sobota, 30 lipca 2011

RCNZJ (Świeża zupa #32)

SBTRKT – SBTRKT

[Young Turks; 2011]

Mój przyjaciel mieszka w Nairobi. Siedzi tam już od dobrych kilku lat, uczy się, pracuje i chyba zostanie. Ostatni raz w Polsce był chyba trzy lata temu i choć bardzo chciałbym, żeby wrócił, każdy z nas ma swoją historię i prowadzi ją indywidualnym torem, więc mogę tylko liczyć, że kiedyś los je skrzyżuje. W każdym razie, gdy mój przyjaciel przyjechał trzy lata temu na wakacje do Polski, przywiózł nam prezenty. Moja ówczesna dziewczyna dostała plemienną biżuterię, wszyscy zostali obdzieleni ichnim cydrem (był bardzo dobry z tego co pamiętam. Delikatny, słoneczny i słodki). Przyjaciel rozumiejąc moją afrykańską zajawkę, przywiózł mi maskę. Nie jakąś tam podróbkę z marketu dla bogatych turystów, ale oryginalną, kenijską maskę dla dziecka. Powiedział przy tym, że na wszelki wypadek katolicki misjonarz pobłogosławił ją i skropił wodą święconą, gdyż istniało podejrzenie, że maska jest przeklęta. Przyznam szczerze, że takie opowieści wywołują we mnie ironiczny uśmiech, ale mimo to podchodzę do tego z dystansem i szacunkiem. Mam nadzieję, że coś ponad nami istnieje, a opowieści mojego przyjaciela tylko te nadzieje potwierdzały. Od tamtego czasu maska wędruje razem ze mną. Po pierwszej przeprowadzce zajęła stałe miejsce w moim pokoju, była ze mną gdy mieszkałem we Wrocławiu, w najbliższej przyszłości pewnie też pojedzie. Po jej ujrzeniu moi znajomi mówili z reguły o jaka fajna, po usłyszeniu jej historii reagowali półprzerażonym aha.

Chcę przez to powiedzieć, że maska ta jest dla mnie ważna, nie tylko jako prezent od przyjaciela, ale też jako swego rodzaju talizman. Jak to się ma do recenzowanej płyty? Wystarczy spojrzeć na okładkę. Maskowanie twarzy od zawsze jest elementem szamanizmu, tak samo od zawsze jest niezawodnym sposobem na zainteresowanie odbiorcy swoim artystycznym produktem. MF Doom odniósłby mniejszy sukces gdyby nie jego metalowa maska. Slipknot nieodwołalnie będzie się kojarzyć ludziom z chorymi maskami. Nie stwierdzę niczego nowego, ale zakrywanie twarzy nadaje artystom i ich dziełom aurę tajemniczości, a przecież nic nie sprzedaje się tak dobrze jak produkt tajemniczy i skandalizujący.

Akurat w tym wypadku skandalu nie będzie, chyba, że ktoś jako skandal odbiera niesamowitą ostatnimi czasy popularność sceny okołodubstepowej. Tego faktu nie da się zaprzeczyć, dowodem na to niech będą szalejące po sieci obrazki z napisami w stylu I love dubstep. Brytyjska scena dubstepowo-garażowa przeżywa ostatnio renesans – co chwilę wychodzą nowe świetne wydawnictwa, popularność jest podsycana, sprzedaż rośnie, ludzie w klubach bawią się dalej przy głębokich basach.

SBTRKT jest albumem, który potwierdza tezę, że dubstep nie jest już podziemny, a wszedł przynajmniej na jakiś czas do głównej fali światowej muzyki pop. Jeszcze parę lat temu było nie do pomyślenia, żeby w piosenkę puszczaną w radiu wciskać szaleńczy rytm i głęboki, pulsujący bas. Jednak w przeciwieństwie do debiutu Jamesa Blake’a Aaron Jerome (prawdziwe nazwisko producenta) nie daje nam uduchowionej i intymnej wersji dubstepu, stawiając na melodie letnie. Basy są bardziej subtelne, perkusje jakby mniej potężne, a warstwa melodyczna kreowana przez całe zastępy syntezatorów to wielki ukłon w stronę muzyki radiowej. Przydałoby się trochę więcej afrykańskich motywów, gdyż mieszanie elektroniki z brzmieniami różnych krajów z reguły wypalało (przykładem niech będzie gatunek zwany kuduro), ale niedosytu nie ma. Jeśli lubicie radiowy format i przyjazne taneczne piosenki SBTRKT jest albumem dla Was.

