niedziela, 25 lipca 2010

Świeża zupa #2



Crystal Castles - Crystal Castles (II)

Ciężko mi ugryźć ten krążek. Niby wszystko jest w porządku, ale nie wiem jak się do niego zabrać. Przystępna elektronika, kobiece wokale, wszystko przyprószone dużą szczyptą abstarakcji, a jednak coś mi tu nie pasuje. Jest hiciarsko- właściwie każda piosenka z osobna mogłaby robić za dobry singiel, jednym słowem miód dla uszu poszukujących niebanalnych brzmień. Jednak nie powiem, że to dobra płyta. Są dobre, nawet bardzo dobre momenty (Doe Deer czy Vietnam), ale ogólnie całość maluje się dość, żeby nie powiedzieć mocno, przeciętnie. Elektroniki z kobiecymi wokalami mamy na pęczki, podobnie jest z muzykami grającymi dance punk czy electroclash, a do tego są wykonawcy nagrywający o niebo lepsze albumy utrzymane w takowej stylistyce. Może w tej płycie jest jakiś pierwiastek geniuszu, którego nie dostrzegam, może za ileś przesłuchań mi się objawi, ale jak na razie będę uważał Kryształowe Zamki za przeciętny śmieciowy pop i podpiszę się wszystkimi członkami pod słowami koleżanki Agnieszki: powiem Ci tak: nie znosiłam tego, warczałam na ludzi, którzy tego słuchają, ale dostałam tą jedną płytę i powiem że nie jestem zachwycona, ale dla mnie idealnie zagłuszają nieprzyjemne myśli i są w jakiś sposób wypruci z intelektualnych, głębokich doznań muzycznych, a ja czasem tego potrzebuje. Moim zdaniem to idealne podsumowanie tej płyty. 


Caribou – Swim

Imprezy, słońce, muzyka lata- cztery słowa, cały Caribou. Lekka, chillwave’owa, „roztopiona” elektronika, rytmy do tańca i różańca, dodać słońce, lekki wiatr, rower lub plażę i jest pięknie. Powiem wprost- to bardzo dobry album, Caribou odwalił kawał naprawdę dobrej roboty i wyprodukował melodie jak ulał pasujące do wakacji. Lekko, przyjemnie, nieśpiesznie i przebojowo, a takiej właśnie muzyki nam potrzeba, nie tylko w lecie. Stojący za tym projektem Dan Snaith czerpie pełnymi garściami z dokonań tanecznej elektroniki przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, dodaje do tego odrobinę karaibsko-afrykańskiej egzotyki, miesza, gotuje i podaje lekko schłodzone. Biorąc pod uwagę całokształt muzycznych dokonań po ośmiu miesiącach dwa tysiące dziesiątego roku, nie zdziwiłbym się gdyby prasa muzyczna umieściła ten krążek w pierwszej dziesiątce najlepszych płyt roku. Dlatego apeluję: słuchajcie i odpoczywajcie! 

czwartek, 22 lipca 2010

słowo własne

Avec aisance 

 Stoję na moście, rzeka pode mną leniwymi falami zmierza w stronę morza. Słońce stoi na niebie, gorąca plama bombarduje otoczenie miliardami fotonów, cząstek ciepła i promieni UV. Swoją drogą, z tym ultrafioletem to niezły przekręt jest- pokonuje miliony kilometrów w kosmosie, a zatrzymać go ma głupi krem z filtrem. Niepojęte.

 Z braku innych zajęć, opieram się o barierkę i obserwuję ludzi, wszystko dookoła. Niedaleko zielenią się drzewa parku, ćwierkają tam przeróżne ptaki, zaczynając od pospolitych wróbli i gołębi, przechodząc przez cwane szpaki, na inteligentnych krukowatych kończąc. Tak samo można się odnieść do masy ludzkiej przepływającej przez parkowe uliczki jak krew w żyłach. Jedyna różnica między ludźmi tutaj latem, a tymi zimą to, niestety, ale tylko ubiór.

 Mijają mnie wytapetowane dziewczęta w białych mini, chcące w ten sposób pokazać swoją domniemaną gotowość do współżycia płciowego, rodzice z dziećmi. Mój Boże, dzieci, jak one mnie irytują. Podbiegnie takie i marudzi, że mu lizak wypadł albo opowiada historie o tym jak to dzisiaj w szkole rzuciło piłką w kolegę. Dzieci są okrutne, a dorośli głupi, a ja czasami marzę żeby nie zaliczać się do żadnej z tych grup, ale niestety właśnie skończyłem fazę przechodzenia z okrucieństwa w głupotę.

