nowy Deltron albo Madvillain. Chciałem, żeby HMM zatrzęsło hip-hopowym królestwem. Chciałem, żeby Aesop Rock, Rob Sonic i DJ Big Wiz zmienili percepcję tego gatunku.

Jak to zwykle bywa, chcieć nie oznacza móc. Owszem, taki Garfield miażdży po całości, ale potem odnosi się tylko wrażenie, że to nie do końca to, czego oczekiwaliśmy, co nie zmienia faktu, że to dalej jedna z najlepszych tegorocznych rapowych płyt. Aesop Rock i Rob Sonic trzymają mocny tekstowy poziom,, podobnie jak bity wyprodukowane przez Big Wiza. Takie utwory jak Table Talk czy Mailbox Baseball dają nadzieję, że jeśli HMM jeszcze coś nagra, będzie to o wiele lepsze, mocniejsze i sprawniejsze. Are You Gonna Eat That czasami odrobinę przynudza, ale powtarzam – to wciąż dobra rapowa płyta i to chyba tyle.

The Vaccines – What Did You Expect From The Vaccines?

[Columbia; 2011]

Londyn uderza! Choć ostatnio stolica Wielkiej Brytanii kojarzy się tylko z zamieszkami, wciąż gra się tam dobrą muzykę. Czterech indie chłopców postanowiło założyć band, historia typowa jak miliony innych indie opowieści, ale coś sprawiło, że akurat tymi chłopcami zainteresowały się brytyjskie media i zaczęły ich promować.

Niby kolejny hajp, ale jednak nie do końca. The Vaccines, bo tak nazywa się zespół chłopców, mają w sobie coś, co każe myśleć o nich poważnie, nie jak o kolejnym indie zespole z „the” w nazwie. Jest w ich graniu jakieś niesprecyzowane szaleństwo (mi pobrzmiewa to trochę Joy Division), jakaś radość z muzykowania. Są przewrotni, czego dowodzi już tytuł debiutu, mają zacięcie do pisania wcale niezłych melodii i co najważniejsze – w zalewie inspirowanej country amerykańskiej alternatywy proponują mocne, post-punkowe uderzenie, którego tak (przynajmniej mi) dziś brakuje. W czasach, gdy wszyscy sięgają po muzykę surferów lub ludzi gór, czwórka Brytyjczyków odświeża estetyki charakterystyczne dla przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych.

Ktoś może im zarzucić, że to nic nowego i pewnie będzie miał rację, ale historia muzyki tak się potoczyła, żeby tworzyć trzeba się odwoływać do przeszłości. The Vaccines dają nam jedenaście dobrze napisanych, gitarowych piosenek i w tym tkwi ich moc. Czego się po nich spodziewałem? Miernoty, ale los bywa przewrotny, podobnie jak tytuły płyt.

środa, 17 sierpnia 2011

Trzy teksty o amerykańskiej alternatywie (Świeża zupa #36)

Gang Gang Dance – Eye Contact

[4AD; 2011]

Są tacy wykonawcy, których samo wspomnienie wywołuje irytację, czyż nie mam racji? Człowiek słyszy, dajmy na to, że Lady Gaga zdobyła kolejną z rzędu nagrodę i zaczyna gryźć go złość, więc ucieka do swoich ukochanych zespołów alternatywnych, ale zaraz! Historia się powtarza, człowiek słyszy inną nazwę i ma ochotę zniszczyć głośniki.

Mam ten problem z kanonem amerykańskiej alternatywy. Nie lubię Sufjana Stevensa, denerwuje mnie Devendra Banhart, nie jestem w stanie przekonać się do Flaming Lips. Szlag jasny trafiał mnie w zeszłym roku, gdy buszując po amerykańskich serwisach natrafiałem na peany na cześć zespolików typu Beach House, Wavves czy Arcade Fire. W tym roku denerwuje mnie hajp wokół Bon Ivera i Fleet Foxes.