CHLLNGR – Haven

[Green Owl; 2011]

Ciemny las, nietoperze i pohukujące w oddali sowy. Zrywa się wiatr, drzewa zaczynają złowrogo szumieć, ale nas to nie przeraża, gdyż siedzimy bezpieczni w domku. Ogień w kominku przygasa, zbłąkane ćmy obijają się o szyby. Jesteśmy niewrażliwi na zawieruchę za oknem, aż nagle podmuch gasi ogień. Szukamy latarki, ale ta podstępnie się gdzieś ukryła. Stąpamy w kompletnych ciemnościach, a trzaski, szumy, pohukiwania i świsty z zewnątrz przerażają nas i doprowadzają do szału. W końcu znajdujemy latarkę i ponownie rozpalamy w kominku. Światło wypełnia pokój, załamując się na szklanych wazonach i drewnianych ścianach. Przytulamy się i zasypiamy.

Tak mogłaby prezentować się ta płyta, gdyby była zalążkiem jakieś opowieści. Jak na razie trudno mi wydać jednoznaczny wyrok, gdyż nie wiem czy stojący za tym projektem Steve Borth jest naprawdę utalentowany czy ma po prostu dobre wyczucie trendów. Dla mnie Haven jest wypadkową twórczości takich artystów jak Burial, James Blake, Forest Swords czy How To Dress Well, ale to twórczość Buriala i zeszłoroczne epki Jamesa Blake’a wydają się być najlepszym punktem odniesnienia. Pocięte i przerobione wokale, atmosfera rodem z gęstego lasu/śpiącego osiedla nocą, syntetyczne perkusje składają się na produkt, którego słucha się z przyjemnością, ale z ostateczną oceną musimy poczekać na następny krążek.

Moa Pillar – The Moon and Thunder Dance EP

[Gimme5; 2011]

Cudowne dziecko nie tylko rosyjskiego, ale także światowego glitch hopu powraca. Wraca z rewelacyjną okładką i nowym materiałem. Poprzednio jego dokonania można było usłyszeć na składance Fly Russia (która swoją drogą też miała niesamowitą oprawę graficzną), teraz zaś doczekaliśmy się w pełni autorskiego wydawnictwa. Można się przyczepić, że to tylko epka, ale jeżeli album będzie brzmiał tak czysto, mocno i świeżo jak ten materiał, gwarantuję wam, że będzie rewolucja. Ten dzieciak ma pomysł na swoje brzmienie, a do tego obficie i jednocześnie subtelnie czerpie z dokonań światowej elektroniki. Takie kawałki jak Water Lily czy Haema każą mi twierdzić, że za jakiś czas Rosja będzie nową twierdzą tanecznej elektroniki. Sześć niesamowicie wyprodukowanych glitchowych hiciorów – czego chcieć więcej?

Araabmuzik – Electronic Dream

[Duke; 2011]

Nadciąga wielki revival trance’u i tancznej elektroniki rodem z zachodnich Niemiec. Trochę mnie to martwi, ale pożyjemy zobaczymy, a resztą recenzji niech będzie filmik.

Ten dzieciak na pewno ma szybkie place, czas pokaże czy ma talent, bo Electronic Dream owszem jest powiewem świeżości w instrumentalnym hip-hopie, ale mnie znacznie bardziej przekonują witch house’owe patenty Clams Casino. Niemniej nie mogę odmówić temu krążkowi przebojowości i lekkości. Niby to tylko toporny, napędzany szaleńczym rytmem trance, ale coś w tym jest i może z tego wyjść coś więcej.

Arnaud Rebotini – Someone Gave Me Religion

[Blackstrobe; 2011]

Sekwencery, samplery, laptopy? Nie tutaj, tu króluje pokaźny arsenał analogowych syntezatorów. Muzyka taneczna? Owszem, ale na Someone Gave Me Religion jest coś więcej. Coś w rodzaju historii człowieka otoczonego przez technologie i cywilizację, człowieka osaczonego z każdej strony. Z każdej strony procesory, można by rzecz i w wypadku tego krążka nie będzie to pomyłka.

