Avec aisance
Stoję na moście, rzeka pode mną leniwymi falami zmierza w stronę morza. Słońce stoi na niebie, gorąca plama bombarduje otoczenie miliardami fotonów, cząstek ciepła i promieni UV. Swoją drogą, z tym ultrafioletem to niezły przekręt jest- pokonuje miliony kilometrów w kosmosie, a zatrzymać go ma głupi krem z filtrem. Niepojęte.
Z braku innych zajęć, opieram się o barierkę i obserwuję ludzi, wszystko dookoła. Niedaleko zielenią się drzewa parku, ćwierkają tam przeróżne ptaki, zaczynając od pospolitych wróbli i gołębi, przechodząc przez cwane szpaki, na inteligentnych krukowatych kończąc. Tak samo można się odnieść do masy ludzkiej przepływającej przez parkowe uliczki jak krew w żyłach. Jedyna różnica między ludźmi tutaj latem, a tymi zimą to, niestety, ale tylko ubiór.
Mijają mnie wytapetowane dziewczęta w białych mini, chcące w ten sposób pokazać swoją domniemaną gotowość do współżycia płciowego, rodzice z dziećmi. Mój Boże, dzieci, jak one mnie irytują. Podbiegnie takie i marudzi, że mu lizak wypadł albo opowiada historie o tym jak to dzisiaj w szkole rzuciło piłką w kolegę. Dzieci są okrutne, a dorośli głupi, a ja czasami marzę żeby nie zaliczać się do żadnej z tych grup, ale niestety właśnie skończyłem fazę przechodzenia z okrucieństwa w głupotę.
Na barierce siada wróbel, mała pierzasta kulka słodkości i cwaniactwa. Ćwierka coś do mnie, więc mu odćwierkuję. Nie znam wróblego, ale chyba wyćwierkałem coś naprawdę idiotycznego, takie było spojrzenia ptaka. Żeby usprawiedliwić wstyd jakiego sobie narobiłem, wyciągam z torby bułkę, odrywam kawałek i rzucam ptaszkowi. Chwyta, odlatuje, upewnia mnie w przekonaniu, że zostałem wzięty za debila. Oznacza to tylko, że faza przechodzenia naprawdę się zakończyła, w końcu zwierzęta się nie mylą, a już zwłaszcza niemieckie ośmiornice, do bólu wręcz precyzyjne.
Odpalam papierosa. Zaciągam się, wypuszczam. Nie ma to jak dymek nad rzeką w upalny dzień, czysta natura, naprawdę. Wychylam się przez poręcz, utwierdzam wzrok w wodnych wirach, potem przenoszę go na trawę będącą czymś na kształt lekkich pociągnięć cieniutkim pędzlem po płótnie, obserwuję drzewa stworzone pewnie przez jakiegoś rzeźbiarza-surrealistę. Po moście człapie sobie babcia z torebką w kolorze kości słoniowej i ogromnym kapeluszu przypominającym mi Saturna. Zaciągam się, wypuszczam, Nie ma to jak zapalić sobie w parku, łączność z naturą, zen i takie tam.
Kontemplację otoczenia przerywa mi grupka młodzieży w wieku szkolnym- są wakacje, więc dzieciaki nie mają co robić, tylko ludzi w parkach i na placach zaczepiają. Cwane, wredne i rozwrzeszczane, najchętniej wszystkich bym zamknął w zaciemnionym, zamkniętym jak schron atomowy pomieszczeniu cztery na cztery. Jest ich piątka, posegregowani według wzrostu, największy puszcza muzykę, średni rozmawiają, mały udaje miłego. Staram się nie irytować, więc nie patrzę na nich, wolę obserwować przelot gołębi. Podchodzi największy, z komórki trzymanej w lewej ręce wydobywa się jakieś antypolicjne, antypaństwowe, antywszystko gówno. Zaciągam się, wypuszczam dym w jego twarz- przypadkiem.
-Masz szluga?- chciałem się pozytywnie rozczarować, ale niestety chłopaczyna okazał się przewidywalnym idiotą.
-Dzieciom nie daję- odpowiadam.
-Mam czternaście lat, nie jestem już dzieckiem.
-Delikatnie mówiąc, gówno mnie obchodzi ile masz lat. Nauczyłeś się palić, naucz się kupować.
Tylko dwa zdania, a tyle potrafią dokonać- dzieciarni włączył się agresor i rozpoczęły zmasowaną kanonadę wszelakich inwektyw w stronę moją, matki, ojca, dziadka, babci, brata, siostry, której nie mam, psa, chomika i kota. Moja stoicka poza jeszcze bardziej ich rozwścieczyła, więc oberwało się także policji, rządowi, opozycji i partiom spoza parlamentu. Swoją drogą, wiedzieli kto jest premierem.
Nie zważając na ciskane we mnie gromy (w końcu czy słoń przejmuje się, że chodzi po nim mrówka?) spokojnie dotrułem płuca, po czym rzuciłem niedopałek do śmietnika nieopodal. Wróciłem na swoje miejsce przy barierce i dalej, spokojnie, bez nerwów, obserwowałem otoczenie. Jacyś staruszkowie wyrazili ubolewanie nad kondycją języka polskiej młodzieży, mentalnie się do nich przyłączyłem. Stałem tak sobie chwilę, opierając się o poręcz, z lekko przymkniętymi oczami (trwała właśnie inwazja fotonów i promieni UV), gdy mózg został zaskoczony określeniem mnie synem ladacznicy. Następnym krokiem było wyszukanie nadawcy wiadomości, a właściwie nadawczyń, bowiem to dwie kuso ubrane dziewczynki tak plugawie mnie nazwały. Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego zostałem tak bez powodu obrażony, aż do chwili gdy w moje serce trafiła strzała z przyczepionym słowem „żul”. Och, prawie zrobiło mi się przykro.
Wokół dalej trwa natarcie wszelkich słonecznych cząstek, ćwierkanie trochę jakby przycichło, ale to zrozumiałe, zaczęło się ściemniać. Do moich uszu dochodzą delikatne tony szumu wieczornych liści, nielicznych rozmów i chrapliwego poszczekiwania psa. Trzeba wracać do domu. Ruszam przez park, trawy przybierają się w ciemne kolory, kwiaty składają do snu. Mijając stadion, zauważam grupkę wcześniej spotkanych dzieci, kopią śmietnik. Spostrzegli mnie, więc dostałem kolejnymi słownymi kulami armatnimi, a gdy się oddaliłem, rozpoczęli dewastację ławki.
To pewnie ta rzeczywistość ich tak frustruje. Wszystko można kupić, wszystko można powiedzieć i nie ma za to żadnej kary, przecież tak nie da się żyć! Kiedyś przynajmniej było jasno określone- to możesz, tego nie, a współcześnie? Nie da rady żyć w wolnym kraju, dlatego mam nadzieję, ba!, jestem pewny, że dzisiejsze dzieci zmienią ten zapomniany przez świat i bogów kawałek lądu w państwo światłe i cywilizowane. Mam też nadzieję, że tego nie dożyję.