czwartek, 29 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. 25 singli

25. Rihanna - Man Down 


 24. Łona i Webber - To nic nie znaczy


 23. Radiohead - The Butcher

 

22. Battles - Ice Cream

 

21. Arctic Monkeys - Brick By Brick



20. Tyler, The Creator - Yonkers


19. Blawan - Getting Me Down


18. Ghostpoet - Cash And Carry Me Home


17. Alva Noto - Uni Acronym


16. Jacques Greene - Another Girl


15. Burial - Stolen Dog


14. Adele - Rolling in the Deep


13. Holy Other - Know Where


12. Toro Y Moi - Still Sound


11. Florence + The Machine - What The Water Gave Me


10. Liturgy - Returner 


9. Active Child - Hanging On


8. Cults - Go Outside


7. Woodkid - Iron


6. The Antlers - I Don't Want Love


5. Bon Iver - Calgary


4. James Blake - The Wilhelm Scream


3. M83 - Midnight City


2. Neon Indian - Polish Girl


1. Gang Gang Dance - MindKilla

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część IV)


Andy Stott – Passed Me By
[Modern Love; 2011]

Album Stotta to, obok płyty Deadbeata, największe osiągnięcie dub techno w tym roku. Passed Me By to zapis nieznanego rytuału przejścia, gdzie największą rolę odgrywa transowy rytm i odległe nawoływania z tropikalnej puszczy. Basy potężne jak kongijskie drzewa i popętlone motywy każą myśleć o szamańskim tańcu wokół ogniska. Noc jest domeną tej płyty.

Tartar Lamb – Polyimage of Known Exits
[self-released; 2011]

Bardziej hałaśliwa i dronowa wersja Kilimanjaro Darkjazz Ensemble. Trochę Johna Zorna, trochę ambientu, odrobina black metalu na dęciakach.

Teebs – Collections 01
[Brainfeeder; 2011]

Zbiór bardzo leniwych, przyjemnych, łatwych melodyjek. Niby nic specjalnego, ale takiego  bitoróbstwa jakie prezentuje Teebs brakuje na rynku.

They Live – Cancel Standard
[Exit; 2011]

Kolejna mocna pozycja na scenie dub techno. They Live przeplatają ze sobą brzmienia miękkie jak ciągnące się przez cały utwór widmowe smyki z elementami ciężkimi takimi jak mocno wyeksponowana perkusja, głęboki bas i charczące syntezatory.

Toro Y Moi – Underneath The Pine
[Carpark; 2011]

BOŻE CZILŁEJWU, POWIEDZ DLACZEGO ZACZĄŁEŚ NAGRYWAĆ POP? (Chaz trzyma poziom i należy mu się butelka wódki za porzucenie chillwave’owej etykietki i pójście w strony electropopowe, brawa Chaz!)

T.P. Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou – Cotonou Club
[Strut; 2011]

Z muzyką afrykańską miałem ostatnio spory rozbrat, ale wciąż lubię wrócić do Feli Kutiego czy Mulatu Astatke. Wciąż urzekają mnie dęte orkiestry, tak liczne w tamtych rejonach, wciąż jaram się słonecznymi melodiami, cały czas jestem urzeczony zapewnieniami ze strony muzyków, że będzie dobrze, więc palmowe wino w łapkę i gramy dalej!

Twin Sister – In Heaven
[Domino; 2011]

In Heaven jest tak słodkie i zwiewne, że zaraz ukradnę sukienkę Grażynie.

TV on the Radio – Nine Types of Light
[Interscope; 2011]

TVOTR prezentuje pewien poziom, z którego już nigdy nie zejdzie, ale mimo to ma się wrażenie, że ich ostatnia płyta nie jest szczytem tego, co mogli zaprezentować i prezentowali na wcześniejszych albumach.

Vagina Vangi – Benighted United
[self-released; 2011]

NAJWYBITNIEJSZE WITCH HOUSE’OWE WYDAWNICTWO W HISTORII. Rzekłem, nie można podważyć.