Trzynastominutowy początek a la Kraftwerk z uderzającym po twarzy tytułem The First Thirteen Minutes Of Love. Długie, rozciągnięte w czasie pasaże basowych syntezatorów uzupełniane są przez rejestry wysokie, niemalże anielskie. To coś niczym spacer po głównej ulicy biznesowego centrum metropolii. Zewsząd stalowoszklane wieżowce, neony, migające reklamy. Ludzie w przeciwdeszczowych płaszczach suną mokrymi ulicami, a ich aktówki mokną smutno. Jest wieczór, pada deszcz, wszyscy zmierzają na odpoczynek.

I zaczyna się. Czas płynie już inaczej, nie jest odmierzany uderzeniami w klawiaturę i liczeniem kolejnych faktur. Rolę zegarka przejmują kolejne drinki i taneczne wygibasy. Solidny rytm obezwładnia ciało, a partia syntetycznego fletu wbija się w uszy i wykręca wszystkie nerwy na lewą stronę. Bas pulsuje, głowy pogrążone w kiwaniu, przód, tył, lewo, prawo. Zaczyna się funk, dyskoteka rozpala swoje światła i neony. Lasery żerują po suficie, załamują się i nikną. Po lekkim wstępie przychodzi pora na potężny, technologiczny nokaut. Rytm się załamuje, brzmienie staje się agresywne, światła gasną. Ludzie stłoczeni w centrum parkietu nucą jakieś nieprzystające do niczego piosenki. Lampy rozpalają się od nowa, bębny miarowo odmierzają okresy między kolejnymi wycieczkami do baru.

W końcu nastaje czas na odpoczynek. Ludzie wychodzą na zewnątrz, przestało już padać i można odpalić papierosy. Po okolicy roznosi się echo klikających zapalniczek. All You Need Is Techno mówi ktoś do siebie i wraca tańczyć.

Someone Gave Me Religion jest nie tylko świetną taneczną płytą, to też opowieść o współczesnym człowieku skąpana w rytmach techno i francuskiego house’u. Biorę wszystko bez mrugnięcia okiem, nie tylko ze względu na warstwę muzyczną, ale bardziej ze względu na klimat.

Jamie Woon – Mirrorwriting

[Candent Songs/Polydor; 2011]

(Tutaj każdy z czytelników musi wstawić swoją recenzję, gdyż autor bloga kompletnie nie ma zdania na temat tej płyty i umieszczą ją, by nie została pominięta).

środa, 13 lipca 2011

Rozmarzone lato, gęsta zima (Świeża zupa #31)

▼▲▼vagina Vangi – Benighted United EP

[self-released; 2011]

Prawdopodobnie witch house jest tylko chwilowym kaprysem hipsterów i innych takich, nie zmienia to faktu, że w muzyce mroczno-tanecznej większego powiewu świeżości nie widziano od lat. Dziwne nazwy, odwoływanie się do trybalizmu i kultur plemion pierwotnych, agresywne brzmienie podszyte lo-fi i niezwykła nazwa gatunku praktycznie od razu skazały go na sukces. Niech przykładem będzie zeszłoroczne wydawnictwo Salem, które poza pierwszym krążkiem Krzyżyków (mam tu na myśli Ritualz), jest już biblią witch house’u.

Ale oto nadszedł album, właściwie epka, która ma szansę zdetronizować obecnie panującego króla. Murmańskie ▼▲▼vagina Vangi stworzyło rzecz, która w stu procentach spełnia wszystkie wymagania dobrego witch house’owego wydawnictwa – są tu zarówno najleposze chwyty z darkwave’u i coldwave’u, mamy mroczną stylistykę, maksymalnie brzydką okładkę i klimat końca świata/płonącego lasu/ludobójstwa/wstaw cokolwiek innego o negatywnej konotacji. Benighted United sprawi, że poczujecie się jak człowiek zagubiony w tundrze, otoczony przez niedźwiedzie polarne i atakowany przez śnieżne sowy. Klasyk, moi państwo, wstyd nie przesłuchać.

