niedziela, 27 lutego 2011

Świeża zupa #23

Toro Y Moi – Underneath The Pine
[Carpark; 2011]

Jestem stuprocentowym Polakiem i nie mam w domu kapliczki ze zdjęciem Chazwicka Bundicka, nie mam też najmniejszego zamiaru dawać mu tytuł „nowego króla popu”, generalnie nie rozumiem co jest w nim takiego nadzwyczajnego, nie wiem dlaczego Causers of This epickością dorównuje co najmniej Amnesiacowi, a choć chillwave mi się podoba, staram się do niego podchodzić krytycznie. Causers, nie mam zamiaru kłamać, słuchałem z przyjemnością, ale moje ograniczenie intelektualne nie pozwalało mi odnaleźć głębszych wartości niesionych przez tę płytę, a opisywanych we wszelakiej maści recenzjach. Dlatego cieszę się, że drugi krążek Chaza nie jest już tak genialny jak debiut, gdyż mogę w końcu spojrzeć na niego jak na człowieka z krwi i kości, a nie jak na objawienie współczesnej muzyki popularnej. 

Nie oznacza to, że Underneath The Pine jest złym albumem, o nie. To bardzo przyjemna płyta z mnóstwem odniesień do Beach Boys, balearycznego popu, sonudtracków z seriali lat osiemdziesiątych, utrzymana w lekko onirycznym, ale dającym się zrozumieć klimacie. Moje obawy, że Bundick jest tylko jednosezonową zajawką nie sprawdziły się i bardzo mnie to cieszy, gdyż teraz mogę bez żenady słuchać takiego New Beat, który jest romantyczną wycieczką po wszystkim co najlepsze w latach osiemdziesiątych. Są też kawałki skradzione Arielowi Pinkowi (How I Know), znalazł się nawet utworek, gdzie rolę główną gra gitara akustyczna (Before I’m Done)! Powiem wam też, że i z tekstów będziecie zadowoleni. Serio, serio.

Mój problem z Bundickiem polega na tym, że nie za bardzo wiem, co o nim pisać. Być może za dużo naczytałem się o jego genialności i tym podobnych i teraz nie wiem jak do niego podejść, jak przekazać wszystko co myślę, żeby było mądrze, zwięźle i nienudno. Nie wiem, wiem za to, że Underneath The Pine jest dobrym wydawnictwem, które nie zawodzi, a dowodzi, że Bundick piosenki pisać umie i chwała mu za to.

Destroyer – Kaputt
[Merge; 2011]

Spodziewałem się zespołu co najmniej punkowego, z brudnym gitarami i charczącym wokalem, a dostałem czerpiący z wielu tradycji pop z tekstami wyśpiewanymi miękkim głosem. Zaskoczyło mnie to trochę, ale dla tak osłuchanego wyjadacza dźwięków wszelakich nie ma rzeczy niemożliwych do ogarnięcia (może poza genialnością Toro Y Moi i kilkoma innymi rzeczami). Posłuchałem Destroyera i jedyne stwierdzenie jakie wchodzi w grę to: jestem zadowolony. 

Jestem zadowolony chociażby za trąbki w Blue Eyes, jestem zadowolony za piękny Savage Night at the Opera bezapelacyjnie inspirowany The Cure, wreszcie jestem zadowolony za kawałki dłuższe niż popowe 3-4 minuty, bowiem w nich odpowiedzialny za Destroyera Daniel Bejar pokazuje pełnię swoich kompozytorskich możliwości. Trąby, saksy, flety, plumkające basy, miękkie gitarki, zwiewna elektronika, to wszystko jest w piosenkach takich jak Suicide Demo for Kara Walker czy w zamykającym album Bay of Pigs. Kaputt zabiera nas na pięćdziesięciominutową wycieczkę po zbadanych i niezbadanych terenach muzyki popularnej, racząc nas z każdej strony czym innym – z prawa dęciaki, z lewa syntezatory, pośrodku niemalże punkowe podejście do sprawy. Bejara wypada też pochwalić za liryki – osoby znające angielski będą miały niemałą przyjemność ze słuchania wszystkich przytaczanych historii. 

Jak wspominałem wyżej – jestem zadowolony, teraz mogę dodać, że bardzo.

