SBTRKT – SBTRKT
[Young Turks; 2011]
Mój przyjaciel mieszka w Nairobi. Siedzi tam już od dobrych kilku lat, uczy się, pracuje i chyba zostanie. Ostatni raz w Polsce był chyba trzy lata temu i choć bardzo chciałbym, żeby wrócił, każdy z nas ma swoją historię i prowadzi ją indywidualnym torem, więc mogę tylko liczyć, że kiedyś los je skrzyżuje. W każdym razie, gdy mój przyjaciel przyjechał trzy lata temu na wakacje do Polski, przywiózł nam prezenty. Moja ówczesna dziewczyna dostała plemienną biżuterię, wszyscy zostali obdzieleni ichnim cydrem (był bardzo dobry z tego co pamiętam. Delikatny, słoneczny i słodki). Przyjaciel rozumiejąc moją afrykańską zajawkę, przywiózł mi maskę. Nie jakąś tam podróbkę z marketu dla bogatych turystów, ale oryginalną, kenijską maskę dla dziecka. Powiedział przy tym, że na wszelki wypadek katolicki misjonarz pobłogosławił ją i skropił wodą święconą, gdyż istniało podejrzenie, że maska jest przeklęta. Przyznam szczerze, że takie opowieści wywołują we mnie ironiczny uśmiech, ale mimo to podchodzę do tego z dystansem i szacunkiem. Mam nadzieję, że coś ponad nami istnieje, a opowieści mojego przyjaciela tylko te nadzieje potwierdzały. Od tamtego czasu maska wędruje razem ze mną. Po pierwszej przeprowadzce zajęła stałe miejsce w moim pokoju, była ze mną gdy mieszkałem we Wrocławiu, w najbliższej przyszłości pewnie też pojedzie. Po jej ujrzeniu moi znajomi mówili z reguły o jaka fajna, po usłyszeniu jej historii reagowali półprzerażonym aha.
Chcę przez to powiedzieć, że maska ta jest dla mnie ważna, nie tylko jako prezent od przyjaciela, ale też jako swego rodzaju talizman. Jak to się ma do recenzowanej płyty? Wystarczy spojrzeć na okładkę. Maskowanie twarzy od zawsze jest elementem szamanizmu, tak samo od zawsze jest niezawodnym sposobem na zainteresowanie odbiorcy swoim artystycznym produktem. MF Doom odniósłby mniejszy sukces gdyby nie jego metalowa maska. Slipknot nieodwołalnie będzie się kojarzyć ludziom z chorymi maskami. Nie stwierdzę niczego nowego, ale zakrywanie twarzy nadaje artystom i ich dziełom aurę tajemniczości, a przecież nic nie sprzedaje się tak dobrze jak produkt tajemniczy i skandalizujący.
Akurat w tym wypadku skandalu nie będzie, chyba, że ktoś jako skandal odbiera niesamowitą ostatnimi czasy popularność sceny okołodubstepowej. Tego faktu nie da się zaprzeczyć, dowodem na to niech będą szalejące po sieci obrazki z napisami w stylu I love dubstep. Brytyjska scena dubstepowo-garażowa przeżywa ostatnio renesans – co chwilę wychodzą nowe świetne wydawnictwa, popularność jest podsycana, sprzedaż rośnie, ludzie w klubach bawią się dalej przy głębokich basach.
SBTRKT jest albumem, który potwierdza tezę, że dubstep nie jest już podziemny, a wszedł przynajmniej na jakiś czas do głównej fali światowej muzyki pop. Jeszcze parę lat temu było nie do pomyślenia, żeby w piosenkę puszczaną w radiu wciskać szaleńczy rytm i głęboki, pulsujący bas. Jednak w przeciwieństwie do debiutu Jamesa Blake’a Aaron Jerome (prawdziwe nazwisko producenta) nie daje nam uduchowionej i intymnej wersji dubstepu, stawiając na melodie letnie. Basy są bardziej subtelne, perkusje jakby mniej potężne, a warstwa melodyczna kreowana przez całe zastępy syntezatorów to wielki ukłon w stronę muzyki radiowej. Przydałoby się trochę więcej afrykańskich motywów, gdyż mieszanie elektroniki z brzmieniami różnych krajów z reguły wypalało (przykładem niech będzie gatunek zwany kuduro), ale niedosytu nie ma. Jeśli lubicie radiowy format i przyjazne taneczne piosenki SBTRKT jest albumem dla Was.
CHLLNGR – Haven
[Green Owl; 2011]
Ciemny las, nietoperze i pohukujące w oddali sowy. Zrywa się wiatr, drzewa zaczynają złowrogo szumieć, ale nas to nie przeraża, gdyż siedzimy bezpieczni w domku. Ogień w kominku przygasa, zbłąkane ćmy obijają się o szyby. Jesteśmy niewrażliwi na zawieruchę za oknem, aż nagle podmuch gasi ogień. Szukamy latarki, ale ta podstępnie się gdzieś ukryła. Stąpamy w kompletnych ciemnościach, a trzaski, szumy, pohukiwania i świsty z zewnątrz przerażają nas i doprowadzają do szału. W końcu znajdujemy latarkę i ponownie rozpalamy w kominku. Światło wypełnia pokój, załamując się na szklanych wazonach i drewnianych ścianach. Przytulamy się i zasypiamy.