▼▲▼vagina Vangi – Locked Forever EP

[self-released; 2011]

Druga epka Wagin poszła w klimaty bardziej taneczne niż mroczne, chociaż nadal jest to płonące w lesie ognisko urządzone przez naćpanych kwasem miłośników gotyckiego stylu. Gdybym miał wskazać różnice między Locked Forever a Benighted United powiedziałbym, że jest mniej lo-fi, a choć brzmienie, melodie i rytmy dalej zachęcają do krwawego potlaczu czy polowania na ludzi, to jakby wszystko się uspokoiło i spokorniało. Przyjmijmy więc, że Benighted to uosobienie klasycznego, niszczącego komórki witch house’u, zaś Locked Forever to jego popowa odmiana, bardziej przyjazna, choć dalej groźna. Waginy trzeba obserwować, bo wydaje mi się, że mogą oni zawojować nie tylko podwórka witchowe, ale także ogólnotanecznoelektroniczne.

zxz – Abraxas

[self-released; 2011]

Tym krążkiem warto zainteresować się ze względu na totalnie toporną i skopconą wersję Like A Virgin Madonny, zresztą cała płyta wydaje się być trybutem dla Królowej Popu złożonym przez przedstawicieli Ciemnej Strony Mocy. Ogólnie nie jest źle, ale odnoszę wrażenie, że na Abraxas za dużo odniesień do klasyków w stylu The Sisters Of Mercy czy Bauhaus, a za mało własnej inwencji. Posłuchać można, ale to tylko takie tam granie do poplamionej krwią poduszki, nic specjalnego.

†‡† – Ghetto Ass Witch

[self-released; 2011]

CDR Krzyżyków było, przepraszam za nieprzystojne wyrażenie, pierdolnięciem, dowodem na to, że w zjadającej własny ogon muzyce może coś jeszcze wymyślić. Niby nie było to nic specjalnego, tylko fuzja istniejących już wcześniej elementów, ale mimo to CDR ucinało nogi w kolanach i gwałciło słuch. Słusznie mój kolega Rudi stwierdził, że ta płyta czyni człowieka pierwotnym, gdyż tak dokładnie było. Wracanie po nocach z Ritualzami w słuchawkach nie było najrozsądniejszym posunięciem dla co wrażliwszych jednostek, przekonałem się na własnej skórze.

Tym razem dostajemy okładkę z Lindsay Lohan, miażdżacy tytuł Ghetto Ass Witch i kolejną porcję przesterowanych kawałków. Owszem, Ritualz niby spokojnie się zaczyna, ale jak potem nie uderzy w twarz! Jak nie huknie, a to właśnie w †‡† lubię. Baba Vanga przyklaskuje spalonym wiejskim dyskotekom, utwór tytułowy jakoś się broni, ale mnie rozczarował, a cała reszta płyty, poza Laguną, jest powtórką z rozrywki. Tylko wymieniona Laguna próbuje eksplorować nowe tereny, udając się w strony niemieckiego techno i trance’u.

Ghetto Ass Witch miało być kolejnym objawieniem, a wyszło tak sobie. Mimo to warto przesłuchać, bo †‡† wciąż rozdają karty w witchgrze.

Robot Science – Good Luck

[self-released; 2011]

Chillwave zaskakująco dobrze łączy się z innymi gatunkami muzyki elektronicznej, co sprawia, że można podać to samo na wiele różnych sposobów. Robot Science łączy chillwave z brzmieniem Atari i Nintendo, co może na początku wydać się połączeniem śmiesznym, ale mówię wam – w tym jest metoda. Chiptune kojarzy się jako niezajmująca umysłu muzyka ze starych gier, natomiast chillwave funkcjonuje jako relaksacyjny wypełniacz leniwych wakacyjnych dni. Po złączeniu dwóch odprężających stylistyk albo wyjdzie nam coś totalnie sztywnego albo tak radosnego, że przez cały czas będziemy siedzieć z uśmiechem na twarzy.

