czwartek, 23 września 2010

Świeża zupa #14

Baths – Cerulean

Baths to Will Wiesenfield, młody chłopak z Kalifornii, który wydał niedawno w Anticonie swój debiutancki materiał. Anticon wydaje głównie muzykę zwaną abstrakcyjnym hip-hopem, co nie dziwi, bo założyli go faceci, którzy nagrywali bądź dalej nagrywają w tak klasycznych zespołach jak Clouddead, Themselves czy Deep Puddle Dynamics. Na Cerulean mamy do czynienie z pięćdziesięcioma minutami mocno pokręconej elektroniki, zahaczającej momentami o czysty kicz. Żeby nie być gołosłownym, wskaże na Lovely Bloodflow, który brzmi jak sen paranoicznego dziecka nawiedzanego przez muppety z Ulicy Sezamkowej. Z kolei Aminals jest dadaistyczną wycieczką po tęczowej łące, a umieszczone w tle śpiewające dzieci sprawiają wrażenie obcowania z jakąś mocno nienormalną bajką. Oczywiście, Baths zaserwował nam nie tylko porąbaną elektronikę, zdarzą się też utwory eksplorujące naprawdę minimalny ambient na przykład Rain Smell, który ogranicza się do szumów, śpiewu ptaków i kilku powtarzających się wysamplowanych partii gitary i pianina. Potańczyć, też trochę potańczymy, choćby przy wieńczącym krążek Hall. Jak na debiut Cerulean jest bardzo porządny, a potwierdzeniem niech będzie fakt, że przyjemnie się przy tej płycie spaceruje.

Mount Kimbie – Crooks & Lovers

Dwóch młodzianów z Wysp lubujących się w elektronice wydało album, fajnie. Mówią, że to dubstep, o to jeszcze lepiej, bo dubstep lubię. Odpalam więc i jestem zdziwiony. Tu nie ma dubstepu, a nawet jeśli jakiś się znajdzie, jest praktycznie zredukowany do minimum. Szukam wywiadów, w których określaliby swoje inspiracje, znalazłem. Burial, Xiu Xiu, Madlib, no ekstra. Słucham dalej. Rytmika ogranicza się do jednostajnych szumów lub prostego perkusyjnego bitu, nie potańczymy, co najwyżej się pobujamy. Chłopaki koncentrują się na melodycznej stronie swoich utworów i muszę przyznać, że im to wychodzi. Podbili moje serce Before I Move Off z samplem sitary czy innego azjatyckiego strunowca, podlali to chilloutową elektroniką, przerobili jakiś wokalny sampel, jest nieźle. Trochę dubstepu znalazłem w Blind Night Errand, a to ze względu na charakterystyczne brzmienie basu i klawiszy, oddalanie i przybliżanie dźwięków. Ode to Bear to intymny, oscylujący około ambientu i glitchu utwór i tutaj chyba fajności się kończą. Przy pierwszym przesłuchaniu Crooks jest świeże, przy drugim fajne, a potem robi się nudne. Naprawdę, ta płyta na dłuższą metę jest nieciekawa, a jeśli ktoś szuka spokojnej elektroniki niech lepiej posłucha Pantha du Prince czy Four Teta. Naprawdę.

Dutch – A Bright Cold Day

Jestem zawiedziony. Zapowiadało się tak dobrze, bo i wokalistka wydawała się utalentowana, a do tego pod projektem podpisywał się Stoupe z Jedi Mind Tricks, a tutaj takie rozczarowanie. Wybaczcie, ale prawie wszystko na A Bright Cold Day zostało już nagrane przez Portishead, Archive, Massive Attack czy innych przedstawicieli trip-hopu i innego Bristol soundu. Jedynym jasnym punktem tego krążka jest Warm Like The Wind, ale klasycznie brzmiące jazzowe kawałki z kobiecym wokalem z reguły są fajne, a poza tym jeden dobry utwór nie „robi” płyty. Odpuście sobie, więcej nie powiem.

Four Tet – There Is Love In You

Ta płyta nie odkryje niczego nowego w elektronice, ale sprawi, że na czterdzieści siedem minut oddacie się tytułowej sile miłości. Jeśli chodzi o prostolinijne, wyluzowane elektroniczne nagrania, bezapelacyjna lista roku, choć Pantha du Prince moim zdaniem jest lepszy. Słuchajcie i luzujcie się, bracia i siostry!

poniedziałek, 20 września 2010

Light me up and...? (Świeża zupa #13)

Przychodzi blondynka do studia muzycznego: 
–Poproszę zespół.
–Jaki?
–Jakiś męski?
–Mamy kudłatych facetów, ale oni grają tradycyjnego rocka…

Tu dialog na dłuższy czas się urywa. Blondynka siedzi cicho, a do akcji wkracza jej agent, który tłumaczy że laska jest gwiazdą serialu dla nastolatków i że band należy jej się jak psu zupa. Zdębiały manager wytwórni Interscope przypomina sobie czasy kiedy współpracował z takimi tuzami jak Trent Reznor z Nine Inch Nails, Eminem, Robyn czy Sheryl Crow. Wspomina sobie jacy byli nieokrzesani, że mieli swoje pomysły, generalnie ryzykiem poniesienia strat finansowych przyprawiali go o zawał serca. W ten sposób bezimiennemu pracownikowi Interscope szesnastoletnia Taylor Momsen spadła z nieba. Gwiazda amerykańskiego serialu The Gossip Girl wydała jako The Pretty Reckless w tym roku krążek pod nic niemówiącym tytułem Light me up. Jako że rozświetlanie blondynki prowadzi do platyny, a nakłady położone na promocję są duże, myślę, że ten album taki status w niektórych krajach ma szanse osiągnąć. 

Niestety, na tym kończy się moja miłość do wychudłej małolaty z głosem niepodrasowanej gwiazdki pop. Light me up to prosty, rock-popowy, tudzież pop-rockowy album. Skłaniałbym się ku tej drugiej opinii, a to za sprawą naiwnych niedojrzałych tekstów, standardowej, zakrawającej na ubogość brzmień warstwie muzycznej i wizerunkowi liderki - przypomina ona dziewczynkę, która gdzieś zgubiła spodnie, a nie niezależną seksowną divę. Sama Momsen tłumaczy, że wszystko zaczęło się, kiedy mama zabrała ją na koncert The White Stripes: Do tego czasu jedyny koncert, na jaki bym poszła to występ Britney Spears. Cóż przynajmniej matka wiedziała, co robi. Teraz szesnastolatka grzmi o tym, jak to zaczęła słuchać Zeppelinów, Nirvany, Audioslave itp. 

Jako, że nastolatkom gust zmienia się średnio co pięć sekund, a potem błądzi z braku nowych pomysłów, liczymy na managment nowej zbuntowanej idolki, który pomiędzy jej przyjęciami i rozterkami pt. czy mam dobrze naciągnięte rajstopki?....AAAAA! Oczko!!! wymyśli coś nowego, już niebawem, na pewno. Help.