Tak mogłaby prezentować się ta płyta, gdyby była zalążkiem jakieś opowieści. Jak na razie trudno mi wydać jednoznaczny wyrok, gdyż nie wiem czy stojący za tym projektem Steve Borth jest naprawdę utalentowany czy ma po prostu dobre wyczucie trendów. Dla mnie Haven jest wypadkową twórczości takich artystów jak Burial, James Blake, Forest Swords czy How To Dress Well, ale to twórczość Buriala i zeszłoroczne epki Jamesa Blake’a wydają się być najlepszym punktem odniesnienia. Pocięte i przerobione wokale, atmosfera rodem z gęstego lasu/śpiącego osiedla nocą, syntetyczne perkusje składają się na produkt, którego słucha się z przyjemnością, ale z ostateczną oceną musimy poczekać na następny krążek.
Moa Pillar – The Moon and Thunder Dance EP
[Gimme5; 2011]
Cudowne dziecko nie tylko rosyjskiego, ale także światowego glitch hopu powraca. Wraca z rewelacyjną okładką i nowym materiałem. Poprzednio jego dokonania można było usłyszeć na składance Fly Russia (która swoją drogą też miała niesamowitą oprawę graficzną), teraz zaś doczekaliśmy się w pełni autorskiego wydawnictwa. Można się przyczepić, że to tylko epka, ale jeżeli album będzie brzmiał tak czysto, mocno i świeżo jak ten materiał, gwarantuję wam, że będzie rewolucja. Ten dzieciak ma pomysł na swoje brzmienie, a do tego obficie i jednocześnie subtelnie czerpie z dokonań światowej elektroniki. Takie kawałki jak Water Lily czy Haema każą mi twierdzić, że za jakiś czas Rosja będzie nową twierdzą tanecznej elektroniki. Sześć niesamowicie wyprodukowanych glitchowych hiciorów – czego chcieć więcej?
Araabmuzik – Electronic Dream
[Duke; 2011]
Nadciąga wielki revival trance’u i tancznej elektroniki rodem z zachodnich Niemiec. Trochę mnie to martwi, ale pożyjemy zobaczymy, a resztą recenzji niech będzie filmik.
Ten dzieciak na pewno ma szybkie place, czas pokaże czy ma talent, bo Electronic Dream owszem jest powiewem świeżości w instrumentalnym hip-hopie, ale mnie znacznie bardziej przekonują witch house’owe patenty Clams Casino. Niemniej nie mogę odmówić temu krążkowi przebojowości i lekkości. Niby to tylko toporny, napędzany szaleńczym rytmem trance, ale coś w tym jest i może z tego wyjść coś więcej.
Arnaud Rebotini – Someone Gave Me Religion
[Blackstrobe; 2011]
Sekwencery, samplery, laptopy? Nie tutaj, tu króluje pokaźny arsenał analogowych syntezatorów. Muzyka taneczna? Owszem, ale na Someone Gave Me Religion jest coś więcej. Coś w rodzaju historii człowieka otoczonego przez technologie i cywilizację, człowieka osaczonego z każdej strony. Z każdej strony procesory, można by rzecz i w wypadku tego krążka nie będzie to pomyłka.
Trzynastominutowy początek a la Kraftwerk z uderzającym po twarzy tytułem The First Thirteen Minutes Of Love. Długie, rozciągnięte w czasie pasaże basowych syntezatorów uzupełniane są przez rejestry wysokie, niemalże anielskie. To coś niczym spacer po głównej ulicy biznesowego centrum metropolii. Zewsząd stalowoszklane wieżowce, neony, migające reklamy. Ludzie w przeciwdeszczowych płaszczach suną mokrymi ulicami, a ich aktówki mokną smutno. Jest wieczór, pada deszcz, wszyscy zmierzają na odpoczynek.
I zaczyna się. Czas płynie już inaczej, nie jest odmierzany uderzeniami w klawiaturę i liczeniem kolejnych faktur. Rolę zegarka przejmują kolejne drinki i taneczne wygibasy. Solidny rytm obezwładnia ciało, a partia syntetycznego fletu wbija się w uszy i wykręca wszystkie nerwy na lewą stronę. Bas pulsuje, głowy pogrążone w kiwaniu, przód, tył, lewo, prawo. Zaczyna się funk, dyskoteka rozpala swoje światła i neony. Lasery żerują po suficie, załamują się i nikną. Po lekkim wstępie przychodzi pora na potężny, technologiczny nokaut. Rytm się załamuje, brzmienie staje się agresywne, światła gasną. Ludzie stłoczeni w centrum parkietu nucą jakieś nieprzystające do niczego piosenki. Lampy rozpalają się od nowa, bębny miarowo odmierzają okresy między kolejnymi wycieczkami do baru.
W końcu nastaje czas na odpoczynek. Ludzie wychodzą na zewnątrz, przestało już padać i można odpalić papierosy. Po okolicy roznosi się echo klikających zapalniczek. All You Need Is Techno mówi ktoś do siebie i wraca tańczyć.
Someone Gave Me Religion jest nie tylko świetną taneczną płytą, to też opowieść o współczesnym człowieku skąpana w rytmach techno i francuskiego house’u. Biorę wszystko bez mrugnięcia okiem, nie tylko ze względu na warstwę muzyczną, ale bardziej ze względu na klimat.
Jamie Woon – Mirrorwriting
[Candent Songs/Polydor; 2011]
(Tutaj każdy z czytelników musi wstawić swoją recenzję, gdyż autor bloga kompletnie nie ma zdania na temat tej płyty i umieszczą ją, by nie została pominięta).











Arctic Monkeys – Suck It and See
Battles – Gloss Drop
The Antlers – Burst Apart
Dirty Beaches – Badlands