 Na barierce siada wróbel, mała pierzasta kulka słodkości i cwaniactwa. Ćwierka coś do mnie, więc mu odćwierkuję. Nie znam wróblego, ale chyba wyćwierkałem coś naprawdę idiotycznego, takie było spojrzenia ptaka. Żeby usprawiedliwić wstyd jakiego sobie narobiłem, wyciągam z torby bułkę, odrywam kawałek i rzucam ptaszkowi. Chwyta, odlatuje, upewnia mnie w przekonaniu, że zostałem wzięty za debila. Oznacza to tylko, że faza przechodzenia naprawdę się zakończyła, w końcu zwierzęta się nie mylą, a już zwłaszcza niemieckie ośmiornice, do bólu wręcz precyzyjne.

 Odpalam papierosa. Zaciągam się, wypuszczam. Nie ma to jak dymek nad rzeką w upalny dzień, czysta natura, naprawdę. Wychylam się przez poręcz, utwierdzam wzrok w wodnych wirach, potem przenoszę go na trawę będącą czymś na kształt lekkich pociągnięć cieniutkim pędzlem po płótnie, obserwuję drzewa stworzone pewnie przez jakiegoś rzeźbiarza-surrealistę. Po moście człapie sobie babcia z torebką w kolorze kości słoniowej i ogromnym kapeluszu przypominającym mi Saturna. Zaciągam się, wypuszczam, Nie ma to jak zapalić sobie w parku, łączność z naturą, zen i takie tam.

 Kontemplację otoczenia przerywa mi grupka młodzieży w wieku szkolnym- są wakacje, więc dzieciaki nie mają co robić, tylko ludzi w parkach i na placach zaczepiają. Cwane, wredne i rozwrzeszczane, najchętniej wszystkich bym zamknął w zaciemnionym, zamkniętym jak schron atomowy pomieszczeniu cztery na cztery. Jest ich piątka, posegregowani według wzrostu, największy puszcza muzykę, średni rozmawiają, mały udaje miłego. Staram się nie irytować, więc nie patrzę na nich, wolę obserwować przelot gołębi. Podchodzi największy, z komórki trzymanej w lewej ręce wydobywa się jakieś antypolicjne, antypaństwowe, antywszystko gówno. Zaciągam się, wypuszczam dym w jego twarz- przypadkiem.

 -Masz szluga?- chciałem się pozytywnie rozczarować, ale niestety chłopaczyna okazał się przewidywalnym idiotą.

 -Dzieciom nie daję- odpowiadam.

 -Mam czternaście lat, nie jestem już dzieckiem.

 -Delikatnie mówiąc, gówno mnie obchodzi ile masz lat. Nauczyłeś się palić, naucz się kupować.

 Tylko dwa zdania, a tyle potrafią dokonać- dzieciarni włączył się agresor i rozpoczęły zmasowaną kanonadę wszelakich inwektyw w stronę moją, matki, ojca, dziadka, babci, brata, siostry, której nie mam, psa, chomika i kota. Moja stoicka poza jeszcze bardziej ich rozwścieczyła, więc oberwało się także policji, rządowi, opozycji i partiom spoza parlamentu. Swoją drogą, wiedzieli kto jest premierem.

 Nie zważając na ciskane we mnie gromy (w końcu czy słoń przejmuje się, że chodzi po nim mrówka?) spokojnie dotrułem płuca, po czym rzuciłem niedopałek do śmietnika nieopodal. Wróciłem na swoje miejsce przy barierce i dalej, spokojnie, bez nerwów, obserwowałem otoczenie. Jacyś staruszkowie wyrazili ubolewanie nad kondycją języka polskiej młodzieży, mentalnie się do nich przyłączyłem. Stałem tak sobie chwilę, opierając się o poręcz, z lekko przymkniętymi oczami (trwała właśnie inwazja fotonów i promieni UV), gdy mózg został zaskoczony określeniem mnie synem ladacznicy. Następnym krokiem było wyszukanie nadawcy wiadomości, a właściwie nadawczyń, bowiem to dwie kuso ubrane dziewczynki tak plugawie mnie nazwały. Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego zostałem tak bez powodu obrażony, aż do chwili gdy w moje serce trafiła strzała z przyczepionym słowem „żul”. Och, prawie zrobiło mi się przykro.