Michał Doniec

Kult, miód i zimne piwo czyli płyty życia #2


Ali Farka Touré & Toumani Diabaté – Ali and Toumani

Ali Ibrahim „Farka” Touré nie żyje od 2006 roku, ale jego życie w żadnym wypadku nie poszło na marne. Martin Scorsese powiedział, że jego muzyka zawiera „DNA bluesa”, media nazywały go „afrykańskim John Lee Hookerem”, a płyty z nim nagrywali najwięksi, jak choćby Ry Cooder. Toumani Diabaté za to jest obecnie chyba najbardziej znanym człowiekiem grającym na korze, zachodnioafrykańskim odpowiedniku harfy, dodatkowo pochodzi z rodziny o naprawdę długich tradycjach gry na tym instrumencie – ustne opowieści z jego rodziny mówią o siedemdziesięciu jeden generacjach grających na korze przed Toumanim. Panowie nagrali dwa wspólne albumy: In the Heart of the Moon z 2005 roku i tegoroczny Ali and Toumani.

Słuchając tego krążka narodziła się we mnie pewna „rozterka”. Otóż, zacząłem się zastanawiać czy muzyka Malijczyków podoba mi się dlatego, że jest „obiektywnie” dobra, czy też może dlatego, że trafia w bliskie mojemu sercu nuty? Niemniej to nie koniec, bowiem w pewnym momencie wykiełkowała we mnie myśl, iż ich twórczość może trafiać do mnie dlatego, że jest czymś osobliwym, a więc z góry muszę to uznać za „fajne”. Doszedłem do wniosku, że właśnie w egzotyczności leży problem z percepcją muzyki spoza „zachodniego” kręgu kulturowego. Przyjmijmy, że pewne grupa ludzi usłyszy Ali and Toumani. Opowiemy im kto i gdzie album nagrał, po czym puścimy go do odsłuchania. Moim zdaniem większość z góry uzna go za „fajny” właśnie ze względu na inność, która nie pozwala na jakiekolwiek odniesienia do naszej cywilizacji. Wielu uczonych w muzyce mówi, że Ali Farka grał bluesa i w pewnym sensie mają oni rację, ale należy zauważyć, że jego blues jest skrajnie różny od tego nam znanego. Gdzieś słyszałem, że co prawda blues jest tylko jeden, a reszta to po prostu różne jego wariacje, ale Farka Touré całkowicie przemodelował ten gatunek muzyki na warunki afrykańskie i choć emocje zauważane w jego graniu mogą zostać przez resztę świata odczytane, w całości będzie on czytelny tylko dla Afrykanów, a jeszcze ściślej mówiąc tylko dla Malijczyków. Toumani zaś jest całkowicie osadzony w tradycji zachodnioafrykańskiej, chociażby ze względu na instrument, którym się posługuje, poza tym jego solowe dokonania, choć zawierają pewne odniesienia do bluesa czy jazzu, są na wskroś malijskie.

Słuchając dalej, postanowiłem całkowicie wyeliminować postrzeganie płyty jako egzotycznej, skupiając się głównie na muzyce. Od razu chcę nadmienić, że nie jest to krążek dla każdego, bowiem nie wszyscy mogą lubić głównie instrumentalne kompozycje tylko na gitarę i korę, z rzadko występującym wokalem. Dodatkowo dźwięki stworzone prze Aliego i Toumaniego są do bólu wręcz niemodne, ale za to całkowicie szczere. Słuchając ich utworów nie sposób oprzeć się wrażeniu świeżości i spokoju, a każdy utwór z osobna przypomina bardziej snucie opowieści o dawnych czasach niż zwartą kompozycję. To nie są piosenki na szybkie przesłuchanie, żeby całkowicie poczuć Ali and Toumani trzeba się wsłuchać. Gwarantuję, że ten kto to uczyni, nie będzie zawiedziony, bowiem każdy dźwięk z tego krążka niesie nam jakąś uniwersalną wiedzę o człowieku i jego naturze, lecz przede wszystkim wydawnictwo to jest muzyczną opowieścią i zarazem podróżą po Afryce. Ali i Toumani na pięćdziesiąt minut zabierają słuchacza w odległe i nieznane większości krainy, żeby pokazać ich piękno i wyjątkowość. Będziemy mogli posłuchać tradycyjnej pieśni w Sabu Yerkoy, które ukaże nam wieczorne życie malijskiej wioski gdzieś pod Bamako, zdarzy się także okazja to hipnotycznego tańca pod księżycem, a zmusi nas do tego Samba Geladio, a najdłuższy na płycie 56 zabierze nas w rejs drewnianą łódką po wodach Nigru.

Chciałem być obiektywny, ale chyba nie dam rady. Ali and Toumani jest bowiem dziełem całkowicie doskonałym, to po prostu piękna, szczera muzyka grana prosto z serca. Co prawda, nie wszyscy docenią uroki tej płyty, gdyż jak już wspominałem nie każdy lubi taką muzykę. Dla wielu krążek te będzie zapewne początkiem przygody z muzyką Malijczyków, dla mnie natomiast jest on swego rodzaju ukoronowaniem mojej wyprawy z Alim Touré. Toumani może nagrać jeszcze wiele świetnych płyt, natomiast Farce nie będzie już to dane. Jego solowa twórczość jest dla mnie niepodważalnie świetna, ale ten album nagrany wspólnie z Toumanim pokazuje jak wielkim muzykiem był Ali Farka Touré. Bezapelacyjnie Ali and Toumani jest opus magnum muzyki malijskiej, ale nie tylko – nie zdziwiłbym się gdyby za kilka lat jacyś nowojorscy młodzieńcy zaczęli nagrywać płyty inspirowane twórczością Malijczyków, a zachodnie media okrzyknęłyby to nowym gatunkiem. Naprawdę szczerze polecam!