The War on Drugs – Slave Ambient
[Secretly Canadian; 2011]

Dziwna to płyta. Niby indie, ale więcej na niej ambient i muzyki tła niż klasycznego niezależnego grania. Przy pierwszym odsłuchu w ogóle jej nie dostrzegłem, kolejne pokazały, że jest tu kilka ciekawych pomysłów na „ambient indie”, czymkolwiek miałoby to być.

Washed Out – Within and Without
[Sub Pop; 2011]

Within and Without to najprawdopodobniej opus magnum chillwave’u, gdyż formuła uległa wyczerpaniu i nie da się już nic więcej w niej powiedzieć. Z kolei fakt, że płyta została wydana w Sub Popie każe zastanowić się nad przyszłością tej wytwórni. Nie twierdzę, że to źle, bo debiut Washed Out cały czas jest dobrym zbiorem dobrych piosenek, ale od Sub Popu oczekuje się chyba czegoś bardziej gitarowego, nie?

Water Borders – Harbored Mantras
[Tri Angle; 2011]

Wskazówka – nie bierzcie tej płyty na poważnie. Cały zawarty na niej industrial jest żartem. Water Borders tworzą przeładowaną symbolami barokową konstrukcję tylko i wyłącznie dla zgrywy, więc nie traktujcie tego poważnie, proszę.

The Weeknd – House of Balloons
[XO; 2011]

W zeszłym roku w r&b królował Tom Krell z How To Dress Well, w tym zaś nagroda należy się dla Abela Tesfaye z The Weeknd. House of Balloons urzeka od pierwszych sekund swoim nienachlanym luzem, melancholijnym imprezowaniem i nawiązaniami do klasyków takich jak Prince. Nie słuchajcie zarzutów, że to pedaliada, tak naprawdę House of Balloons jest mniej gejowskie niż większość mejnstrimowego rapu.

Jamie Woon – Mirrorwriting
[Polydor; 2011]

W końcu się przekonałem i ujrzałem wszystkie nocne stworzonka schowane w Night Air. Panny będą kochać przystojnego młodzieńca wyśpiewującego rzewne pieśni pod dubstepowo-garage’owe podkłady, ja zaś posłucham gdy znudzi mi się James Blake.
 
Youth Lagoon – The Year of Hibernation
[Fat Possum; 2011]

W zalewie grania nostalgicznego, leniwego i marzycielskiego The Year of Hibernation było malutkim światełkiem zwiastującym ratunek dla tego stylu. Niby Trevor Powers też płacze i chowa się za pogłosami i delay’ami, ale jest w nim coś, co każe się mocno zastanowić, nim nazwie się go „kolejnym pedalskim grajkiem”. Słychać tu dojrzałość i świadomy wybór takiej, a nie innej stylistyki i to się chwali. Miejmy nadzieję, że tego nie popsuje.

Yuck – Yuck
[Fat Possum; 2011]

Okładka okropna, ale granie spoko, tyle, hej.

niedziela, 18 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część III)


Mitochondrion – Parasignosis
[Profound Love; 2011]

Parasignosis nie bierze jeńców. Kanadyjczycy przytłaczają mocą brzmienia i niskimi strojeniami, przejeżdżając po słuchaczach niczym walec. Porozrzucane ciała fanów służą pewnie za inspirację przy pisaniu tekstów. Choć niezal jara się teraz blackiem, nie należy zapominać o innych nurtach metalu, a jak wiadomo, dobry death jest niemal tak samo dobry jak dobry Black.

Moa Pillar – The Moon and Thunder Dance EP
[Gimme5; 2011]

Ten dzieciak dowodzi, że w niedalekiej przyszłości Moskwa stanie się kolejną po Londynie, Berlinie i Chicago stolicą dobrej elektroniki. Ilość świeżych pomysłów zawartych na tej epce, można by spokojnie rozdzielić na kilka innych wydawnictw.

Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will.
[Rock Action/Sub Pop; 2011]

Każdy ma kilka zespołów, które uznaje za wielkie i niepodrabialne. Dla mnie jednym z nich jest Mogwai, który mimo iż dawno przestał wnosić cokolwiek nowego do muzyki, wciąż pozostaje jednym z lepszych post rockowych bandów świata. Hardcore nie pokazuje świeżości, ale przy okazji nie rozczarowuje, więc wypada mi go polecić.

Napszykłat – Kultur Shock
[Ampersand; 2011]

Kultur Shock w moim odczuciu mocno nie doceniono, prawdopodobnie dlatego, że dla słuchaczy hip-hopu jest za trudny, zaś fani niezalu i alternatywy mogą być zrażeni do hip-hopu w ogóle. Tymczasem Napszykłat jest kilka razy lepszym zespołem niż hajpowana wszędzie Niwea. Dlaczego? Ich teksty, choć abstrakcyjne, mają jakiś sens i przesłanie, muzyka może być nazywana muzyką, gdyż zawiera rytm, melodię i inne składowe, a poza tym Napszykłat po prostu przyjemnie się słucha.

Nocow – Ruins Tape
[Gimme5; 2011]

Ruins Tape potwierdza dwie tezy – po pierwsze, że Burial jest najważniejszą postacią współczesnej elektroniki, a po drugie, iż Moskwa niedługo będzie jednym z wielkich „elektronicznych” miast. Muzyka z tej płyty jest głęboka jak niejeden ocean, a przeciągające się syntezatorowe chmury są ukojeniem dla uszu po dniu ciężkim i żmudnym. Ten pan, podobnie jak Moa Pillar, jeszcze pokaże się z wybitnej strony.

Palmer Eldritch – Koniec świata
[skwer.org; 2011]

Odpowiedzialni za projekt raph i digan wskoczyli tu w ostatniej chwili, gdyż wydali Koniec świata 15 grudnia, ja zaś te słowa wklepuję w komputer dokładnie dzień później. Czy jeden dzień to wystarczająca ilość czasu, żeby uznać coś za jeden z lepszych albumów w danym roku? Koniec świata dowodzi, że tak, gdyż już pierwsze minuty, tak bardzo przywodzące na myśl początek F#A#oo kazały mi uznać, że obcuję z czymś co najmniej dobrym. Dalej paleta nawiązań rozwija się jeszcze bardziej, poszerzając się o wszystkie projekty post-Godspeedowe, post-rock w stylu Mogwai i przede wszystkim klasyków trip-hopu takich jak Portishead, Massive Attack, Goldfrapp czy UNKLE. Dużo tu grania na pianinie, sporo elektronicznych rytmów i jeszcze więcej tripowego lenistwa i przeciągania, choć są też utwory żywe. Mam nadzieję, że następne krążki będą jeszcze lepsze.

Piętnastka – Dalia
[Sangoplasmo; 2011]

Jak dla mnie ta płyta to ścieżka dźwiękowa do psychodelicznego wesela lub dożynek, gdzie zamiast wódki ludziom podawano LSD. W Polsce takich rzeczy chyba jeszcze nie było.

Plum – Hoax
[Lado ABC; 2011]

Sonic Youth, post-hardcore, Acid Drinkers i stary polski punk – o to części składowe tego krążka. Panowie łoją aż miło i pozostaje tylko czekać na następne równie dobre nagrania.

The Psychic Paramonut – II
[No Quarter; 2011]

W pewnych momentach II jest asłuchalne, ale pomijając to, dostaliśmy kupę naprawdę solidnego rockowego napierdalania.

Radiohead – The King of Limbs
[Hostess/XL/self-released; 2011]

Radiohead to Radiohead, nawet gdy słabsze to wciąż Radiohead.