 Wokół dalej trwa natarcie wszelkich słonecznych cząstek, ćwierkanie trochę jakby przycichło, ale to zrozumiałe, zaczęło się ściemniać. Do moich uszu dochodzą delikatne tony szumu wieczornych liści, nielicznych rozmów i chrapliwego poszczekiwania psa. Trzeba wracać do domu. Ruszam przez park, trawy przybierają się w ciemne kolory, kwiaty składają do snu. Mijając stadion, zauważam grupkę wcześniej spotkanych dzieci, kopią śmietnik. Spostrzegli mnie, więc dostałem kolejnymi słownymi kulami armatnimi, a gdy się oddaliłem, rozpoczęli dewastację ławki.

 To pewnie ta rzeczywistość ich tak frustruje. Wszystko można kupić, wszystko można powiedzieć i nie ma za to żadnej kary, przecież tak nie da się żyć! Kiedyś przynajmniej było jasno określone- to możesz, tego nie, a współcześnie? Nie da rady żyć w wolnym kraju, dlatego mam nadzieję, ba!, jestem pewny, że dzisiejsze dzieci zmienią ten zapomniany przez świat i bogów kawałek lądu w państwo światłe i cywilizowane. Mam też nadzieję, że tego nie dożyję.

wtorek, 20 lipca 2010

Kult, miód i zimne piwo czyli płyty życia #1


Japandroids – Post-Nothing


Jako, że pisać będę o albumie, który uważam za jeden z ważniejszych w moim krótkim, niespełna dwudziestojednoletnim życiu, pozwolę sobie na wyskrobanie czegoś w stylu eseju. 

Japandroids, jak większość słuchanych przeze mnie wykonawców, pojawili się właściwie znikąd. Ot, pewnego słonecznego/deszczowego dnia przeszukiwałem przepastne czeluście internetu i moją uwagę przykuła nazwa zespołu czy tytuł piosenki, nie pamiętam jak było w tym wypadku. Potem następuje sekwencja: kopiuj, wklej w wyszukiwarkę na YouTube, włącz pierwszy wyszukany utwór, odsłuchaj, wydaj werdykt. Jako, że pomiędzy odkryciem Japandroids, a pełnym docenieniem przeze mnie tego wydawnictwa minęło trochę czasu, mogę sobie teraz tylko wyobrażać jak bardzo ich granie wgniotło mnie w plastikowy fotel, na którym zazwyczaj siedzę. Zresztą, podobnie się stało niedawno, gdy słuchałem Post-Nothing jako ścieżki dźwiękowej do niewątpliwego sukcesu jakim jest dostanie się na studia.

Co dostajemy na Post-Nothing? Niedużo, bo tylko trzydzieści sześć minut muzyki zamkniętej w ośmiu kawałkach. Złośliwcy mogą pomyśleć, że przecież to materiał na epkę, a nie pełno wymiarowy album i proszę bardzo, niech tak sobie myślą. Zwykle też staram się być takim obiektywnym ironistą, ale w wypadku tej płyty, choćbym nie wiem jak się starał, nie uda mi się. Najzwyczajniej w świecie Post-Nothing mnie pożarło i sprawiło, że jaram się tym niesamowicie. Wypada zadać pytanie, czy jest czym, a także wypada na nie odpowiedzieć- jest. 