Ps. Płyta ta powinna wylądować w rubryce „Świeża zupa”, ale uznałem ją za tak doskonałą, że automatycznie wskoczyła do kategorii „Płyty życia”. Zresztą, gdybym miał ją umieszczać w „zupie” musiałbym wystawić jej 10/10, a ocen nie chcę stosować, gdyż zabijają one radość pisania i mam nadzieję, że czytania też.

niedziela, 19 września 2010

Świeża zupa #12


The National – High Violet

Okładka przykuwa wzrok i zastanawia, a wszystkie media piszą, że oni grają indie. Słuchałem i indie nie znalazłem, nie wiem może jest tak dobrze ukryte, albo ja jestem taki ograniczony. Niemniej jednego tej płycie nie mogę odmówić – jest na wskroś amerykańska i to w pozytywnym tego określenia znaczeniu. Mamy tu niski wokal, klasyczne rockowe instrumentarium, dobrze napisane piosenki. Niezaprzeczalnym atutem jest jesienny klimat, dzięki czemu High Violet świetnie się słucha, kiedy na dworze coraz zimniej i ciemniej. Wiele na ich temat do powiedzenia nie mam, bo to nic więcej ponad klasyczne, dobre rockowe granie reprezentowane przez takie zespoły jak na przykład Interpol czy Band of Horses. Oni swoją publikę mają, niczego nie muszą już udowadniać, po prostu mogą sobie pozwolić na nagranie dobrej płyty, która zadowoli wszystkich fanów tradycyjnego, gitarowego grania. Obiektywnie są dobrym zespołem z dobrymi albumami, ale u mnie nie wywołują żadnych specjalnych emocji, nic ponad zwykle stwierdzenie „chłopaki jesteście ok.” i posłuchanie od czasu do czasu. 

Surfer Blood - Astro Coast


Floryda zawsze będzie mi się kojarzyć z kubańskimi uciekinierami i Horatio z CSI: Miami. Nie lubię miejsc gdzie jest za dużo słońca, a ludzie mimo iż się uśmiechają i są szczęśliwi, chcą mnie uszkodzić, poza tym morze w za dużych ilościach to czyste zło. Natomiast muzyka z Florydy jest, wstyd się przyznać, fajna. Chłopaki z Surfer Blood nagrali bardzo przekonywujący mnie debiut – nie ma tutaj żadnego napuszenia, czy czegoś w tym stylu, tylko zwyczajne, bezpretensjonalne granie. Słychać, że są jeszcze młodzi i nieopierzeni, ale zostawiają wrażenie tak samo dobre jak The Drums, dodatkowo w ich wypadku surferska otoczka nie jest irytująca, w końcu są z Florydy. Muszę jeszcze wspomnieć, że choć Drumsi nadrabiali poziomem piosenek, brakowało mi w nich mocy, której u Surfer Blood jest mnóstwo. Mieszkańcy West Palm Beach, Floryda nie wymyślili niczego nowego, ale bardzo zgrabnie i w dobrym stylu przejechali się po rejonach indie, lo-fi i psychodeli. Do indie zawsze staram się podchodzić krytycznie, ale tutaj nie mam do czego się przyczepić – jest moc, są chwytliwe refreny i riffy, mamy dobrze napisane piosenki z licznymi odwołaniami, jednym słowem, jeśli ktoś lubi Pavement czy Weezera powinien posłuchać. Na razie wkładam ich do szufladki „fajne”, za jakiś czas powrócę i zobaczę czy zdołają się w niej utrzymać.

Two Door Cinema Club – Tourist History


Trzech chłopaków z Irlandii Północnej nagrało płytę i zastanówmy się co z tego wynika dla muzyki. Pod względem artystycznym – niewiele, bo to nic więcej ponad dobrze skrojony indie pop z elektronicznymi wstawkami. Panowie stawiają na minimalizm i wpadające w ucho melodie i dobrze na tym wychodzą. Jeżeli ktoś spodziewa się uniesień artystycznych po tym albumie, zawiedzie się, chyba że takie uniesienia powoduje u niego sprawne indie. Pod względem marketingowym natomiast Two Door Cinema Club mają prawo odnieść sukces, bowiem swoim debiutem na pewno trafią do docelowej grupy słuchaczy indie rocka, czyli zbuntowanej i modnej młodzieży licealnej i do co poniektórych starszych. Ich muzykę bardzo dobrze określa angielskie słowo catchy i na tym zakończę, bo nic poza catchy nie przychodzi mi do głowy, by opisać ten album. 

Pulled Apart By Horses – Pulled Apart By Horses


Recenzja w jednym zdaniu: wyspiarski geycore dla zbuntowanej młodzieży i ubogich duchem, jeśli ktoś szuka czegoś więcej, niech poszuka gdzieś indziej.

piątek, 17 września 2010

Świeża zupa #11


Alcest - Écailles de Lune

Shoegaze i post rock to bliskie mojemu skołatanemu sercu gatunki. Czasami lubię otworzyć sobie okno i puścić na cały regulator ścianę gitarowego jednostajnego dźwięku, tak głośnego i przeefektowanego, że sąsiadka kilkanaście domów dalej dostaje szału. Poza tym, czy jest coś piękniejszego niż wpatrywanie się w panel wypełniony gitarowymi efektami i granie smutnych piosenek? Pewnie każdy będzie miał dobrą odpowiedź na to pytanie, ale ja zdania nie zmienię – przez swoją ciapowatość mam naturalne predyspozycje do lubienia tych gatunków. A tak szczerze – znacie jakiś bardziej apatyczną muzykę niż shoegaze? W nim nie ma ani tanecznego rytmu, nie uświadczymy kozackomasywnowyjebanych riffów, zero basu, w ogóle o czym my rozmawiamy? 

Mówimy o najnowszym dokonaniu Francuza o wdzięcznym pseudonimie Neige (śnieg). Tu możecie się zdziwić – ale jak to? Facet ze słonecznego południa Francji nagrał coś apatycznego, smutnego i głośnego? A czy oni przypadkiem nie są weseli i ogólnie szczęśliwi? Cóż, pewnie są, ale jak widać, nie wszyscy. Poczyniłem pewne badania w tym kierunku i odkryłem, że Francja daje nam nie tylko tradycyjne chanson, hip-hop, czy wszelakie rodzaje tanecznej elektroniki, ale jest też bardzo silnym bastionem shoegaze’u właśnie. Swego czasu prezentowałem dokonania Alcesta swojemu przyjacielowi (który, być może, będzie tu zamieszczał swoje teksty) i stoczyliśmy dysputę na jego temat. Ja występowałem jako strona jarająca się, kompletnie urzeczona tym co Francuz nam proponuje, on był krytykiem twierdzącym, że Francuzi i tak całą swoją gitarową muzykę zrzynają od Brytoli i Jankesów. Nie będę ukrywał, że miał sporo racji, bowiem jest w tych nagraniach mnóstwo elementów, które już prezentowały zespoły z Wysp lub, w mniejszym stopniu, ze Stanów.

