Deaf Center – Owl Splinters
[Type; 2011]
Z okładki spogląda na nas zdeformowana
panda. A może to wydra? Bóbr? Nie wiadomo do końca, pewnie nikt tego nie wie. A
jeśli to sowa, tak jak w tytule? Mówi
się, że sowy to mądre ptaki, ale to nieprawda, tak naprawdę są tylko
wyspecjalizowane. Nie zmienia to faktu, że są słodkie. Z lasu dobiegają jakieś
przeciągłe dźwięki. Wioliny? Klawikordy? Współczesne elektroniki? Nie wiem,
pewnie nikt tego nie wie.
Death Grips – Exmilitary
[self-released; 2011]
TWARDE NARKOTYKI
De Magia Veterum – The Divine Antithesis
[Transcendental Creations; 2011]
Cała historia black metalu w pigułce,
nie wypada więcej pisać.
Dirty Beaches – Badlands
[Zoo; 2011]
Nie stać Cię na sprzęt, więc pożyczasz
go od kumpla, nie masz za bardzo pomysłów, więc przekopujesz płyty ojca i
dziadka, jesteś potomkiem imigrantów z Azji, więc nie masz lekko. Zapętlasz
riffy i motywy i wyśpiewujesz smutne pieśni do ledwo działającego mikrofonu,
przez co uzyskujesz maksymalne lo-fi. Twoi koledzy nie mają pracy, banki
okradają wszystkich dookoła, ropa się kończy, klimat ociepla. Ot, muzyka czasów
kryzysu.
Echinacea – Echinacea
[Aloha Entertainment; 2011]
W Polsce da się robić miękki rap? Taki jak A Tribe Called Quest? Nie wierzyłem,
dopóki nie usłyszałem Echinacei. Trzech emce, Kixnare na bitach, do tego trochę
przebrzmiałe gwiazdy polskiego rapu i teksty na tematy klasyczne dla hip-hopu,
ale podane w inny sposób – senny, wyluzowany i ciut poetycki, ale tylko ciut.
Gdy chcę poezji w rapie włączam Kidda, Echinacea zaś pięknie luzuje.
Fisz Emade – Zwierzę Bez Nogi
[Agora; 2011]
NARESZCIE. Po słabym Heavi Metalu moi ukochani bracia
Waglewscy wracają z dobrym wydawnictwem! Wprost wskazując swoje inspiracje
(Beastie Boys i rap lat dziewięćdziesiątych) nie tracą werwy i polotu obecnego
na albumach Tworzywa czy w Piątku 13.
Choć notowania Fisza trochę u mnie spadły, gdyż znalazłem lepszych tekściarzy,
ale Emade wciąż jest w pierwszej lidze polskich producentów. Nie mam nóg, taka moc.
Floating Points – Shadows EP
[Eglo; 2011]
Londyn, mekka światowej elektroniki, to
nie ulega wątpliwości. Większość nowych trendów musi przejść test w londyńskich
klubach, żeby potem zdobywać popularność na świecie. W Londynie znajdziemy
każdy rodzaj muzyki elektronicznej, od ciężkiego i szybkiego d’n’b po łagodne
chilloutowe smętki. Odpowiedzialny za Floating Points Sam Shepherd skłania się
bardziej stronę smutków i łagodnych
brzmień, miksując na swojej epce brzmienia house’owe, garage’owe i chilloutowe.
Tworzy przy tym bardzo miłą mieszaninę melodii tanecznych i kawiarnianych.
Bardzo dobra epka, chyba jedna z lepszych w tym roku.
The Glitch Mob – We Can Make The World Stop EP
[Glass Air; 2011]
Niektórzy nie mogą im wybaczyć, że
zdradzili glitch hop i poszli w stronę francuskiego house’u, ale moim zdaniem
to dobrze, gdyż pokazali, że potrafią grać inaczej. Mimo to wciąż nie mogę
sobie wybaczyć, że wzeszłym roku przegapiłem ich album.
Jacques Greene – Another Girl 12”
[LuckyMe; 2011]
Greene wydał w tym roku trzy dwunastki,
ale najlepszą z nich bezapelacyjnie jest Another
Girl. Trochę Buriala, garażowa rytmika i delikatny klawisz w tle podszyty
bujającym basem, wszystko wymieszane i doprawione atmosferą brytyjskich klubów,
gdzie młodzież tańczy trochę na smutno. A przede wszystkim nie można Greene’a
porównywać do Blake’a.