Musze powiedzieć, że Japandroids to tylko dwóch facetów z Vancouver, British Columbia, Canada. Ci jegomoście to Brian King obsługujący gitarę i wokal oraz David Prowse siedzący za perkusją. Ta dwójka generuje większy hałas niż wszystkie koncerty Dody w swojej historii, nie wspominając już o tym, że jest to zgiełk o kilkanaście klas lepszy niż dokonania naszej „gwiazdy”. Chociaż pojawiały się obawy, że Brian i David będą po prostu kolejnymi muzykami grającymi indie dla modnych nastolatek i podpisującymi swoją muzykę nośnymi hasłami w stylu do it yourself , ale były to obawy nieuzasadnione. Japandroids stworzyli album w poetyce, którą dziś trudno spotkać- mnóstwo gitarowych przesterów, maniakalne walenie w bębny, teksty o dziewczynach, imprezach i wchodzeniu w dorosłość. Wydawałoby się, że to nic oryginalnego, ale pozory mylą. Teksty Droidów mimo swojej nieukrywanej prostoty mają w sobie bardzo dużo liryki zarezerwowane tylko i wyłącznie dla wierszy, poza tym pod całymi wynurzeniami na temat wspominanych imprez, dziewczyn i tego typu rzeczy, kryje się drugie metafizyczne dno. Z tym samym mamy do czynienia w wypadku muzyki- na pierwszy rzut ucha może wydać się nużąca, bo panowie nie stronią od repetytywności, tak więc nie uświadczymy tu solówek, mamy za to powtarzanie riffów, ale właśnie o to w tej muzyce chodzi. To nie ma być nie wiadomo jak skomplikowane technicznie granie, tylko prosta, ale chwytająca za serducho i inne członki muzyka, do której można zarówno pogować, jak też po prostu siedzieć wygodnie w fotelu i słuchać.

Jeszcze jedno- każdy z ośmiu kawałków na Post-Nothing pasuje do jakiejś, określonej sytuacji życiowej, nie będę mówił jednak jakiej. Po prostu poświętuję dostanie się na studia przy The Boys Are Leaving Town, a na koniec z kronikarskiego obowiązku dodam, że płytę należy przesłuchać, a kto tego nie zrobi, straci trzydzieści sześć minut szczerej, żywiołowej i pięknej muzyki.

wtorek, 6 lipca 2010

słowo własne

ts.

zwrotniki włażą mi do domu, nie wycierają butów, a co gorsza,
wchodzą też oknami, zupełnie jakby było „puf!” i polska została
ziemią obiecaną wypędzonych, gorących gromad powietrza.

gdy dwie strefy czasowe dalej, w chartumie oblewano rewolucję,
a miasto topiło się i pociło, odebrałem małoważny papier ze szkoły.
patrzyłem i napawałem się triumfem niczym wytrawny strateg.

zwycięstwo w bitwie otwierającej ważną kampanię dały procenty.
tylko procenty, a pokazują, że jestem mniejszym idiotą niż reszta.
husaria, myślałem, duchy husarii wstąpiły we mnie, dzięki nim wygram.

przypomniałem sobie o tobie, o tym, że próbujesz wcisnąć klientom
oferty, modemy, telefony ciągłe i przerywane, za złotówkę i dwie.
od razu sukces wydał się dziurawy jak uzębienie dziecka.

wszystkie wiersze są o miłości, przerywanej lub ciągłej, mniej bądź bardziej,
nie zmienię tego, ale jestem już pogodzony. patrzę w niebo, słońce grzmi,
ziemia paruje, uczucia w końcu jednoczą się z mocą.

to pewnie przez czerwie

Rzut kapciem #1



The Budos Band – The Budos Band II

Afrobeat- moja miłość, odkryta za czasów liceum, nie spotkała się z gorącym przyjęciem moich znajomych, ale to nie wina samego gatunku, a raczej ich gustów muzycznych. Cóż, moim zdaniem afrobeat jest tak zajebisty, że nie wszyscy potrafią to docenić, coś jak death metal czy gangsta rap- albo się kocha, albo nienawidzi. I choć z nazwy i pochodzenia gatunek ten jest domeną czarnych muzyków, biali tez całkiem nieźle sobie radzą, czego dowodem jest drugi album Budosów. Śliczna, niewiele mówiąca okładka ze skorpionkiem (jak on inteligentnie patrzy!) od razu rzuca się w oczy, ale to nie samym wizualem człowiek żyje, w muzyce najważniejsze są dźwięki! Tych mamy tu w hurtowych ilościach, co wcale nie oznacza, że poleciało po jakości. Na krążku znajdziemy momenty lekkie niczym powiew atlantyckiego wiatru na wybrzeżu Nigerii, szybkie jak gepard ścigający gazelę i masywne na kształt Kilimandżaro. Zero słów, wszystkie emocje przekazywane są samymi instrumentami w charakterystyczny dla afrobeatu sposób: instrumenty uderzane bądź szarpane robią za podkład rytmiczny, wszystko w co się dmucha maluje melodię. I w ten o to prosty sposób Budosi wysmażyli dziesięć utworów, które nadają się i do słuchania w domu, i w pociągu (sprawdziłem na sobie), a także na dobrą imprezę (przynajmniej w moim mniemaniu, bo znajomi nie podzielali tej opinii). Tylko dlaczego to tylko trzydzieści siedem minut?