Iron & Wine – Kiss Each Other Clean
[Warner Bros/4AD; 2011]

The Shepherd’s Dog jest lepsze od Kiss Each Other Clean. Nowy album Beama jest bardziej pop niż folk, nie oznacza to, że folku już w jego twórczości nie ma, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystko w Kiss jest robione na jedno kopyto. Owszem nie mogę odmówić albumowi różnorodności, ale w momencie słuchania włącza się intuicyjne „coś”, które krzyczy, że wszystko jest tu do siebie podobne, że nic nowego tu nie ma. Nie zmienia to faktu, że nowej płyty Iron & Wine da się słuchać, mimo to nie wydaje mi się, by nadawała się do czegoś więcej poza puszczeniem jej podczas leniwego popołudnia z dziewczyną. Przykro mi, ale ja tak to widzę.

czwartek, 24 lutego 2011

Świeża zupa #22

Nicolas Jaar – Space Is Only Noise
[Circus Company; 2011]

Jaar to kolejne cudowne dziecko światowej elektroniki. Wpisuje się w ogólnie panujący trend coraz młodszych i, co dziwne, coraz lepszych twórców tego rodzaju muzyki. Chłopak ma dwadzieścia jeden lat, zaczął produkować już w wieku czternastu i od razu został doceniony. Nic nie poradzimy na to, że świat jest coraz szybszy i im wcześniej się zacznie, tym lepiej dla twórcy. Spójrzmy chociażby na Jamesa Blake’a – niemal równieśnik Jaara (tylko rok starszy), a już zawojował brytyjską scenę i walczy o dominację na światowej. Inny przykład: Balam Acab. Chłopaczyna dziewiętnastoletni, a swoją pierwszą epką już zdobył uznanie i zyskał pozytywne recenzje.

Dość wstępu. Space Is Only Noise jest definiowane jako microhouse/minimal techno. Faktycznie, sporo w tych nagraniach ogólnie pojętego minimalu – mała ilość bipiemów, proste, ale nie prostackie bity perkusyjne i nieśpieszne budowanie melodii z użyciem pianina/innych instrumentów klawiszowych. Typowe. Jednak po głębszym wsłuchaniu się, odkrywamy, że sporo w tej muzyce elementów zaczerpniętych z klasyki. Wystarczy posłuchać Sunflower. Z kolei wokalizy w Too Many Kids Finding Rain In The Dust brzmią jakby zostały nagrane przez samego Iana Curtisa, zaś Space Is Only Noise If You Can See jest zagubionym kawałkiem Depeche Mode. Jaar spokojnie i harmonijnie skacze między stylistykami, raz tworząc typowy minimal, który potem przechodzi we muzykę quasiklasyczną, a kończy na wymienionym wyżej depeszowatym graniu, a ze Specters Of The Future dumny byłby sam Madlib, podobnie jak z Variations.

Stwierdzenie, że to zły debiut byłoby wierutnym kłamstwem i choć doceniam Space jako całość, nie mogę się powstrzymać od pewnego sceptycyzmu. Poczekam na jego drugą płytę, wtedy wydam osąd, ale mimo to polecam szczerze. Na wieczory i nieco ciemniejsze dni idealne.

Tim Hecker – Ravedeath, 1972
[Kranky; 2011]

Nigdy nie byłem w Montrealu, ale to miasto musi mieć w sobie niemożliwe do zdefiniowania „coś”. „Coś” określane jako aura, atmosfera, szczególna energia towarzysząca miejscom, zdarzeniom, tworom. Wiem, że Montreal ma mocną muzyczną scenę. Godspeed You! Black Emperor, moi niedający się opisać ulubieńcy, Arcade Fire, ukochani wszystkich indie-ludzi, Ghislain Poirier, Ortega Cartel, A-Trak i cała mniej znana reszta hip-hopowej radosnej hałastry, nie zapominajmy o Leonardzie Cohenie i Celine Dion, oni też są z największego miasta Quebecu, wypada jeszcze nadmienić, że Amon Tobin mieszka teraz w którejś z dzielnic Montrealu i tworzy nowy album. Jest nazywane stolicą kulturalną Kanady, a patrząc tylko na skład niesamowitych muzyków rezydujących, bądź pochodzących z Montrealu, określenia to nie dziwi. Nie wiem tam jak jest, ale wydaje mi się, że to miasto jest czymś na kształt połączenia Paryża z Nowym Jorkiem. Tim Hecker urodził się w Vancouver, ale mieszka i tworzy właśnie w Montrealu. A ja nie mam pojęcia jakich słów użyć, żeby opisać wszystkie drony, ambientowe plamy, strzępki melodii, przeskoki, trzaski, powolne nawarstwianie się dźwięków. Nie wiem, najzwyczajniej w świecie nie wiem. Dlatego uciekłem w opisywanie miasta jako swego rodzaju katalizatora dla tego rodzaju twórczości. 