Jak ma się do tego nowe wydawnictwo Gang Gang Dance? Otóż, oni też sprawiali, że musiałem dokonywać zmian w grajliście. W stan największej złości wprowadzały mnie tagi dla tego zespołu – neo-primitivist czy neo-tribal. Owszem, lubię łatkować dźwięk, ale czynię to, żebym mógł się łatwiej rozeznać, a nie bez potrzeby komplikować sprawę, jak w tym wypadku.

Wypadałoby skończyć marudzić i zacząć konkretnie mówić o muzyce. Pierwsze skojarzenia jakie nasunęły mi się podczas słuchania były związane z Animal Collective. Nastrojowo i treściowo podobne, po prostu inne brzmienie. Figurujący w podobnych wykonawcach Panda Bear tylko to potwierdził. Już miałem ze stwierdzeniem takie tam Animalowe granko, można słuchać odpuścić, ale coś mnie tknęło. Zwierzęcy Kolektyw nagrywał genialne płyty, pewien portal stwierdził nawet, że to najwybitniejszy zespół poprzedniej dekady. Może wypadałoby sprawdzić, czy w Gang Gang jest pierwiastek geniuszu?

Na pewno są pomysły. Mieszanie wszystkiego nie zawsze okazuje się być dobrą receptą na sukces, ale w tym wypadku sprawdza się wyśmienicie. Szaleńcza wyobraźnia członków grupy sprawiła, że połączenie afrykańskiej rytmiki z synth popowymi klawiaturkami i dubstepowym zacięciem jest możliwe i co najważniejsze nie razi. Otwierający album Glass Jar jest czymś w rodzaju wycieczki chłopaków z Kraftwerk po karaibskiej dżungli, przy czym nie należy zapominać, że ktoś wcześniej kazał im przy użyciu swoich zabawek grać covery Animal Collective. Singlowy MindKilla to najlepszy przykład, że muzykę Gang Gang Dance ciężko zaklasyfikować. Tropikalne techno? Chiński electropop mieszany z afrobeatem? Nie wiem co to jest, za to jestem pewien, że jest to świetne.

Wpływy Orientu leją się hektolitrami, syntezatory nachodzą na siebie i tworzą niby chaotyczną zbieraninę motywów podbijanych co rusz zmieniającymi się bitami. Są tu motywy lepsze i gorsze, ale zebrane razem stają się wybuchowe. Nastroje, tempo i brzmienie zmieniają się w zależności od części, gdyż płytka jest wyraźnie podzielona na cztery. Każdy coś tu znajdzie, gdyż jest tu wszystko.

Eye Contact potwierdza, że można mieszać eteryczne nastroje z tanecznymi brzmieniami, potwierdza również, że szaleńcy wciąż mają coś do powiedzenia. I ta okładka, jaranko!

Shabazz Palaces – Black Up

[Sub Pop; 2011]

Dzieciaku, hip-hop w Sub Popie? Gdyby większość małoletnich fanów Nirvany o tym wiedziała, na pewno siedziba wytwórni zapłonęłaby świętym ogniem bożej kary, ale dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu małoletni fani nie mają pojęcia o czymś takim jak Sub Pop. Nie wiem, co dzieje się pośród zarządu, ale decyzja by poza charakterystycznym gitarowym graniem wydawać też chillwave, IDM i hip-hop wydaje mi się być jednocześnie dziwna i zachęcająca. Kto wie, może po jakimś czasie chłopaki z Shabazz zaczną nosić flanelowe koszule i podarte dżinsy?

cLOUDDEAD jako wytrych – dziwię się, że Shabazz nie wylądowali w Anticonie. Właściwie w każdym ich nagraniu słychać nawiązania do wesołej gromadki z Oakland. Jest bardzo podobny sposób rymowania – gęsty, abstrakcyjny, często pomijający rymy – i podobna filozofia przy tworzeniu podkładów. Maksymalne zapętlenia, taśmy puszczane od tyłu, jakieś pierdzenia na basie, perkusje minimalne, nieludzko pocięte. Efekty nakładne na wokale sprawiają wrażenie obcowania z pierwszymi dokonaniami cLOUDDEAD.