Opinia, którą teraz wyrażę, mogłaby narazić mnie na spalenie żywcem, gdybym wygłosił ją w środowisku mroczno-emo-gotyckim. Otóż, Écailles de Lune nie jest może najmroczniejszym wydawnictwem jakie słyszałem, ale na pewno ilość tak zwanego „mroku” na tej płycie jest większa niż w całej dyskografii niejednego gotyckiego bandu. Neige swoimi gitarowymi pędzelkami maluje obraz stokroć bardziej smutny i pesymistyczny od całego rokrzyczanego ruchu emo, nie używając podczas nagrania ani jednej żyletki (wydaje mi się, że preferuje struny). Posłuchajcie dwuczęściowego utworu tytułowego – toż to spokój w najczystszej postaci, tak czystej, że aż skrystalizowanej, ale jaki smutny i mroczny jednocześnie! Chociaż, może odrobinę z tym mrokiem przesadziłem, bo więcej tu spokojnego pesymizmu, bez epatowania pentagramami, nietoperzami i krwią. Nie ma tu żadnych typowo „mhrocznych” rekwizytów, są za to ogromne emocje. Natężenie Jasnej i Ciemnej Strony Mocy zmienia się tutaj co chwilę – w jednym momencie Luke ratuje jakąś zagubioną duszę, w drugim Anakin staje się Vaderem, oczywiście tak to wyglądałoby, gdyby Gwiezdne Wojny działy się w jakimś elfim świecie, bo znajdzie się tutaj kilka takich „sigurowatych” momentów. Generalnie płyta jest zgrabnie rozdzielona na dwie cześci, przy czym pierwsza jest epicka, głośna, zagniewana i smutna, a druga dryfuje swobodnie w klimaty dream popowe, tracąc na epickości, trochę obniżając głośność, ale pozostawiając ten sam pakiet niesamowitych emocji. O ile dwie części Écailles de Lune żmiadżą nas rozmachem i siłą, o tyle wieńczące płytę Sur L'Océan Couleur de Fer sprawi, że będziecie mieli ochotę rozpłakać się jak dzieci i to nie tylko ze względu na zastrzyk depresji, jaki ten utwór daje, ale także wskutek zachłyśnięcia się pięknem. Tak, tak, tutaj są najpiękniejsze brzmienia gitar jakie dostaliśmy w tym roku, a do tego od strony wizualnej Écailles de Lune jest po prostu powalające i przywołuje na myśl malarstwo secesyjne.

Powiedzmy wprost – wiele elementów tego krążka to jawna kradzież z najlepszych dokonań brytyjskiego shoegaze’u, ale za to w jakim stylu dokonano napadu! Oceniając tą płytę, starałem się być możliwie jak najbardziej obiektywnie i krytycznie nastawionym, ale udało mi się to tylko w niewielkim stopniu, więc możecie posądzać mnie o tendencyjność. Jeśli chodzi o gitarowe granie, w tym roku chyba nic piękniejszego nie wyjdzie. Nawet nie będę się silił na decydowanie czy Écailles de Lune jest dobre, ponieważ jest po prostu piękne, a myślę, że to najlepsza rekomendacja. Oj, mój kolega polonista może się na mnie obrazić, ale gdyby Wyspiański był rockamanem, nagrałby ten album zamiast Śniega.

poniedziałek, 13 września 2010

Świeża zupa #10


Ariel Pink’s Haunted Grafitti – Before Today

Nie lubię Ariela Pinka. Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu gdy słyszę o nim, coś się we mnie gotuje, więc tym bardziej boli mnie, że jest teraz modny. Poza tym określenia typu „freak”, „New Weird America” czy „freak folk”, jeżeli nie odnoszą się do Animal Collective, wywołują we mnie napady śmiechu. Umówmy się – prawdziwym freakiem jest Gaga ubierająca się w sukienkę z surowego mięsa, a nie nagrywający na ośmiościeżkowiec porąbane piosenki Rosenberg (jego prawdziwe nazwisko). On może być co najwyżej outsiderem, prawdziwe szaleństwo jest dla niego nieosiągalne.

Powtórzę: nie lubię Pinka. Całą ta otoczka natchnionego artysty z jego niewielką, równie natchnioną świtą, irytuje mnie. Zasług nie mogę mu odmówić, w końcu koleś dał światu intelektualne podstawy chillwave’u, do tego nagrywał sobie z Animal Collective, których bardzo szanuję. Jego poprzednie nagrania nie przemawiały do mnie, choć „obiektywnie” były dobre, brakowało im czegoś, co mogłoby mnie chwycić za serce i trzymać aż dostałbym zawału. Dlatego do Before Today podchodziłem z dużą ostrożnością.

Przesłuchałem i pojawił się problem, duży. „Obiektywnie” to jest świetna płyta, pełna bardzo dobrych piosenek, ciekawie nagrana, niemniej pojawia się „ale”. Pink zabiera nas na wycieczkę po muzyce popularnej lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, co zresztą pokazuje tytuł. Na godzinę lekcyjną odpłyniemy w stronę inspiracji tym co najbardziej kiczowate w muzyce poprzednich dekad, otrzymując sporą dawkę dobrze skrojonego pastiszu. Gdyby ktoś zapytał, co jest motywem przewodnim krążka, odparłbym, że palmy, słońce, hawajskie koszule i oczywiście psychodelia. Brzmienia i zagrywki typowe dla hippisów egzystują na każdym zakręcie i machają w naszym kierunku z uśmiechem na twarzy. Zresztą, całe Before Today sprawia wrażenie nieustannego puszczania oczka w kierunku odbiorcy, jak chociażby w Round and Round, który według mnie ma prawo aspirować do tytułu piosenki roku. W tym utworze słoneczne miasta Ameryki, kolorowe kabriolety, krzykliwe garnitury i okulary przeciwsłoneczne tańczą radośnie w rytm piosenki żywcem wyjętej z pastelowych lat osiemdziesiątych. Gdy usłyszałem linię basu z Round and Round, pomyślałem „mój Boże, italo disco”, a jak się potem okazało, nie była to ostatnia taka myśl. Już otwierający płytę Hot Body Rub kazał mi zastanawiać się nad tym jakością dilera Pinka, a następujący po nim Bright Lit Blue Skies radośnie pogrzebał moje wyobrażenia o lekkim punku i surf rocku. Każdy song z Before Today wywołuje wrażenie poronionego, nieważne czy kpi sobie z wczesnej Madonny jak w Beverly Kills, czy strukturą mruga w stronę kolegów z Animal Collective jak w L’estat, ale najlepszym przykładem szaleństwa Rosenberga jest Butt-House Blondies – gdyby ktoś z was kiedyś zastanawiał się, jak brzmi plażowy power metal, ten kawałek da wam odpowiedź. Gdyby Tony Iommi wiedział, że w dwa tysiące dziesiątym roku ktoś przerobi Black Sabbath na słoneczną piosenkę, zapewne nigdy nie wziąłby gitary do ręki.