Arnaud Rebotini – Someone Gave Me Religion
[Black Strobe; 2011]

Ten pan kiedyś grał rocka, ale potem ubrał marynarkę, zapuścił admiralski wąs, kupił syntezatory i zaczął grać techno. Jak to zwykle bywa w przypadku nawróconych na elektronikę rockmenów, nie korzysta on z laptopów ani samplerów, generując wszytsko przy użyciu tradycyjnych klawiatur i sekwncerów. Bardzo zimna i przy okazji mocno taneczna płyta.

Trent Reznor and Atticus Ross – Girl with a Dragon Tatoo OST
[Null Corporation; 2011]

Duet Reznor i Ross po raz kolejny pokazuje, że w ścieżkach dźwiękowych do filmów nie mają sobie równych. Odważny cover Immigrant song Zeppelinów i TRZY godziny przepięknej, ciągle grającej na emocjach lodowatej elektroniki mieszanej też z żywym graniem. Fani NIN klękają, inni powinni przesłuchać choć połowy.

Robot Science – Good Luck
[self-released; 2011]

Chiptune wymieszany z chillwave’m czyli Mario na Florydzie wypoczywa w cieniu palm.

SBTRKT – SBTRKT
[Young Turks; 2011]

Europejczycy często sięgają po motywy charakterystyczne dla Afryki, przekształcają je i podają w nowej formie. Taka dyfuzja kulturowa zachodzi na debiucie zamaskowanego Aarone Jerome znanego jako SBTRKT, gdzie miesza on dubstep i inne brytyjskie brzmienia z afrykańską rytmiką i stylówą – wystarczy spojrzeć na jego maski, żeby wiedzieć o co chodzi.

*Shels – Plains of the Purple Buffalo
[Shelsmusic; 2011]

Fioletowe bizony biegają po rozległych łąkach, a zespół z LA miażdży słuchacza post rockową mocą, sludge’owym uderzeniem i do tego wplata w to epickie trąby i cichutkie plumkania na gitarze akustycznej. Jeśli ktoś lubi monumentalne granie, *Shels jest zespołem dla niego.

Sinusoidal – Out Of The Wall
[Luna Music; 2011]

Kolejna dobra polska płyta. Przepis jest prosty – pani na wokalu, pan na bitmejkingu, wynikiem jest kilkanaście miękkich i delikatnych piosenek, które spodobają się twojej dziewczynie.

Smith Westerns – Dye It Blonde
[Fat Possum; 2011]

Utwór otwierający zjada całą płytę, ale mimo to warto posłuchać, żeby wiedzieć jak brzmi dobrze skręcone indie dla surferów.

Space Dimension Controller – The Pathway to Tiraquon 6
[R&S Records; 2011]

Taki Steve Hauschildt, ale na techno patentach. Gdyby kosmonauci stacjonujący na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej mieli zrobić muzykę taneczną, pewne brzmiałaby ona jak Space Dimension Controller.

Stateless – Matilda
[Ninja Tune; 2011]

I'm On Fire (Blue Daisy Flammable Mix) pożera wszystkie dokonania Stateless, taka jest prawda. Wielka szkoda, że muzycy zespołu sami nie nagrali takiego cudeńka, gdyż przez to tracą trochę na wartości, ale należy ich pochwalić za wykonanie dobrej bazy dla wybitnego remiksu. 

sobota, 17 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część II)


Deaf Center – Owl Splinters
[Type; 2011]

Z okładki spogląda na nas zdeformowana panda. A może to wydra? Bóbr? Nie wiadomo do końca, pewnie nikt tego nie wie. A jeśli to sowa, tak jak w tytule?  Mówi się, że sowy to mądre ptaki, ale to nieprawda, tak naprawdę są tylko wyspecjalizowane. Nie zmienia to faktu, że są słodkie. Z lasu dobiegają jakieś przeciągłe dźwięki. Wioliny? Klawikordy? Współczesne elektroniki? Nie wiem, pewnie nikt tego nie wie.