Tytuły to temat na osobny akapit. W czasach maksymalnego upraszczania nazewnictwa, kolesie tytułujący jeden z kawałków Endeavors for Never (The Last Time We Spoke You Said You Were Not Here. I Saw You Though.) nie mogą pozostać niezauważeni. A jeśli do tego gęsto kładą mroczne plamy dźwięku, stosują pogłosy, a ich nawijka kręci się wokół ambitno-mrocznych spraw, tym bardziej nie można ich pominąć. Jakiś śpiew nawet się tu znajdzie.

W ogóle, chciałbym, żeby Shabazz Palaces było taką odpowiedzią na Tajlera Kreatora i jego Wilczy Gang, ale oczywiście tak nie będzie, mimo iż Black Up jest wiele razy lepsze od Goblina. Bity bardziej składne, liryki nie odrzucają i nikt nie krzywdzi karaluchów.

John Maus – We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves

[Ribbon/Upset the Rythm; 2011]

Ten pan jest profesorem filozofii i kumpluje się z Arielem Pinkiem. Razem współtworzyli Haunted Graffiti i przymioty te sprawiają, że można Johna Mausa można uznać za kolejnego boga wszystkich hipsterów świata.

Ale serio – scena skupiona wokół Pinka strasznie mnie wkurwia. Nie mogę im odmówić talentu ani umiejętności, ba, nawet ja zachwalałem zeszłoroczne Before Today Ariela, ale jest w tych ludziach coś mega mnie denerwującego. Mam wrażenie jakby próbowali być najbardziej offową grupą we wszechświecie i prawdopodobnie im tego zazdroszczę.

Freud pewnie by coś na mój temat wymyślił, lecz nie żyje i został dawno obalony, a tu mamy do czynienia z płytką, która może spokojnie kandydować do tytułu najbardziej przestrzennego albumu roku. Nawet moje umierające głośniki dają możliwość obcowania z producenckim majstersztykiem – jednocześnie jest lo-fi i nie-lo-fi, ta pięknie połączono ścieżki. Zresztą lo-fi trzeba też używać jako słowa-klucza odnośnie kompozycji. Instrumentarium zostało ograniczone do minimum czyli automatu perkusyjnego i syntezatorów z lat osiemdziesiątych. Utwory zaś podobnie jak w wypadku Before Today zabierają słuchacza na wycieczką śladem zapomnianych nagrań lat osiemdziesiątych, z tą różnicą, że Ariel Pink eksplorował rejony słoneczne, John Maus z kolei woli nową falę i coldwave. Źródeł melodii z We Must można spokojnie szukać w dokonaniach Talking Heads, Tears For Fears, Depeche Mode czy New Order. Przy pierwszym słuchaniu piosenki mogą wydawać się słoneczne i radosne, ale okładka pokazuje, że to tylko złudzenie. Znajdą się tu spokojne balladki z długim klawiszem w tle (Hey Moon) i utwory toporne, stawiające na rytm (Cop Killer).We Must Become jest próbą połączenia sprzeczności – swoistą mieszaniną światła i ciemności, ciepła i zimna, z przewagą ciemności i zimna.

Mam wrażenie, że gdyby Ian Curtis żył, był w miarę szczęśliwy i wydawał solowe płyty, brzmiałyby one jak We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves, ale tego już nie sprawdzimy, a szkoda

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Dom wiedźmy i spokojna fala - LONGPLEJE (Świeża zupa #35)



GuMMy†Be▲R! – Oakland

[self-released; 2011]

Cóż mogę napisać? Witch house w wydaniu łagodnym, ale przy tym bardzo klasycznym – jest kiczowata okładka, są rytmy a la wczesny hip-hop, trójkąty, krzyże, syntezatory ukradzione fanom gotyckiego techno i przy tym absolutny brak czegokolwiek ponad to. Ot, muzyka funkcjonalna, niezajmująca i nieirytująca, do słuchania w czasie pracy, taki Vampire Weekend dla hipsterów.