Z drugiej strony, niektórzy mogą patrzeć na Before Today jak na zbiór przyjemnych piosenek do posłuchania i zapomnienia, a choć chciałbym należeć do tego grona, nie mogę. Mimo iż dalej wspomnienie o Arielu Pinku wywołuje we mnie niesłychaną irytację, ta płyta ma to coś, tylko, że to „coś” jest głęboko ukryte. Naprawdę, trzeba przekopać się przez całą masę melodyjek z psychiatryka, radosnych pogwizdywań i innego słodkiego gówna, żeby dostać się do tego „czegoś”. I mimo iż jestem podjarany całościowym wydźwiękiem płyty, tymi wszystkimi inspiracjami i pastiszami, mimo, że znalazłem to „coś”, czegoś mi tu brakuje. Nie wiem, może wypadałoby Arielowi dodać coś od siebie, a nie tylko przerabiać istniejące już rozwiązania? Before Today nie przynosi żadnej rewolucji, nawet fakt, że Ariel przetransferował się do 4AD niczego nie zmienia, poza tym, że jego najbardziej fanatyczni wyznawcy będą mu zarzucać porzucenie undergroundu. Ten album jest cholernie przystępny, świetnie nagrany i wręcz skazany na sukces, a kogo obchodzi, że jednemu człowiekowi czegoś w nim brakuje? Nikogo, więc słuchajcie i radujcie się, nieważne czy uznacie Before Today za zbiór letnich czasoumilaczy, czy też za płytę niemalże wybitną. 

niedziela, 12 września 2010

Świeża zupa #9


Holy Fuck – Latin

Chyba zespoły z „fuck” w nazwie do mnie przemawiają. Fuck Buttons są dla mnie absolutnie fenomenalni, Fucked Up to muzyka mojego liceum, teraz do tego grona dołącza Holy Fuck. Nie umiem tego wytłumaczyć, może najzwyczajniej w świecie w muzyce tych grup jest coś, co silnie chwyta za moje wrażliwe serudszko i nie puszcza. Odpuścmy sobie dywagacja, skupmy się na faktach. Sprawa prezentuje się następująco – Brytole nas w tym roku zawodzą. Poza jednym dobrym album Foalsów, nie ma niczego, czym moglibyśmy się ekscytować. Klaxonsi dali ciała, nowe Hot Chip jest mierne, promowany przez brytyjskie media Bombay Bicycle Club woła o pomstę do nieba, a solowa płyta Philipa Selway’a z Radiohead jest pozycją tylko dla zagorzałych fanów Radiosiów. W tym roku podniecamy się byłymi częściami British Empire – Australią, Ameryką, Kanadą. Furorę robią Crystal Castles, The Drums, wszyscy czekają na nową płytę Kings of Leon, a w międzyczasie bardzo dużo się dzieje, czego dowodem jest Latin kanadyjskiego Holy Fuck. Dostajemy tutaj prawie czterdzieści minut dźwięków definiowanych jako „lo-fi/improwizowana elektronika”, ale to czysta bzdura. Panowie wyrośli na gruncie post rockowym, więc nic dziwnego, że ciągnie ich do elektroniki, ale to dalej jest band gitarowy. Fakt, ze gitary są pocięte i poprzetwarzane różnorakimi efektami niczego nie zmienia, oni dalej grają rocka. Słuchająć najnowszego dokonania Kanadyjczyków nie mogę uciec od porównywania ich do Fuck Buttons i to nie tylko ze względu na obecność „fuck” w nazwie. Ich muzyka to takie poskracane i zrytmizowane Fuck Buttons – więcej tu chwytliwych melodii niż na dokonaniach duetu z Bristolu raz znacznie więcej czegoś, co nazywam „pierwiastkiem popowym”. Z całym szacunkiem, ale twórczość Buttonsów jest mało popowa, bowiem kto będzie puszczał w radiu dziesięciominutowe, powolne, trzaskliwe kompozycje? U Holy Fuck tego problemu nie ma, wystarczy zaznajomić się z Silva & Grimes, by wiedzieć co mam na myśli. Zresztą wymieniony właśnie utwór jest moim niezaprzeczalnym numerem jeden krążka, przez skojarzenia jakie wywołuje – wszystko w tej piosence, począwszy od cudownej linii basu, przez trzaski, sprzężenia i wybuchy, po odjechaną elektronikę, przypomina mi dzieciństwo i zarywanie całych dni, bo tata przyniósł nowe kartridże do Pegazusa. Oprócz takich „melancholijnych” utworów, znajdziemy też parkietowe wymiatacze jak SHT MTN, którego nie powstydziliby się Chemiczni, Fatboy Slim czy Daft Punk, jest też kompozycja z rytmem dostosowanym do szybkiej jazdy na rowerze – Stilettos. Kanadyjczycy łaczą rockową tradycję z elementami drone’u, glitchu i innej elektroniki opartej na cyfrowej obróbce dźwięku i połamanych, trzaskliwych brzmieniach. Latin może wydać się nieprzystępne, ale to tylko pozory, bowiem pod hałasowaniem ukryta jest naprawdę dobra płyta.

Hocus Pocus – 16 Pièces

Ziom, obczaj tą nutę. Nie pieprz, słuchaj! Co to za gówno? To zacna francuska kapelka, naprawdę warto. Słuchaj, słuchaj, to nie boli. Ty, wiem, że to ma styl, byle czego bym ci nie polecał, no nie? Obstaw mi ze dwie chmury. Stary, przy tak kozackiej nucie, należy zapalić. Mówisz, ze są do kogoś podobni? Czekaj, czekaj, chyba wiem. Afro Kolektyw! I jeszcze jeden zespół, daj pomyśleć. No tak, klasyka, The Roots. Jazz i soul ci nie podchodzą? Nie wiesz co dobre, jazz jest ponadczasowy, podobnie jak soul i funk. Co ty, Jamesa Browna nie znasz? Ziom, wstydziłbyś się, jego dźwięków na tej płycie jest na pęczki. W ogóle ten krążek to klasyka lekkiego jazzu wymieszana z hip-hopem. Mówisz, że wszystkie songi podobne? Masz rację, ale nie zmienia to faktu, że 16 Pièces ma styl. Nie marudź, ziom, ten album jest porządnie zrobiony, żadnego przebłysku geniuszu, tylko bardzo dobre rzemiosło. Masz rację, gdyby się trochę bardziej przyłożyli, powstałoby dzieło świetne, a tak jest tylko niezłe. Przynajmniej ma stajla, no nie? Kozackie brzmienie, ale nic poza tym, a mimo to mi się podoba. Marudź sobie, ja zdania nie zmienię. Daj jeszcze chmurę, nie bądź taki. Hip-hop nie kończy się na Ostrym, człowieku, trzeba być otwartym!