Death Grips – Exmilitary
[self-released; 2011]

TWARDE NARKOTYKI

De Magia Veterum – The Divine Antithesis
[Transcendental Creations; 2011]

Cała historia black metalu w pigułce, nie wypada więcej pisać.

Dirty Beaches – Badlands
[Zoo; 2011]

Nie stać Cię na sprzęt, więc pożyczasz go od kumpla, nie masz za bardzo pomysłów, więc przekopujesz płyty ojca i dziadka, jesteś potomkiem imigrantów z Azji, więc nie masz lekko. Zapętlasz riffy i motywy i wyśpiewujesz smutne pieśni do ledwo działającego mikrofonu, przez co uzyskujesz maksymalne lo-fi. Twoi koledzy nie mają pracy, banki okradają wszystkich dookoła, ropa się kończy, klimat ociepla. Ot, muzyka czasów kryzysu.

Echinacea – Echinacea
[Aloha Entertainment; 2011]

W Polsce da się robić miękki rap? Taki jak A Tribe Called Quest? Nie wierzyłem, dopóki nie usłyszałem Echinacei. Trzech emce, Kixnare na bitach, do tego trochę przebrzmiałe gwiazdy polskiego rapu i teksty na tematy klasyczne dla hip-hopu, ale podane w inny sposób – senny, wyluzowany i ciut poetycki, ale tylko ciut. Gdy chcę poezji w rapie włączam Kidda, Echinacea zaś pięknie luzuje.

Fisz Emade – Zwierzę Bez Nogi
[Agora; 2011]

NARESZCIE. Po słabym Heavi Metalu moi ukochani bracia Waglewscy wracają z dobrym wydawnictwem! Wprost wskazując swoje inspiracje (Beastie Boys i rap lat dziewięćdziesiątych) nie tracą werwy i polotu obecnego na albumach Tworzywa czy w Piątku 13. Choć notowania Fisza trochę u mnie spadły, gdyż znalazłem lepszych tekściarzy, ale Emade wciąż jest w pierwszej lidze polskich producentów. Nie mam nóg, taka moc.

Floating Points – Shadows EP
[Eglo; 2011]

Londyn, mekka światowej elektroniki, to nie ulega wątpliwości. Większość nowych trendów musi przejść test w londyńskich klubach, żeby potem zdobywać popularność na świecie. W Londynie znajdziemy każdy rodzaj muzyki elektronicznej, od ciężkiego i szybkiego d’n’b po łagodne chilloutowe smętki. Odpowiedzialny za Floating Points Sam Shepherd skłania się bardziej  stronę smutków i łagodnych brzmień, miksując na swojej epce brzmienia house’owe, garage’owe i chilloutowe. Tworzy przy tym bardzo miłą mieszaninę melodii tanecznych i kawiarnianych. Bardzo dobra epka, chyba jedna z lepszych w tym roku.

The Glitch Mob – We Can Make The World Stop EP
[Glass Air; 2011]

Niektórzy nie mogą im wybaczyć, że zdradzili glitch hop i poszli w stronę francuskiego house’u, ale moim zdaniem to dobrze, gdyż pokazali, że potrafią grać inaczej. Mimo to wciąż nie mogę sobie wybaczyć, że wzeszłym roku przegapiłem ich album.

Jacques Greene – Another Girl 12”
[LuckyMe; 2011]

Greene wydał w tym roku trzy dwunastki, ale najlepszą z nich bezapelacyjnie jest Another Girl. Trochę Buriala, garażowa rytmika i delikatny klawisz w tle podszyty bujającym basem, wszystko wymieszane i doprawione atmosferą brytyjskich klubów, gdzie młodzież tańczy trochę na smutno. A przede wszystkim nie można Greene’a porównywać do Blake’a.

Hail Mary Mallon – Are You Gonna Eat That?
[Rhymesayers; 2011]

Kolaboracja Aesop Rocka, Roba Sonica i DJ Big Wizza może głowy nie urywa, ale kilka numerów im się udało. Chociażby Garfield. Gdyby nie kilka potknięć, byłaby pierwsza dwudziestka, a tak jest tylko rekomendacja.