Sun Glitters – Everything Could Be Fine

[self-released; 2011]

O tym wydawnictwie powstał nawet temat na forum Ślizgu – to coś znaczy. Niby nic specjalnego, ot czilłejwik spokojny, ale coś sprawia, że będziecie chcieli sobie to zapętlić. W internetach piszą o miksie Buriala i How To Dress Well, trochę na wyrost, trochę prawdziwie. Miękkie dźwiękowe tekstury i łagodne brzmienia egzystują obok sampli eterycznych wokaliz, więc w sumie można obronić twierdzenie o miksie. Gdybym miał szukać nawiązań, dodałbym jeszcze Teebsa, mając na myśli głównie jego kolaborację z Jackhighem – dostajemy tu ten sam magiczny zestaw co we wspomnianej współpracy. Elementy glitch-hopowe mieszają się z łagodną nibyfrancuską elektroniką, a całość wydaje się być dźwiękowym zapisem pikniku na kwitnącej łące. Z lewa ptaszki, z prawa sarenki, nad nami motylki, jemy kanapki i pijemy winko, jest super, jest super!

Ssaliva – Thought Has Wings

[Leaving; 2011]

To jest dopiero rozmyte, rozmazane niczym oblany wodą obraz francuskiego impresjonisty. Jest bardzo lo-fi, czasem tanecznie, czasem psychodelicznie. Choć szczerze wątpię by człowiek odpowiedzialny za ten projekt znał Marka Bilińskiego, słyszę mnóstwo nawiązań do jego twórczości (Crayloa, Moth To Flame, właściwie w każdym kawałku). Poza tym mógłbym napisać dużo o wakacjach, plaży i takich tam, ale to już wiecie, no nie?

Washed Out – Within and Without

[Sub Pop; 2011]

Lejtmotywy chillwave’u to: plaże, wakacje, wspomnienia, wakacyjne znajomości, wakacyjne miłości, życie lekkie, łatwe i przyjemne, życie odrobinę trudniejsze, ale wciąż przyjemne, imprezki na łące/plaży/leśnej polance. Przynajmniej jeden z wymienionych motywów musi zawierać każde szanujące się wydawnictwo w tym nurcie. Poza tym to już nie chwilowa moda – przygarnięcie jednego z czołowych producentów przez Sub Pop każe twierdzić, że chillwave przynajmniej na jakiś czas wszedł do głównego obiegu.

Mimo to chillwave dalej jest schronieniem dla zbierających kasety wrażliwych chłopców w koszulach. Sypialnia, syntezator, komputer i śpiewy do mikrofonu – tak powstaje większość płyt nurtu. Ariel Pink dał podstawy, Chaz Bundick/Toro Y Moi pokazał światu, Ernest Greene/Washed Out uprawomocnia pozycję chillwave’u.

Within and Without podobnie jak Causers of This można spokojnie uznawać za jedno z opus magnum gatunku. Senne brzmienie całości podbijane jest perkusją skradzioną dyskotekom lato osiemdziesiątych, odległe wokale budują wrażenie ciepłej, letniej melancholii, której w tym roku tak niewiele. Niektórzy mogą odnieść wrażenie intelektualnej pustki tych nagrań, ale tutaj przede wszystkim chodzi o czucie, nie rozumienie. Nagrania takie jak Far Away czy You And I mają sprawić, żeby słuchacz zapadł się w kołdrę lub piasek i świetnie się z tej roli wywiązują. Ujmę rzecz wprost – piosenki z tej płyty są tak przytulne i przyjazne dla ucha, że nie umiem napisać o nich mądrze, mogę je tylko lubić i zapętlać, więc gdy na dworze pada deszcz, warto puścić choćby takie Before i w wyobraźni przenieść się na plaże Ibizy czy nawet nad nasze, swojskie morze.