Hecker w jednym z wywiadów mówił: I became obsessed with digital garbage. Like when the Kazakstan government cracks down on piracy and there's pictures of 10 million DVDs and CDRs being pushed by bulldozers. Owszem, czuć w tej muzyce pewnego rodzaju śmieciowość, dlatego właśnie użyłem opisu wielkiego miasta. Każda metropolia ma swoje brudne, zapomniane miejsca, gdzie kosze na śmieci są przepełnione, ludzie są smutni i apatyczni, a bezdomne zwierzęta biegają po opuszczonych podwórkach. Ravedeath jest dźwiękowym zapisem takich miejsc, Hecker w swoich ambientowych kompozycjach konstruuje muzyczne tło dla białych plam na mapach miast, które znają dobrze tylko ich mieszkańcy, cała reszta boi się tam wejść. 

Nie ma sensu opisywać każdego utworu z osobna, taka jest specyfika tego rodzaju muzyki. W tym wypadku trzeba usiąść wygodnie, założyć słuchawki i dać się pochłonąć, ale to banał. Chciałbym napisać coś niebanalnego na ten temat, ale nie umiem, a akapit powyżej jest tylko marną próbą. Po prostu się zakochałem. Najzwyczajniej w świecie się zakochałem.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Świeża zupa #21


Radiohead - The King of Limbs

[XL/TBD/Hostess/self released; 2011]

Damian "Singer" Kowal:

Przepraszam, że wygląda to tak, a nie inaczej, ale blogger mnie pokonał. Screen jest mojego autorstwa i pochodzi ze strony niezalcodzienny.pl, buźki wziąłem ze strony komixxy.pl. Forma jest taka, gdyż nie wiedziałem co napisać. Mam nadzieję, że jest czytelne. Jeżeli z jakiegoś powodu jakiemuś włodarzowi tych stron nie będzie odpowiadać użycie owych elementów, proszę o wiadomość, a usunę.

Michał "Dziad/Maniaq" Doniec:

Radiobiodegradalny Król Kończyn

Nowy album Radiohead miał być czymś, co porazi miliony…czy jednak nie wyszła z tego dosłownie muzyka z recyklingu? 

Miało być mądrze, analitycznie profesjonalnie i…i będzie. Na nowy album Radiohead czekaliśmy dobre lata. Sukces In Rainbows pokazał, że od kilkunastu już lat Brytyjczycy są królami, imperatorami, wręcz bogami alternatywy. Nie ma, co się rozpisywać na temat przeszłości: Ok Computer, Kid A, Amnesiac to hasła, po których wszystko powinno stać się jasne. Równie oczywiste jest tez to, że oczekiwania były ogromne. Zarówno nowi jak i starzy fani liczyli na to, że tyle lat przerwy zaowocuje czymś świeżym i na radiogłowym poziomie. 


I co? The King of Limbs miał swoją premierę 18 lutego. Tego samego dnia włączyłem sobie wszystkie stare albumy żeby na szybko przywrócić to, co mnie w Tomku i spółce zachwyca, po czym odpaliłem The King of Limbs i… Delikatne pianino na wstępie okazało się biodegradowalnym loopem, w tle lecą jakieś bębenki kompletnie nieharmonijne, a cały kawałek nazywa się Bloom. Na początku myślałem, że to jakieś intro czy coś takiego, ale nie, to jest właśnie kawałek otwierający kolejny solowy album Thoma Yorke’a….Yyy…Radiohead. Ten zgrzyt niestety, ale został już do końca płyty. Po naprawdę radiogłowym Morning Mr. Magpie, który cieszy Inrainbowsowym klimatem następuje Little by Litte – jakieś dziwne połączenie grania w stylu Go to sleep z Hail to the Thief z przypadkowymi dźwiękami a’la początkujący muzycy teatralni – ciekawe, ale kompletnie nie to, co dało się wygrzebać z zapowiedzi. Może to moja wina że napaliłem się na album po usłyszeniu kawałka Super Collider, który wprawił mnie w nastrój pozornego spokoju na zewnątrz i niezłej nerwówki w środku. Wracając do rozbierania albumu: czwarty utwór to zło – folkowa wiksa z recyklingu nazywająca się Feral to nic innego jak uboga wersja podkładu z kawałka The Clock z solowej płyty Tomka. 