Na szczęście w wypadku Good Luck wygrała druga opcja. Od razu warto zaznaczyć, że nie należy spodziewać się tutaj szczególnych wrażeń intelektualnych, to nie ta liga. Good Luck idealnie sprawdza się jako muzyka wakacyjna – mamy tu melodie opisujące leżenie plackiem na plaży i kąpiele w morzu; jazdę samochodem pośród złotych pól rzepaku, poranne wyprawy do lasu, kiedy pośród drzew unosi się eteryczna mgiełka, a chłód owiewa twarze. Nawet utwór zatytułowany Alaska sprawia, że ten najbardziej ponury stan USA wydaje się idealnym miejscem na odpoczynek.

Jestem zachwycony i myślę, że Wam też się spodoba.

Mathemagic – II

[self-released; 2011]

A oto czile w wydaniu instrumentalnym. Trójka przyjaciół z Guelph w Kanadzie wzięła swoje gitary, bębny i klawisze, po czym postanowiła nagrywać czilłejw. W moim ograniczeniu wydawało mi się, że gatunek ten jest skazany na syntezatory i laptopy, ale na szczęście Kanadyjczycy wyprowadzili mnie z błędu. II pokazuje, że można robić spokojne, leniwe piosenki, które niekoniecznie trzeba zaraz podciągnąć do szufladki indie popu. Jedenaście letnich porządnych piosenek, trzeba czegoś więcej? Wydaje mi się, że nie. Mój kot jest zadowolony.

sobota, 9 lipca 2011

Lasy, prerie i wyżyny (Świeża zupa #30)

Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver

[Jagjaguwar; 4AD; 2011]

Wszyscy krzyczą o doskonałości, a już zwłaszcza Amerykanie. Prawie najwyższe możliwe noty, znaczki promujące najlepszą nową muzykę, wywiady, koncerty, ogólny orgazm i mnóstwo groupies. Wszyscy przywołują poprzednią płytę – For Emma, Forever Ago. Piszą przy tym o zamykaniu się w samotnej chacie gdzieś w Wisconsin i trzymiesięcznym oczekiwaniu na katharsis. Autentycznie, słowo „katharsis” pojawia się w około osiemdziesięciu procentach czytanych przeze mnie recenzji.

To kolejna płyta, której popularność mnie przytłoczyła. Nowe wydawnictwa, które z automatu zyskują rozgłos i uwielbienie sprawiają, że czuję się nieco onieśmielony i przestraszony. Niewiele mogę na to poradzić, pozostaje mi tylko czekać na moment, kiedy odważę się sięgnąć i wydać własny osąd.

W końcu ta chwila nastąpiła. Najpierw była lektura singlowego Calgary, który moja dziewczyna skwitowała zdaniem to na pewno nie poprawi mi humoru. Rozciągnięte w czasie klawiszowe pasaże i wysoki, rozmyty wokal uniosły się gdzieś w powietrze, po czym zniknły. Pierwsze wrażenie – niezłe, przyjemne, łatwe do słuchania.

Potem razem z Vernonem zamknąłem się w leśnej chatce (to również pojawia się w wielu recenzjach), żeby zapoznać się z resztą. Gitarki spokojne, perksuje czysto amerykańskie, potężne, na trochę wojskową nutę, do tego dodany spokojny wokal człowieka obeznanego z przyrodą i pijącego piwo z niedźwiedziami. Człowieka, który chce się gdzieś schować, ale za każdym razem ktoś go odnajduje i zabawa zaczyna się znowu. Okładka albumu w stu procentach oddaje to czego należy spodziewać się po Bon Iver, Bon Iver – leśne strumyczki, szum drzew iglastych, śpiew ptaków, zarośnięty drwal w kraciastej koszuli siedzący z gitarę na werandzie swojego domu i śpiewający smutne piosenki o miłości.

Czym zatem jest ten album? Na pewno niezłym kompendium wiedzy na temat amerykańskiego piosenkopisania, poza tym doskonałym remedium na pośpiech i bóle związane z cywilizacją techniczną. Wrócić do domu, odpalić i słuchać, a zaświadczam wam, że choć na czterdzieści minut znikną wszystkie wasze bolączki. Mimo to nie jestem do końca przekonany. Cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że jakoś tu zbyt zwiewnie-przewiewnie i wszystko za szybko ulatuje, nie zostawiając w pamięci nic poza zbiorem ładnych melodyjek.