Com Truise – Galactic Melt

[Ghostly International; 2011]

Słuchając VHS Sex naszła mnie taka refleksja – czyż szalejąca ostatnimi czasy chillwave’owa balanga nie jest zwyczajnym przeniesieniem złotej ery italo disco i euro disco w teraźniejszość? Przy tym utworze poczułem się jakbym był moim ojcem słuchającym Modern Talking, CC Catch, Sandry czy Mike’a Mareena. Instrumentarium to samo, motywy też, tak jak nasi rodzice bawili się przy italo disco, tak my bawimy się przy chillwave’ie. Trochę smutna sprawa, gdyż jest to kolejne potwierdzenie tezy, że w popie nic nowego już nie powstanie i do końca świata będziemy się już tylko odwoływać do lat wcześniejszych.

Galactic Melt mimo bycia swoistym kolażem złożonym z twórczości wykonawców takich jak Grandmaster Flash, Sugarhill Gang, Tangerine Dream, Prince i wymienionych wcześniej nie jest marnym powielaniem, ale muzyką świadomie patrzącą w przeszłość. Seth Haley odpowiedzialny za Com Truise połączył tu estetyki funkowe i synth popowe, czasem uciekając w strony typowo niemieckie (VHS Sex), innym razem puszczając oczko do miłośników wszelkich odmian muzyki progresywnej (Glavio). Rozpiętość szeroka, ale mimo wszystko spójna.

W tym roku do chillwave’owego pucharu świata jest tylko dwóch pretendentów – wspominany wyżej Within and Without i Galactic Melt właśnie, a kto wygra – zobaczymy. Może na scenie pokaże się jakiś nowy, utalentowany gracz?

Dom wiedźmy i spokojna fala - EPKI (Świeża zupa #34)

Holy Other – With U EP

[Tri Angle; 2011]

Witch house jako wypadkowa różnych gatunków pozwala na rozmaite interpretacje – mamy więc gotycką napieprzankę w stylu Salem czy Ritualz i podejście bardziej klimatyczne w stylu Balama Acaba, oOoOO i przedstawianego Holy Other. Skojarzenia z Burialem są banalne, ale w tym wypadku nieuniknione – pocięte sample wokali i zanikające bity nie pozwalają na to. Mamy tu modne ostatnimi czasy odświeżanie r’n’b, jakiś ambient dub i future garage, generalnie rzecz jest klimatyczna i cholernie spójna. Niby każdy z pięciu utworów prezentuje odmienne spojrzenie, a spektrum zainteresowań Holy Other rozciąga się od post-Buriala do kaseciaków z lat osiemdziesiątych, ale całość nie wzajemnie się dopełnia. Piękny materiał, idealny na nocny spacer lekko oświetloną drogą bądź na eteryczny wieczór z dziewczyną.

Clams Casino – Rainforest EP

[Tri Angle; 2011]

Clams Casino moim skromnym, niewiele znaczącym jest największym odkryciem tego roku. Jego wydane własnym sumptem instrumentale kompletnie przewróciły moje pojmowanie instrumentalnego hip-hopu i wprowadziły dużo świeżości w świat elektroniki ogólnie. Nic więc dziwnego, że natychmiast przechwyciło go Tri Angle, jedna z dwóch największych witch house’owych stajni świata.

W porównaniu do Instrumental Mixtape, Rainforest jest wydawnictwem łagodniejszym i bardziej poukładanym. Wyraźnie słychać, że nagrywane było w lepszych warunkach, ale z drugiej strony nie mogę pozbyć się wrażenia, że zmiana miejsca wpłynęła na pomysłowość Clamsa. Dalej jest gęsto, duszno i parno, struktury nachodzą na siebie i mogą sprawiać wrażenie chaotycznych. Klimat deszczowego lasu oddany został wiernie, a kończące epkę Gorilla jest walcem porównywalnym z Motivation z poprzedniej płyty. Mimo to Rainforest sprawia wrażenie, jakby był nagrywany od niechcenia i przez to nie ląduje w moim odtwarzaczu tak często jak Instrumental Mixtape. Warto odsłuchać, ale więcej wrażeń przyniesie wam debiut.