Potem jest naprawdę lepiej. Lotus Flower to jedyny prawdziwie Radioheadowy kawałek zasługujący na prawo do bycia singlem promującym album… tylko jak do tej pory mam wrażenie, że promujący zupełnie inne dzieło niż to, co dane mi było usłyszeć. Wszystko tu chodzi jak trzeba – gitary, elektronika, perkusja, bas. Kwiatek lotosu pokazuje, że na moment podczas tworzenia albumu w sali prób byli obecni wszyscy członkowie zespołu, brawo piątka, ale ruszajmy dalej. Codex był miłym zaskoczeniem w stylu Pyramid Song z Amnesiaca czy też Sail to the Moon z Haila, zanim przeczytałem tekst. Całe to pitolenie o czystym jeziorku było dobre na solówce Yorke’a, tutaj wprowadza tylko niepotrzebne zamieszanie. Warstwa muzyczna kawałka – syta, przyjemna dla ucha, odprężająca… na tyle na ile Radiohead może lub powinno odprężać słuchacza. Po Codex przychodzi Give up the Ghost – minimalistyczna akustyczno-elektroniczna forma, która poziomem dorównuje spokojnie poprzednim dokonaniom w tym stylu – Bulletproof z The Bends czy The Tourist z Ok Computer. Na początku mogą drażnić przemiałczane chórki, ale tylko przez moment. Album kończy Separator – znowu coś, co bardziej pasuje, jako outtake po In Rainbows lub materiał na solowy album Tomka niż jako utwór, tym bardziej kończący, jakiego można się spodziewać po radiogłowych.


Podsumowując, The King of Limbs jest cholernym zaskoczeniem: niestety, ten suprajz jest na minus dla panów z wysp. Album jest chaotyczny, a nie nowatorski, niespójny, i co najbardziej mnie zraziło – krótki. 37 minut to mało za produkt, który firmuje się taką genialną marką jak Radiohead. Ma swoje dobre strony (Lotus, Codex, Magpie), ale to za mało żeby się zachwycać po pierwszym przesłuchaniu. Tym bardziej to za mało wziąwszy pod uwagę przerwę, jaka miała miejsce pomiędzy genialnym In Rainbows a Kingiem. Na otarcie łez zostaje nam fakt, że edycja deluxe ma być dwupłytowa, co oznacza ze jest szansa na lepszy materiał oraz, że ów wypust zawierać będzie smaczki w postaci biodegradalnych elementów(600 części!) z których będzie można sobie złożyć opakowanie na płytę…super, tylko gdyby chłopaki pomyśleli, że wystarczy 5 elementów na złożenie dobrego albumu, wleźli do studia i zrobili to porządniej, myślę, że cały świat muzyczny byłby wniebowzięty.

piątek, 18 lutego 2011

Świeża zupa #20

Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will

[Rock Action Records/Sub Pop; 2011]


To nie jest płyta lepsza od Young Team, trzeba powiedzieć to już na samym początku. Taka jest prawda, Mogwaie już chyba nigdy nie osiągną poziomu, który zaprezentowali na debiucie. Wypada też zauważyć, że strukturalnie Hardcore powiela schematy z płyt poprzednich – wolne intro, przynajmniej jeden kawałek prowadzony przez pianino, utwór quasimetalowy, potężny koniec. Tego też nie da się zaprzeczyć. Recenzje w sieci składały się głównie z marudzenia, że Szkoci się powielają, zjadają własny ogon. Znów to prawda. Być może w moim podejściu za dużo jest fana, za mało obiektywnego recenzenta, ale nie mam zamiaru ukrywać, że najnowsze wydawnictwo Mogwai podoba mi się. Niesamowicie mi się podoba!

Nie mam zielonego pojęcia jak opisać Hardcore, jakich słów użyć, żeby w pełni oddać to, co czuję słuchając. Jak napisałem wyżej, nie ma na tym albumie żadnej innowacji, niczego czego w graniu Szkotów wcześniej nie słyszeliśmy. Słusznie zauważono na jednym z polskich serwisów, że Mogwai to recenzencki koszmar. Mógłbym napisać, że będzie się ich czuło lub nie i na tym tekst mógłby się skończyć, ale nie o to chodzi. Próba napisania czegokolwiek o płycie, na którą się niecierpliwie czekało i która nie zawiodła oczekiwań, jest przede wszystkim walką piszącego z samym sobą. 