Może Amerykanom coś takiego potrzebne?

Fleet Foxes – Helplessness Blues

[Sub Pop; 2011]

Sub Pop w tym roku prowadzi wielką ofensywę, przygarniając pod swoje skrzydła wykonawców niekoniecznie tworzących w estetykach, do których wytwórnia nas przyzwyczaiła. Dowodem niech będzie wydanie płyta chillwave’owego Washed Out i zajmującego się eksperymentalnym hip-hopem Shabazz Palaces (o nich kiedyś też tu będzie), ale mimo tego dalej amerykańska legenda daje nam artystów kojarzących się jednoznacznie z graniem gitarowym.

I właśnie w stajni tak wielkich bandów jak Nirvana, Fugazi czy Low wydali swój drugi album Fleet Foxes, kolejny zespół, z którym mam problem. Wyjaśnię – jestem przyrośnięty do cywilizacji. Obcowanie z naturą jest dla mnie czymś niezwykłym i rozwijającym pod warunkiem, że po powrocie będę miał dostęp do internetu, prysznica i kilku napoczętych książek, inaczej zacznę popadać w paranoję i neurozę. W związku z tym najbardziej przemawia do mnie twórczość traktująca o cywlizacji, a przekonanie się do muzyki korzennej zajmuje mi trochę, czasami dużo, czasu. Chyba jedynym przypadkiem kiedy brzmienie korzeni chwyciło mnie od razu było Yankee Hotel Foxtrot Wilco, ale to pewnie dlatego, że oni krażyli tam po granicy „cywilizacji” z „naturą”.

Helplessness Blues nawet nie stara się o dostęp do radości, jakie daje nam technika, jemu wystarcza po prostu gitara i ognisko na prerii. Owszem, podoba mi się takie uchwycenie sprawy, ale nic poza tym. Nie znajdę tutaj nic poza dwunastoma dobrze napisanymi amerykańskimi piosenkami, których, jak już wcześniej napisałem, można posłuchać przy wspólnym pieczeniu kiełbasek. Wybaczcie, ale dla mnie ta muzyka jest zbyt prosta i nie spełnia moich wymagań, acz przyjemności ze słuchania odmówić nie mogę.

(Po prostu nie lubię country i folku w najbardziej tradycyjnej oprawie, dla mnie wszystko musi być udziwnione. Ech, postmodernizm, postmodernizm, cóż on ze mną zrobił? Słuchajcie i nie przejmujcie się moim zdaniem).

WU LYF – Go Tell Fire To The Mountains

[LYF; 2011]

Wprowadznie: nazwa zespołu oznacza World Unite! Lucifer Youth Foundation, ale tak poza tym jest tak samo marna, jak łatwa do zapamiętania.

Chłopaki są z Manchesteru, wszędzie wciskają organy, wokalista brzmi jak młody Tom Waits, po gitarach słychać, że lubią Foalsów, a po reszcie, że Arcade Fire i Kings of Leon. Lubią palić ogniska w górach i wymyślać fajne tytuły piosenek, przykładem niech będzie Such a Sad Puppy Song. Umiejętnie się promują i są w stanie wcisnąć wszystkim, że wymyślili coś fajnego i świeżego.

Dobre z nich chłopaki, nie żadne odmieńce, posłuchać ich warto, hej!

Krzyk poniósł się po dolinie, płosząc wszystkie ptaki, jelenie, zające i smutne szczeniaczki, o których nawet napisali piosenkę.

Julian Lynch – Terra

[Underwater Peoples; 2011]

Julian, Julian, mój ulubiony muzykoetnograf. Tym razem wziął ze sobą akustyczne gitary, plumkające basy i klawisze skradzione pewnej legendzie nazwą Yes, z całym tym osprzętem pobiegł na łączkę i zaczął nagrywać.

Jest rozwój, jest rozwój. Mare było bardzo dobrą płytką, ale Terra jest lepsza, w swojej wyższości nad poprzedniczką jest trochę nieśmiała, jakby schowana za partiami pianina i bongosów. Nad albumem bzykają pszczółki i szumią wierzby, gdyż w przeciwieństwie do Mare Julian nie udał się w muzyczną podróż dookoła świata, tylko skupił się na swoim własnym podwórku.