sobota, 11 września 2010

Świeża zupa #8


Flying Lotus – Cosmogramma

Narzekałem ostatnio, że w tym roku nie wyszło nic powalającego, ale chyba przyjdzie mi to marudzenie zweryfikować. Chociaż moja koleżanka twierdzi, że najnowsze wydawnictwo FlyLo ssie w porównaniu do poprzedniego Los Angeles, ośmielę się nie zgodzić z tym radykalnie ignoranckim zdaniem, ale czego wymagać od kogoś, kto jara się Crystal Castles (Magda, gdybyś to czytała, wiedz, że to tylko ironia z mojej strony). Ellison zabiera nas na czterdzieści siedem minut w muzyczną podróż po krainie instrumentalnego hip-hopu, gęsto obsianego drzewkami dubowymi, drum’n’bassowymi i breakbeatowymi. Chociaż pierwsze minuty mogą odstraszyć potencjalnych odkrywców, są one bardziej testem niż realnym zagrożeniem, bowiem ten kto przetrwa Clock Catcher, dotrwa już do samego końca. Przyznam wam szczerze, że początkowo nie podchodziła mi muzyka serwowana przez Ellisona, uważałem ją za chaotyczną i hałaśliwą, ale przy uważniejszym wsłuchaniu się zacząłem wyławiać różne smaczki. Gdy przesłuchałem płytę od deski do deski, zdębiałem. Tego krążka nie da opisać się, wyławiając pojedyncze utwory i analizując, jego trzeba chłonąć całościowo. Cosmogramma jest powiewem świeżości, dowodem na to, że używając sampli i loopów można tworzyć muzykę z duszą. Posłuchajcie chociażby Do the Astral Plane, a zrozumiecie o co mi chodzi. Po prostu, Lotusowi udała się ta sama sztuka, która wcześniej udawała się Amonowi Tobinowi – ze strzępków materiału udało mu się uszyć wyśmienitą kolekcję. Co prawda nagromadzenie inspiracji i skojarzeń jakie płyta powoduje może odrobinę przerażać i chociaż album nie ma jednego motywu przewodniego, nie sprawia wrażenia chaotycznego, wręcz przeciwnie – jest precyzyjny i wyliczony. Znajdziemy tu tłuste bity, pocięte melodie, ale tez kompozycje na harfę i saksofon. Nawet fani Radiohead odnajdą tu coś dla siebie, bowiem poza gościnnym występem naszego ulubionego neurotyka Thoma Yorke’a w ...And The World Laughs With You, w kilku nagraniach słychać uśmiechy w stronę postOkComputerowych dokonań Radiosiów. Moim zdaniem album bezapelacyjnie wpisuje się na listę roku i być może na listę lat dziesiątych XXI wieku. Mam szczerą nadzieję, że następny krążek Flying Lotusa będzie czymś na kształt Bricolage Amona Tobina, a na razie będę się jarał i spalał przy tym. Magia, magia i jeszcze raz kosmos.
Pantha du Prince – Black Noise

Singer – chcesz dobrego minimala?
Lord XXX – jasne. ^^
S – dobry, niemiecki.
LX – dajesz. ^^
S – to chyba jedyne, poza autostradami, co Niemcy mają dobrego : P
(Lord XXX słucha).
S – i jak?
LX – moment. to nie jest minimal.
S – a niby co panie znawco?
LX – tu jest szybkie tempo. od kiedy w minimalu jest szybkie tempo?
S – to jest taki specyficzny minimal : P
LX – to może ja wcale nie słucham minimalu?
S – oj tam, oj tam. przyjmijmy, że to dobra, niemiecka elektronika. 
LX – to ja nie lubię.
S – marudzisz. : P
LX – trochę.
(Singerowi zacina się przeglądarka, ale zaraz się odcina).
S – no i patrz. a nie. masz szczęście!
LX - ? :D
S – myślałem, że mi się przeglądarka zacięła przez Ciebie. : P
LX – a co ja robiłem? : D
S – bzdury gadałeś.

Faktycznie gadał bzdury. Black Noise to dobry, spokojny album z cudowną okładką. I kropka, zwykłej recenzji nie ma.

środa, 8 września 2010

Na rynku, w południe, weź szable i walczmy! #1

Dub FX vs. Rihanna

Obydwa utwory noszą tytuł „Rude Boy”.

Słowo wstępu: 
Tak, to nowa rubryka. Tak, będą w niej pojedynki. Gdybyście mieli jakieś propozycje, walcie śmiało.

Tekst właściwy:
Ta bitwa wygląda na pojedynek Dawida z Goliatem. Po lewej stronie mamy Dub FX’a, beatboksera z Australii, artystę ulicznego, człowieka, który mówi o sobie, że jest samowystarczalny, który nie ma kontraktu z żadną wytwórnią i zarabia tylko dzięki internetowi i sprzedaży płyt podczas występów. Natomiast po prawej stronie stoi Rihanna, gwiazda popu, zbijająca fortunę na swoich nagraniach, często wątpliwej jakości artystycznej, ale niebywałej marketingowej. Sędzia rzuca monetą, rozpoczynać będzie Dub FX. 

Benjamin Stanford (prawdziwe nazwisko muzyka) zaczyna beatboksować. Klei sekcję perkusyjną, po czym używając loopstacji zapętla bit. Następnie dochodzą odległe wokalizy, po czym pan Dub miażdży wszystkich zgromadzonych wygenerowaną ustami i efektami partią naprawdę ciężkiej gitary. Tom Morello byłby dumny! Gdy zaczyna śpiewać, wszystkich przechodzą ciarki, nawet z reguły powściągliwy sędzia się wzdrygnął. Proszę Państwa, tak niesamowitych rastamańskich wokali nie powstydziłby się sam Bob Marley! Na dokładkę pan Stanford śpiewa naprawdę mądrze o ważnych rzeczach – akurat tutaj upomina niegrzeczne dzieci, które zamieniły swoje priorytety na zabawę, zamiast na naukę. Występ się kończy, publika klaszcze i krzyczy, jest wyraźnie zachwycona!

Na ring z fanfarami i konfetti wkracza Robyn Rihanna Fenty, najbardziej znana Barbadoska świata! Tancerze, ogniste kręgi, kolory, lasery, proszę Państwa, młodsza część publiczności balansuje na skraju epileptycznego szału, starsza jest nieco zdegustowana. Wokalistka jest wyzywająco/seksownie ubrana, w zależności co kto lubi. Naszych uszu dochodzi prosta, popowa perkusja i schowana elektronika, która zaraz przechodzi w coś na kształt jamajskiego techno. Rihanna śpiewa banalny tekst o imprezie i seksie, starsi są wyraźnie niezadowoleni, młodsi tańczą w najlepsza. Piosenkarka posiłkuje się teledyskiem, bardzo kolorowym i ruchliwym, czym zyskuje kolejne głosy od młodzieży. Popisy Barbadoski dobiegają końca, schodzi ona ze sceny, a wraz z nią cały jej kolorowy, roztańczony jarmark. Sędzia udaje się do osobnego pokoju, żeby pozbierać myśli, a ja zapraszam na reklamy!

Werdykt:
Dub FX zaprezentował nam autentyczny talent – zrobił cały utwór używając tylko ust, pętli i efektów, Rihanna natomiast pokazała jak powinien brzmieć prawdziwy, dobry pop. Analizując wszystkie aspekty obu piosenek, wyłonimy zwycięzcę.