Hail Mary Mallon – Are You Gonna Eat That?
[Rhymesayers; 2011]
Kolaboracja Aesop Rocka, Roba Sonica i
DJ Big Wizza może głowy nie urywa, ale kilka numerów im się udało. Chociażby Garfield. Gdyby nie kilka potknięć,
byłaby pierwsza dwudziestka, a tak jest tylko rekomendacja.
Steve Hauschildt – Tragedy & Geometry
[Kranky; 2011]
Udzielający się w Emeralds Hauschildt
udowadnia, że nie trzeba stosować metrum 4/4 i nagrywać tanecznie, żeby zrobić
dobrą elektronikę. Tragedy & Geometry
to hołd dla takich wykonawców jak oklepany Jarre, Vangelis, Rick Wakeman
czy nasz swojski Marek Biliński. Ta płyta zabiera w podróż kosmiczną bądź
wyprawę między ciągle zmieniającymi kolory zerami i jedynkami.
Implodes – Black Earth
[Kranky; 2011]
Gdyby na Black Earth było mniej przerywników, byłbym w stanie okrzyknąć ten
album jedną z płyt roku. Niestety, podczas słuchania miałem wrażenie, że muzycy
nie potrafili wykorzystać niektórych dobrych pomysłów i uciekli w stronę
przynudzania i zapełniania. Mimo to Black
Earth zawiera wszystko, co powinien mieć solidny shoegaze – dużo płaczu,
szepty, przestery, pogłosy i tym podobne.
Kryptic Minds – Can’t Sleep
[Black Box; 2011]
Can’t
Sleep
pretenduje do bycia mroczną płytą, ale w moim odczuciu jest to mrok odrobinę
kiczowaty i robiony na siłę. Nie zmienia to faktu, że to dobre d’n’b, a i fani
dubstepu a la Skrillex znajdą coś dla siebie.
The Kurws – Dziura w Getcie
[Biedota; 2011]
Czego tu nie ma? Jest jazz, punk, noise,
math rock, John Zorn, eksperymenty, yass, klub „Mózg”. Jak to powiedziano w Tanz Mit Kommune „biedna młodzież gra
punk rocka i się z tego cieszy”, a ja cieszę się razem z nią.
Iza Lach – Krzyk
[Pomaton; 2011]
Kiedy zacząłem myśleć, że polski pop
umarł przyszła Iza Lach, walnęła mnie po twarzy i powiedziała, że się mylę.
Liturgy – Aestethica
[Thrill Jockey; 2011]
O to dowód, że nie każdy zespół blackowy
ucieka w płacz, shoegaze i post rock. Choć nazywanie Aestethici muzyką medytacyjną i transcedentalną jest dla mnie
sporym nadużyciem, jestem skłonny przybić piątkę muzykom Liturgy, że nie smucą.
Black metal z krwi i kości, ot co (warto nadmienić, że Returner mógłby spokojnie szaleć na listach przebojów).
Łona i Webber – Cztery i Pół
[Asfalt; 2011]
Łonson i Łebsztyk po raz kolejny
pokazują klasę. Choć porzucili dawny luz na rzecz nagrań poważniejszych w treści,
dalej słucha się ich dokonań przyjemnie. Teksty już nie są żartobliwe i pełne
optymizmu, bity też jakby zimniejsze, a że Łona i Webber zawsze byli barometrem
odczuć społeczeństwa, warto się zastanowić, co dzieje się u nas i innych.
Massive Attack vs Burial – Four Walls/Paradise Circus 12”
[The Vinyl Factory/Inhale Gold; 2011]
Tutaj nie potrzeba słów.
Stephan Mathieu – A Static Place
[12K; 2011]
Okrągła godzina świetlistych dronów
przywodzących na myśl zorze, kanadyjskie lasy, eskimoską wioskę i pokryte
śniegiem ruiny fabryk. Warto posłuchać tego, co dzieje się w tle, a dzieje się,
oj, dzieje się.
Kevin McPhee – Get in With You EP
[NakedLunch; 2011]
Trzyutworowa epka Kevina przywodzi na myśl
zeszłoroczne dokonania Blake’a, ale nie należy traktować McPhee jako kolejnego
epigona Jamesa, gdyż pokazuje on, że ma własne pomysły, mieszając future garage
z techno i minimalem.