Steve Hauschildt – Tragedy & Geometry
[Kranky; 2011]

Udzielający się w Emeralds Hauschildt udowadnia, że nie trzeba stosować metrum 4/4 i nagrywać tanecznie, żeby zrobić dobrą elektronikę. Tragedy & Geometry to hołd dla takich wykonawców jak oklepany Jarre, Vangelis, Rick Wakeman czy nasz swojski Marek Biliński. Ta płyta zabiera w podróż kosmiczną bądź wyprawę między ciągle zmieniającymi kolory zerami i jedynkami.

Implodes – Black Earth
[Kranky; 2011]

Gdyby na Black Earth było mniej przerywników, byłbym w stanie okrzyknąć ten album jedną z płyt roku. Niestety, podczas słuchania miałem wrażenie, że muzycy nie potrafili wykorzystać niektórych dobrych pomysłów i uciekli w stronę przynudzania i zapełniania. Mimo to Black Earth zawiera wszystko, co powinien mieć solidny shoegaze – dużo płaczu, szepty, przestery, pogłosy i tym podobne.

Kryptic Minds – Can’t Sleep
[Black Box; 2011]

Can’t Sleep pretenduje do bycia mroczną płytą, ale w moim odczuciu jest to mrok odrobinę kiczowaty i robiony na siłę. Nie zmienia to faktu, że to dobre d’n’b, a i fani dubstepu a la Skrillex znajdą coś dla siebie.

The Kurws – Dziura w Getcie
[Biedota; 2011]

Czego tu nie ma? Jest jazz, punk, noise, math rock, John Zorn, eksperymenty, yass, klub „Mózg”. Jak to powiedziano w Tanz Mit Kommune „biedna młodzież gra punk rocka i się z tego cieszy”, a ja cieszę się razem z nią.

Iza Lach – Krzyk
[Pomaton; 2011]

Kiedy zacząłem myśleć, że polski pop umarł przyszła Iza Lach, walnęła mnie po twarzy i powiedziała, że się mylę.

Liturgy – Aestethica
[Thrill Jockey; 2011]

O to dowód, że nie każdy zespół blackowy ucieka w płacz, shoegaze i post rock. Choć nazywanie Aestethici muzyką medytacyjną i transcedentalną jest dla mnie sporym nadużyciem, jestem skłonny przybić piątkę muzykom Liturgy, że nie smucą. Black metal z krwi i kości, ot co (warto nadmienić, że Returner mógłby spokojnie szaleć na listach przebojów).

Łona i Webber – Cztery i Pół
[Asfalt; 2011]

Łonson i Łebsztyk po raz kolejny pokazują klasę. Choć porzucili dawny luz na rzecz nagrań poważniejszych w treści, dalej słucha się ich dokonań przyjemnie. Teksty już nie są żartobliwe i pełne optymizmu, bity też jakby zimniejsze, a że Łona i Webber zawsze byli barometrem odczuć społeczeństwa, warto się zastanowić, co dzieje się u nas i innych.

Massive Attack vs Burial – Four Walls/Paradise Circus 12”
[The Vinyl Factory/Inhale Gold; 2011]

Tutaj nie potrzeba słów.

Stephan Mathieu – A Static Place
[12K; 2011]

Okrągła godzina świetlistych dronów przywodzących na myśl zorze, kanadyjskie lasy, eskimoską wioskę i pokryte śniegiem ruiny fabryk. Warto posłuchać tego, co dzieje się w tle, a dzieje się, oj, dzieje się.

Kevin McPhee – Get in With You EP
[NakedLunch; 2011]

Trzyutworowa epka Kevina przywodzi na myśl zeszłoroczne dokonania Blake’a, ale nie należy traktować McPhee jako kolejnego epigona Jamesa, gdyż pokazuje on, że ma własne pomysły, mieszając future garage z techno i minimalem.