Muzyka – w tej kategorii niepodważalnym zwycięzcą jest Dub FX. Nie każdy potrafi skomponować muzykę używając tylko swoich ust i kilku efektów. Rihanna na jego tle wypada blado – muzycznie to tylko prościutki, obliczony na jak największą słuchalność pop.

Tekst – tutaj także wygrywa Benjamin Stanford. Zaśpiewać o imprezie umie każdy, natomiast nie każdy ma do przekazania coś mądrego. Dodatkowo otrzymuje plusa za poruszenie ważnej kwestii społecznej.

Hitowość – z całym szacunkiem dla Stanforda, tutaj lepsza jest Rihanna. Wystarczy pierwszej lepszej osobie rzucić pytaniem „kto śpiewa Rude Boy?”, by usłyszeć, że Barbadoska.

Podsumowując – bitwę wynikiem dwa do jednego wygrywa DUB FX! Rihanna schodzi ze sceny pokonana, ale zadowolona, bowiem przegrać z takim przeciwnikiem jak Australijczyk to żaden dyshonor. Dziękuję za uwagę i zapraszam do wzięcia udziału w następnym pojedynku! 

wtorek, 7 września 2010

Świeża zupa #7

Klaxons – Surfing The Void

Smutny jest ten rok, jeśli chodzi o muzykę. Pośród dotychczas wydanych albumów ważniejszych graczy na scenie muzycznej, nie ma żadnej płyty, która powaliłaby na kolana, a uznawanie za krążek roku produkcji, która jest tylko bardzo dobra, nie najlepiej świadczy o kondycji współczesnej muzyki popularnej. Dlatego z nadzieją patrzę na trwająca już drugą połowę roku, bo być może zostanie wydane coś, co zmiecie wszystkich. Nieśmiało i cichutko dodam, że moja wiara w opublikowanie czegoś takiego jest dość wątpliwa. Pomyślałem, że może Klaxons z ich nowym materiałem dokonają czegoś takiego, ale, niestety, pomyliłem się. Nie mogę im odmówić, że debiutem wprawili w osłupienie wszystkich, bo był to pewien powiew świeżości, nie ukrywajmy. Potem jednak sprawa trochę ucichła, jednej z ich piosenek użyto do reklamy szamponu, mieli jakieś zawirowania w składzie, ale od jakiegoś czasu krążyły plotki o Surfing The Void, problemach związanych z nagrywaniem i tego typu rzeczami. Jednak, szczęśliwie, płytę ukończono i wydano, czego owocem jest ten tekst. Problemów z percepcją nowych nagrań nie mam – brytyjska prasa bardzo się Klaxonsami jara, a wszelkie jaranie się wyspiarskich mediów muzycznych należy traktować z rezerwą wielką jak Pałac Kultury i Nauki. NME recenzując ich debiut, przypięło im łątkę nu rave’u, co jest określeniem bezsensownym, bowiem rave’u w Klaxonsach tyle co we mnie Murzyna. Owszem pewne elementy rave’owe w ich muzyce można odnaleźć, ale przeważnie są one bardzo dobrze ukryte i sprawiają wrażenie przypadkowych. Obcując z ich muzyką nie mogę się za to pozbyć wrażenia „teatralności”, nie wiem może to wina chóralnych wokali czy wysoko granych pianin, do tego nie mam zielonego pojęcia czy traktować to odczucie jako zarzut czy komplement. Wiem za to na pewno, że ich utwory nie zostaną już użyte w żadnej reklamie kosmetyków. Dlaczego? Otóż są za mocne. Tak, tak, Klaxonsi zyskali na mocy, słychać w tych świeżych utworach uderzenie, czego dowodem jest chociażby singiel Echoes. Poza tym ową moc słychać także we Flashover, które jak dla mnie jest ich najbardziej eksperymentalnym dokonaniem. Co dziwne, na Surfing The Void odnalazłem elementy charakterystyczne dla amerykańskiego hardcore’u lat dziewięćdziesiątych, oczywiście zmiękczone i zbrytyzowane, ale jednak. Posłuchajcie wieńczącego album Cypherspeed, a zrozumiecie, o co mi chodzi. Mimo to Klaxonsi dalej stosują chwyty, do których nas przyzwyczaili, czyli chóralnie śpiewane refreny, rozmyte gitary i trzeszcząca, schowana gdzieś w tle elektronika. Czy to dobrze? W pewien sposób tak, bo nie stracą zdobytej debiutem publiczności, ale nie wiem czy zyskają tym nową. Poczynili nieduży krok naprzód, widać jakiś postęp w ich graniu, ale to dalej jest ten sam zespół, który słyszeliśmy na debiucie. Surfing The Void jest dobrą płytą, ale w pewien sposób rozczarowuje, bowiem przynosi mało nowego, jest po prostu ponownym przeskoczeniem poprzeczki ustawionej na tej samej wysokości, a nie tego oczekujemy od zespołów, które narobiły smaku pierwszą płytą. Przynajmniej okładkę mają fajną.


