Toro Y Moi – Underneath The Pine[Carpark; 2011]
Jestem stuprocentowym Polakiem i nie mam w domu kapliczki ze zdjęciem Chazwicka Bundicka, nie mam też najmniejszego zamiaru dawać mu tytuł „nowego króla popu”, generalnie nie rozumiem co jest w nim takiego nadzwyczajnego, nie wiem dlaczego Causers of This epickością dorównuje co najmniej Amnesiacowi, a choć chillwave mi się podoba, staram się do niego podchodzić krytycznie. Causers, nie mam zamiaru kłamać, słuchałem z przyjemnością, ale moje ograniczenie intelektualne nie pozwalało mi odnaleźć głębszych wartości niesionych przez tę płytę, a opisywanych we wszelakiej maści recenzjach. Dlatego cieszę się, że drugi krążek Chaza nie jest już tak genialny jak debiut, gdyż mogę w końcu spojrzeć na niego jak na człowieka z krwi i kości, a nie jak na objawienie współczesnej muzyki popularnej.
Nie oznacza to, że Underneath The Pine jest złym albumem, o nie. To bardzo przyjemna płyta z mnóstwem odniesień do Beach Boys, balearycznego popu, sonudtracków z seriali lat osiemdziesiątych, utrzymana w lekko onirycznym, ale dającym się zrozumieć klimacie. Moje obawy, że Bundick jest tylko jednosezonową zajawką nie sprawdziły się i bardzo mnie to cieszy, gdyż teraz mogę bez żenady słuchać takiego New Beat, który jest romantyczną wycieczką po wszystkim co najlepsze w latach osiemdziesiątych. Są też kawałki skradzione Arielowi Pinkowi (How I Know), znalazł się nawet utworek, gdzie rolę główną gra gitara akustyczna (Before I’m Done)! Powiem wam też, że i z tekstów będziecie zadowoleni. Serio, serio.
Mój problem z Bundickiem polega na tym, że nie za bardzo wiem, co o nim pisać. Być może za dużo naczytałem się o jego genialności i tym podobnych i teraz nie wiem jak do niego podejść, jak przekazać wszystko co myślę, żeby było mądrze, zwięźle i nienudno. Nie wiem, wiem za to, że Underneath The Pine jest dobrym wydawnictwem, które nie zawodzi, a dowodzi, że Bundick piosenki pisać umie i chwała mu za to.
Destroyer – Kaputt[Merge; 2011]
Spodziewałem się zespołu co najmniej punkowego, z brudnym gitarami i charczącym wokalem, a dostałem czerpiący z wielu tradycji pop z tekstami wyśpiewanymi miękkim głosem. Zaskoczyło mnie to trochę, ale dla tak osłuchanego wyjadacza dźwięków wszelakich nie ma rzeczy niemożliwych do ogarnięcia (może poza genialnością Toro Y Moi i kilkoma innymi rzeczami). Posłuchałem Destroyera i jedyne stwierdzenie jakie wchodzi w grę to: jestem zadowolony.
Jestem zadowolony chociażby za trąbki w Blue Eyes, jestem zadowolony za piękny Savage Night at the Opera bezapelacyjnie inspirowany The Cure, wreszcie jestem zadowolony za kawałki dłuższe niż popowe 3-4 minuty, bowiem w nich odpowiedzialny za Destroyera Daniel Bejar pokazuje pełnię swoich kompozytorskich możliwości. Trąby, saksy, flety, plumkające basy, miękkie gitarki, zwiewna elektronika, to wszystko jest w piosenkach takich jak Suicide Demo for Kara Walker czy w zamykającym album Bay of Pigs. Kaputt zabiera nas na pięćdziesięciominutową wycieczkę po zbadanych i niezbadanych terenach muzyki popularnej, racząc nas z każdej strony czym innym – z prawa dęciaki, z lewa syntezatory, pośrodku niemalże punkowe podejście do sprawy. Bejara wypada też pochwalić za liryki – osoby znające angielski będą miały niemałą przyjemność ze słuchania wszystkich przytaczanych historii.
Jak wspominałem wyżej – jestem zadowolony, teraz mogę dodać, że bardzo.
Iron & Wine – Kiss Each Other Clean[Warner Bros/4AD; 2011]
The Shepherd’s Dog jest lepsze od Kiss Each Other Clean. Nowy album Beama jest bardziej pop niż folk, nie oznacza to, że folku już w jego twórczości nie ma, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystko w Kiss jest robione na jedno kopyto. Owszem nie mogę odmówić albumowi różnorodności, ale w momencie słuchania włącza się intuicyjne „coś”, które krzyczy, że wszystko jest tu do siebie podobne, że nic nowego tu nie ma. Nie zmienia to faktu, że nowej płyty Iron & Wine da się słuchać, mimo to nie wydaje mi się, by nadawała się do czegoś więcej poza puszczeniem jej podczas leniwego popołudnia z dziewczyną. Przykro mi, ale ja tak to widzę.
Nicolas Jaar – Space Is Only Noise
Tim Hecker – Ravedeath, 1972