Przez to odbieram Terrę jako zapis badań terenowych prowadzonych przez niego późną wiosną, może wczesnym latem w otoczeniu, które zna na wylot i dlatego warto było zweryfikować swoja wiedzę na jego temat. Snują się tu leniwe partie klarnetów, saksofonów, Yesowych klawiszy i innych nawiązań do najlepszych lat prog rocka i folku. Z Terrą na uszach można biegać po zielonym wzgórzu i łapać motylki, a potem zjeść kanapki i wąchać kwiaty.

Panda Bear – Tomboy

[Paw Tracks; 2011]

I na koniec rozczarowanie, bo jakim cudem po Person Pitch można wypuścić jedenaście takich samych piosenek i jeszcze wmawiać ludziom, że to jest dobre i nowatorskie? Nie rozumiem, więc czekam na nowe Animal Collective, panie Lennox!

czwartek, 7 lipca 2011

Indie rule my world (Świeża zupa #29)

Arctic Monkeys – Suck It and See

[Domino; 2011]

Nie chcę słuchać bzdur w stylu nowe Małpy są słabe, bo słabe nie są. Owszem, zmiana brzmienia i stylistyki nie każdemu może przypaść do gustu, ale to wciąż jest zespół, który można kochać. Niech singlowe Brick By Brick będzie dowodem, że Arktyczni wciąż mają talent do pisania chwytliwych i dobrych piosenek. Już nic więcej nie trzeba pisać – i tak wszyscy zainteresowani sprawdzili i mają wyrobione opinie.

Battles – Gloss Drop

[Warp Records; 2011]

Nie wiem co przedstawia okładka. Może to po prostu plastelina, może jakiś ukwiał czy inny koral. Jest pewne, że zastanawia i o to chodzi.

Odkąd z Battles odszedł Tyondai Braxton, zacząłem się martwić. Było, nie było Tyondai napędzał ten zespół, a jego przerobione cyfrowe wokale wżynały się głęboko w nerwy. Mówiłeś Battles, myślałeś Braxton. Tak było.

Mirrored odniosło sukces, nie ulega wątpliwości, dlatego bałem się, że Gloss Drop będzie marną popłuczyną. Okazało się, ze tak nie jest. Muzyka Battles to wciąż drzewo na którym rosną tęczowe żelki, muzycy zaś są pielęgnującymi je ogrodnikami. A resztą recenzji niech będzie ten obrazek.

The Antlers – Burst Apart

[Frenchkiss Records; 2011]

http://www.thelovecollage.com/wp-content/uploads/2010/11/ableandgame.jpg

Smutne i dobre, o tak.

Dirty Beaches – Badlands

[Zoo; 2011]

Zastanawialiście się kiedyś, jak oddać w muzyce klimat recesji, kryzysu gospodarczego i społecznego? Nawet jeśli nie, myślę że ten album ta wam odpowiedź. Dirty Beaches to projekt jednego człowieka – Alexa Zhang Hungtaia, Kanadyjczyka tajwańskiego pochodzenia.

Badlands może was zrazić. Dużo tu lo-fi, mnóstwo repetetywności i klimatu rodem z amerykańskich moteli na pustyni. Wszędzie słychać surf rocka i dźwięki z lat pięćdziesiątych a la Elvis Presley. Jednak wszystko ma tu swoje miejsce.

Dlaczego lo-fi? Z powodu kryzysu gospodarczego, bezrobocia i braku pieniędzy nie można było sobie pozwolić na drogie studio nagraniowe. Zapętlanie? Cóż, problemy społeczne obniżają kreatywność i zmuszają do sięgania po najprostsze środki. Przywoływanie duchów Presleya i jemu podobnych? Tęsknota za złotymi czasami, kiedy wszystko było, żyło się godnie i nie trzeba było się niczym martwić.

Wiem, że to wszystko jest mocno naciągane, ale sprawdźcie i przekonajcie się sami czy mam rację. Jeżeli nie, cóż – będziecie mieli powód by bezlitośnie mnie wyśmiać i będę musiał to przeżyć.