DEERDUS† – DEERDUS† EP

[self-released; 2011]

Trochę za proste to granie jak dla mnie, ale dodaję by pokazać, że w Polsce też robi się witch house, do tego całkiem porządny. Jest minimalistycznie, robotyczne wokale są na maksa niskie, perkusje tandetne i o to właśnie chodzi. Można pobierać za darmo stąd http://deerdust.bandcamp.com/.

RxGibbs – Bleu Celeste EP

[self-released; 2011]

Polecimy w kosmos i orbitując na okołoziemskiej, zaczniemy tworzyć jakiś ambient – tak pewnie myślał człowiek odpowiedzialny za ten projekt. Chillwave w wydaniu kosmicznym? Takich rzeczy jeszcze nie było; wszyscy twórcy tego gatunku uciekali raczej na plaże, nie na Księżyc. Słychać nawiązania do M83 i innych przedstawicieli nowego shoegaze’u, a rozciągniętych plam dźwięku można niemalże dotknąć. Dobra rzecz, wypada mi polecić.

Niva – Feverish Dreams EP

[Something in Construction; 2011]

Szwedzi znani są z tego, że robią najlepszy pop na świecie i nie inaczej jest w tym wypadku. Jest przyjemnie, lekko, ciepło i tak bardzo nijak, że nie jestem w stanie napisać czegokolwiek na temat tego wydawnictwa, lecz sądzę, że właśnie o to chodzi.

piątek, 12 sierpnia 2011

Ku chwale Rogatego (Świeża zupa #33)

Burzum – Fallen

[Byelobog Productions; 2011]

Będąc odrobinę znudzonym wszechobecnymi dubstepami, kolejną inwazją hip-hopu, radosnym panowaniem topornego popu w stylu Lady Gagi, postanowiłem wrócić do moich muzycznych korzeni czyli muzyki metalowej. Tak, tak, legenda głosi, że dawno temu słuchałem metalu, ale odkąd Michał D. pokazał mi Radiohead, a sam odkryłem hip-hop jakoś z jedynym prawdziwym stylem grania się rozminąłem.

W końcu nadeszła okazja, by sprawdzić jak nastoletnie upodobania do potężnych riffów i jeszcze mocniejszych bębnów przyjmę teraz. Żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę, postanowiłem zacząć od czegoś już mi znanego, bo choć cały czas staram się śledzić scenę metalową, jakoś straciłem w niej wyczucie i nie wiem co modne i fajne. Dlatego nowe wydawnictwo Burzum wydawało mi się być idealnym odnowieniem mojej miłości do metalowego grania.

Kiedyś zaczytywałem się w historiach o kościołach podpalanych przez Norwegów z wymalowanymi twarzami, o zakopywaniu ubrań w ziemi i o robieniu sobie naszyjników z części czaszki zmarłego śmiercią samobójczą kolegi. Jarałem się wtedy niesamowicie i odpalałem kasety z blackiem, czym denerwowałem cały mój blok – sąsiedzi jakoś akceptowali toporną techniawę puszczaną przez moich ziomków, ale niedostrojonych gitar już nie. Nosiłem koszulki z mrocznymi napisami, codziennie narażając się na utratę zdrowia, gdyż uczęszczałem do gimnazjum, w którym dziewięćdziesiąt procent uczniów słuchało tylko hip-hopu i techno. Czułem się wtedy strasznie offowy i tru.

Muzyka była na drugim planie, najważniejsze było, żeby się pokazać, nie będę kłamał. Lecz teraz mam parę latek więcej, doszedłem do wniosku, że za ludźmi nie przepadam i mogę skupić się tylko na muzyce. I tu pojawia się zgrzyt, gdyż Fallen nie jest w mojej opinii wydawnictwem metalowym. Mam nieodparte wrażenie, że Varg chciał nagrać coś mocnego, a wyszła mu popowa płytka wykąpana w blackowej stylistyce. Posłuchajcie Jeg Faller – przecież tak chwytliwego refrenu trudno szukać w płytach, które z marszu określa się jako pop. Oczywiście poza stereotypowym blackowym graniem obecnym na całej płycie, znajdzie się także kawałek udający ritual ambient czyli zamykający Til Hel og tilbake igjen.