Foals – Total Live Forever

A oto przed Państwem kolejny brytyjski zespół, który miał wymarzony debiut i powraca z nowymi nagraniami! Grupa Foals, którza nabroliła płytą Antidotes znów w akcji! Muzycy wychodzą na scenę, rozkładają instrumenty, podpinają się pod wzmacniacze, sprawdzają nagłośnienie. Ach, niech Państwo spojrzą na te ruchy! Prawdziwa muzyczna poezja, innych słów nie znajduję, żeby określić to inaczej. Wszystko działa, więc muzycy zaczynają, drodzy Państwo, nawet nie wiecie, jakie sprzeczne emocje teraz mną targają! Wokalista Yannis zaczyna śpiewać pierwsze słowa otwierającego Blue Bloods, do którego wprowadziły nas spokojne, niemalże hawajskie gitary, wszystko oczywiście dokładnie wyliczone i odmierzone, bo choć NME mówi, że Foals to new rave, to więcej w tych dźwiękach math rocka. Piosenka spokojnie płynie wśród publiczności, roznosi się niczym dym ze swojskiego ogniska. Wokalizy nachodzą na siebie, instrumenty dopełniają swoje partie, czysta harmonia, proszę Państwa, zero spontaniczności! Jak wszyscy dobrze wiemy, spontaniczność jest mocno niepoprawna, nie należy stosować jej zbyt często. Muzycy zaczynają grać Miami i mamy pewne zaskoczenie, bowiem perkusja jest żywcem wyjęta z hip-hopowej klasyki, cała reszta to post punk w czasach swojej świetności. Miami leniwie rozgaszcza się wśród zgromadzonej publiczności, wszyscy są szczęśliwi i łączą się w algebraicznym zen. Foalsi grają sobie swoje dokładnie wymierzone i wykreślone, skonstruowane z precyzją szwajcarskich zegarmistrzów utwory i po raz kolejny zaskakują! Tak, proszę Państwa, w Black Gold są elementy disco, tego prawdziwego disco z Gorączki sobotniej nocy, wymieszane oczywiście z brytyjskim rockiem, ale są! Ludzie biją brawa, zaczynają entuzjastycznie tańczyć, John Travolta byłby zachwycony. Lecz to nie koniec niespodzianek, które zespół dla nas przygotował. Spanish Sahara, singiel promujący nowy album zaczyna się bardzo nie w ich stylu – niemalże akustycznie, wspomagany leniwym śpiewem wokalisty Yannisa, potem narasta napięcie i znów wraca spokój, ale tym razem zrytmizowany. Na scenę wkracza lekka elektronika, publiczność wpada w stan przyjemnego otępienia i nagle, nie wiadomo skąd, gitary i bębny nabierają mocy i nacierają na bezbronną publikę, która wyrywa się z odrętwienia i zaczyna się bawić. This Orient przynosi nam z kolei inspiracje wszelkimi artystami, którzy używali zabawek do tworzenia muzyki i pokazuje, że to nie Klaxons, ale właśnie Foals są teraz modni, fajni i należy ich słuchać. Gdybym miał doszukiwać się jeszcze jakichś inspiracji w This Orient, powiedziałbym: Sigur Rós. Potem następuje krótki przerywnik, który doskonale obrazuje jacy Foalsi są dzisiaj – spokojni, elektroniczni, dokładnie wyliczeni. Mimo iż na scenie nie za dużo spontanu, publiczności najwyraźniej takie granie się podoba. Mnie również udzieliła się niespieszna magia ich muzyki. Ten zespół ma na siebie pomysł, mimo iż math rocka tutaj pełno, jest w nim coś... wyjątkowego. To takie leniwe, rozmyte granie, coś jak rejs łódką po spokojnym morzu albo wylegiwanie się na słońcu. Wydawać się może, że każda z piosenek jest do siebie podobna, ale to tylko pozory, co zresztą widać po zgromadzonej publice. Bujają się, tańczą, ale twarze mają uśmiechnięte, zadowolone. Bez obaw można stwierdzić, że Total Live Forever jest o klasę lepsze od debiutanckiego Antidotes, choć okładkę ma gorszą, ale przecież nie okładki w muzyce chodzi tylko o dźwięki i melodie. Te są naprawdę wysokiej próby i przyznam się Wam, drodzy Państwo, że ta płyta jest dla mnie o wiele lepsza niż najnowsze wydawnictwo uwielbianych przez wszystkich Klaxonsów. Muzycy kończą swój występ, uszczęśliwieni ludzie rozchodzą się do domów, a ja oddaję głos do studia. Dziękuję Państwu za spędzenie z nami tych pięćdziesięciu minut, życzę miłego wieczoru!

poniedziałek, 6 września 2010

Rzut kapciem #2

Wolfmother – Wolfmother

Riffy pościągane z Zeppelinów i Sabbathu, klawisze z Purpli, sekcja rytmiczna z AC Piorun DC, wokale to jawna zżyna z Ozzy’ego, Planta czy Gillana, a okładka nasuwa bardzo silne skojarzenia z klasykami heavy metalu. Jakim cudem taki niesamowity konglomerat nie tyle inspiracji, co zwyczajnej kradzieży może się ludziom podobać? A jednak, Wilcza Matka znalazła sposób na czerpanie z hard rocka i jednocześnie odkryła własne, unikalne brzmienie. Z Wolfmother sprawa ma się podobnie, co z The White Stripes - Jack White też wzoruje się na klasycznym rocku i bluesie, ale przy okazji wykształcił sobie to coś, co nazywamy „unikalnym stylem”. Nie ma chyba teraz na świecie ludzi, którzy nazywając się znawcami rocka, nie rozpoznają The White Stripes czy innych bandów, w których White maczał swoje palce. Jak już wspominałem, z Australijczykami jest tak samo. Co z tego, że słuchając ich, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że obcuje się z uwspółcześnionymi dokonaniami klasyków, co z tego, że niektóre partie są wręcz ze skórą zdarte z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, to wszystko jest nieważne, bowiem chłopaki z Sydney mocą swoich piosenek zamiatają całą resztę pod dywan. Wystarczy posłuchać nagrodzonego Grammy Woman – ten niespełna trzyminutowy song przypomina trupa zszytego z różnych ludzi, ale jest to trup zszyty bardzo umiejętnie, tak, że niewprawne oko nie odróżni go od zwykłego człowieka. Poza tym Woman to czysta, seksualna Moc (tak, z dużej litery, pisanie „moc” byłoby obrazą dla tej piosenki). Na Wolfmother mamy wszystko, za co kochamy lata świetności hard rocka – klasyczne, zeppelinowe ballady (Where Eagles Have Been), piosenki wolne, ale potężne, coś w stylu Iron Man (Colossal), a nawet pewne ukłony w stronę psychodelicznego brzmienia (Pyramid). Muzyka Wilczej Matki jest zwrotna i szybka jak sportowy samochód, ale jednocześnie potrafi być potężna niczym drogowy walec. Zresztą, w dzisiejszych czasach chyba tylko oni potrafią pisać tak świetne refreny jak chociażby w Witchcraft, poza tym to chyba jedyna, poza Stripesami, współczesna grupa, która ma naprawdę kozackie riffy i solówki. Z całym szacunkiem dla dokonań współczesnego brytyjskiego i amerykańskiego rocka, muszę stwierdzić, że nie ma teraz zespołu z uderzeniem, że postępuje zmiękczanie brzmienia, a naprawdę twardego, męskiego rocka ze świecą szukać. Zresztą, jak to wygląda, że po pięciu latach od premiery tej płyty, poza The Dead Weather (gdzie uczestniczy wymieniany wcześniej Jack White), nie ma zespołu z jajami. Nikt mi nie wciśnie, że Franzowie, Arctici, Klaxonsi i Foalsi, ani tym bardziej Kings of Leon, Vampire Weekend czy Drumsi są męskimi grupami, co to, to nie. Zresztą przy okazji tej płyty, mogę wysnuć zarzut, że muzyka „popularna” zjada własny ogon, ale to wiadomo od dawna i nikt się tym nie przejmuje. Cóż, tyle dobrze, że mamy takie zespoły jak Wolfmother, przynajmniej dzięki nim możemy poczuć się jak nasi dziadkowie czy rodzice. I tym niespecjalnie optymistycznym akcentem zakończę ten tekst.

PS. Drugi album grupy Cosmic Egg, choć czasowo łapie się w rubrykę „Rzut kapciem” recenzji mieć nie będzie, bowiem jest dobry, ale w porównaniu do prawie świetnego debiutu nijaki. I kropka.