Ps. Was to może nie ucieszy, ale Budosi niedługo wydają nową płytkę. Tym razem z kobra na okładce.

niedziela, 4 lipca 2010

Świeża zupa #1


Dan le Sac vs Scroobius Pip – Logic of Chance


„Grupa Operacyjna Wielkiej Brytanii” powraca i robi to w naprawdę dobrym stylu. Jako człowiek otwarty na wszelakie odchyły i zboczenie próbowałem zrozumieć, dlaczego chłopaki albo zbierali joby od oświeconej prasy albo padano im do stóp i modlono się jak do bogów. Nie ukrywajmy- w 2008 wkurwili większość ówcześnie panujących swoim singlem „Thou shalt always kill”, a następnie albumem „Angles”. Toż to Radiogłowi pozywać ich chcieli gdy usłyszeli, że są tylko zespołem! Za nowy krążek raczej nikt ich po sądach nie będzie ciągał, ale brodacze jaj nie stracili. Tekstowo jest to dalej ten sam inteligentny/ironiczny/wyśmiewający Pip, może czasami trochę za bardzo bawi się w moralizatora i obrońcę cnoty jak w „Get Better”, ale można to zrozumieć- z tego co mi wiadomo wśród brytyjskiej młodzieży panuje straszliwe rozpasanie (takie wiadomości wyniosłem z lektury BBC Lifestyle). Oprócz tego uświadczymy oceny sytuacji na Wyspach, oceny społeczeństwa demokratycznego i kilku jeszcze innych ocen. Generalnie Pip ma się dobrze. A co z le Saciem? Otóż, mości państwo, ten również się broni, bo mimo całej popowej otoczki albumu, ciągle jest ambitnie i ciekawie. Zaskoczyć może zmiana stylistyki, bo debiut był, mimo wszystkich elektronicznych wtrętów, organicznym albumem, tutaj jest zgoła odwrotnie, znakomita większość podkładów oparta jest na trochę techniawkowatej elektronice, lecz źle nie jest. Jedno zastrzeżenie: płytę należy dawkować ostrożnie, z wyczuciem, bowiem zbyt częste słuchanie może znudzić, ale to cena jaką trzeba ponieść za zwiększenie popowego pierwiastka.


Julian Lynch – Mare

Wszyscy zachwycają się Crystal Castles i Caribou, a ja kompletnie nie rozumiem dlaczego. Owszem, zgodzę się Caribou zły nie jest, swój klimat ma i tego się trzyma, oby tak dalej, ale Crystal Castles? Nie rozumiem, a gdy zapytałem koleżankę co w Kryształowych Zamkach widzi, odparła, że zagłuszają nieprzyjemne myśli i są wypruci z intelektualnych doznań muzycznych, czyli zwykła muzyka tła, soundtrack do lata. Przeto odpowiadam: są lepsi! Jednym z nich jest Julian Lynch i jego świeżutki, wypieczony album „Mare”. Gdyby sprowadzić muzykę pana Lyncha do najprostszych pierwiastków, można rzec, że to lo-fi/folk/psychodelia, ale zaraz pojawi się problem, bo tak prosto nie jest. Płytka ta przypomina podróż dookoła świata, mianowicie z każdego odwiedzonego miejsca autor wysyła nam pocztówkę i buziaki, dlatego odniesień i inspiracji tu pełno. Pobrzmiewa tu ethio-jazzem, zam-rockiem i wszelakimi innymi afrykańskimi gatunkami, poza tym można się doszukać melodii rodem ze słonecznej Jamajki, rytmów Bollywood, a co najlepsze i najdziwniejsze wszystko razem jakimś cudem współgra ze sobą i dopełnia się. Zalecany sposób użycia: zapuścić, zwiększyć głośność, wziąć papierosa/coś zimnego i płynnego do rączki, wyjść na słońce, położyć się i dać zapętlić, bo to tylko trzydzieści siedem minut, które mija nim się obejrzymy.