Cieszę się, że Varg wydał coś takiego – jeżeli będziecie chcieli przekonać swoich znajomych do metalu cięższego niż Iron Maiden, pokażcie im ten album. Jeżeli go nie polubią, już nic ich nie przekona i niech spadają słuchać techno.

Mitochondrion – Parasignosis

[Profound Lore; 2011]

Ci Kanadyjczycy mają nieźle w głowach, muszę wam powiedzieć. Przejdę od razu do meritum – choć wolę brzmienia słabsze i melodie bardziej słuchalne, nie mogę odmówić maestrii wykonania tym chłopakom. Gitary utkane z bagnistego mułu, perkusista robi co chce, a i tak wszystko się zgrywa, growle niskie, klimat jak z samego dna piekła, po prostu coś fenomenalnego. Panowie z Mitochondrion obrzucają słuchacza szlamem, a kolejne repetycje motywów budują tak nieludzko intensywną atmosferę, że nie pozostaje nic innego, tylko wybiec z domu i zamordować pierwszą spotkaną osobę. A potem zacząć płakać.

Choć bronię się przed tym jak mogę, często zdarza mi się myśleć, że w metalu już nie powstanie nic wielkiego, że jakikolwiek metal nie jest w stanie przekazać niczego atrakcyjnego potencjalnemu słuchaczowi. Albumy takie jak Parasignosis pokazują mi, że się mylę, ukazując, że przy użyciu agresji, hipnotycznego wręcz zapętlania motywów i absurdalnie ciężkiego brzmienia można nagrać coś po prostu dobrego.

Toxic Holocaust – Conjure and Command

[relapse records; 2011]

http://www.youtube.com/watch?v=My9qWBwKKj4

Można pominąć.

Symphony X – Iconoclast

[Nuclear Blast; 2011]

Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Wokalista zaczął coś śpiewać! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Przelatuje jakiś smok! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Ubrane na czarno panny rzucają majtkami! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! NIBYELEKTRONICZNA WSTAWKA! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Znów smok! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki!

Blut Aus Nord – 777 Sect(s)

[Debemur Morti; 2011]

Tutaj nie ma litości ani finezji. Nie ma wyszukanego stylu, rytmiki, brzmienia, melodii. No dobra, czasem zdarzy się jakieś nawiązanko do shoegaze’u czy post rocka, ale to rzadko. Franczui z Blut Aus Nord jakby bali się jakiegokolwiek urozmaicania swoich utworów i postawili na powalenie słuchacza brzmieniem i szybkością. Mamy więc granie na pustych strunach, napierdalanie w bębny, wrzeszczącego wokalistę i powinniśmy być zadowoleni. Ja jestem, kupuję takie granie od razu, a żeby się uzasadnić powiem – nie można wiecznie słuchać muzyki eksplorującej, wyszukanej i offowej. Czasami trzeba zwyczajnie ponapierdalać.

40 Watt Sun – The Inside Room

[Cyclone Empire; 2011]

Ta płyta jest podstępna, bardzo podstępna. Nie można podchodzić spokojnie do wydawnictwa, które od razu atakuje wydłużonym gitarowym pasażem i wokalistą śpiewającym jakiś smutny tekst. Tacy ludzie próbują nas kupić, udając piękno. Takich ludzi należy się wystrzegać. Generalnie doom jest śliskim gruntem, gdyż można łatwo wpaść w pułapkę robienie piękna dla piękna, jak w tym wypadku. Owszem, ładnej buzi i zgranego ciała nie mogę The Inside Room odmówić, ale to wszystko to tylko pic na wodę, gdyż poza tym nie ma tu nic więcej. Jestem zasmucony i idę posłuchać Katatonii.

Helrunar - Sól I - Der Dorn Im Nebel & Sól II: Zweige der Erinnerung

[Lupus Lounge; 2011]