Mimo to spróbuję, choć uprzedzam, że próby te mogą być koślawe. Hardcore Will Never Die, But You Will jest przede wszystkim niesamowicie spójnym krążkiem. Ani razu nie odczuje się tu rozstrzelenia, wszystko jest dokładnie odmierzone i precyzyjnie podane. Oprócz tego, paradoksalnie, choć zero tu innowacji ma się wrażenie pewnej świeżości, ale najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że najnowsze wydawnictwo Mogłaji jest wesołe. Tak, nie pomyliliście się, Hardcore jest bardzo ciepłym i sympatycznym albumem. Czuć to już w otwierającym White Noise, który jest tak do bólu typowym dla post-rockowców utworem, że nie mógłby się nie podobać. Następny w kolejce Mexican Grand Prix przynosi nam zabawy elektroniką i kraut rockową motorykę, choć może też kojarzyć się z najczystszym dance punkiem. Rano Pano jest walcem, ale niekoniecznie ze względu na brzmienie, bardziej z powodu konstrukcji – partie gitarowe narastają i narastają, na samym końcu dochodzi sekcja rytmiczna, a wszystko sprawia wrażenie pochodu Godzilli czy przejazdu kolumny czołgów. Death Rays nagrałby sam William Wallace, a San Pedro to prosty, szybki utwór, idealny do pogo na koncercie. Dwie perełki: Letters to the Metro i Too Raging to Cheers. Oba przeszywają na wylot układ nerwowy słuchacza, różnica polega na tym, że pierwszy tuli, drugi rwie. 

Panowie nie zaskoczyli, ale też nie rozczarowali. Cały Hardcore brzmi jakby znów cieszyli się, że są Mogwai i mogą grać post-rocka. Szczególnie szczęśliwi z tego powodu musieli być perkusista i basista, gdyż sekcja rytmiczna na tym krążku pracuje wprost fenomenalnie, posunę się nawet do stwierdzenia, że na Hardcore są jedne z najlepszych partii perkusji, jakie Mogwai nagrali podczas całej działalności. 

Hardcore Will Never Die, But You Will jest dokładnie tym na co czekałem, a czekałem niecierpliwie. Prawda, że Young Team jest lepsze, że powtarzają się, że mogliby coś nowego wymyślić, ale radzę wam nie słuchać tej gadaniny. Członkowie Mogwai są tylko ludźmi, nie mogą co chwilę produkować genialnych dzieł, czasem trzeba zwolnić i nagrać coś gorszego, żeby potem uderzyć dwa razy mocniej. Na sam koniec chcę zauważyć, że oceny tej płyty oscylują wokół 6 na 10, tymczasem z przeprowadzonych przeze mnie „badań” wynika, że wielu moich znajomych sądzi, iż HWNDBYW zasługuje na więcej. Nie tylko oni tak myślą, dla mnie ta płyta jest jednym z najlepszych dokonań Mogwai. Po prostu są takie albumy, które chwytają za serce od pierwszej nuty i, przynajmniej dla mnie, Hardcore Will Never Die, But You Will jest jednym z nich.

piątek, 11 lutego 2011

Świeża zupa #19


James Blake – James Blake
[ATLAS/A&M; 2011]
James Blake był, poza Glitch Mob i Little Eskimo Jesus, moim największym niedopatrzeniem w zeszłym roku. Jego epki odkryłem dopiero pod koniec roku, wcześniej traktując je trochę sceptycznie – Blake był dla mnie kolejnym modnym muzykiem kochanym przez alternatywne nastolatki na całym świecie. Na przełomie 2010 i 2011 zdecydowałem się na jako takie ogarnięcie sprawy i, nie uwierzycie, trzy wydane w zeszłym roku epki Jamesa z marszu wylądowały w moim podsumowaniu roku.

Znając materiał zaprezentowany na CMYK, Klavierwerke i The Bells Sketch, zaczynałem rozumieć dlaczego debiut londyńczyka jest jednym z najbardziej oczekiwanych wydawnictw 2011. Blake rysował na epkach pewną nową jakość w dubstepie, chociaż nie używał powszechnie „wiertar”, szedł w stronę okołoburialowską. Odhumanizowane sample wokalne, stały element dekonstrukcji – to charakteryzowało Jamesa Blake’a A.D. 2010. Tymczasem nadszedł rok 2011 i w końcu pojawiła się debiutancka płyta artysty.

Przeszukałem internety wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu ciekawych informacji i opinii na temat najnowszego albumu Blake’a. Pewien amerykański serwis w ogóle mnie nie zaskoczył swoją oceną, w końcu Blake był ich zeszłoroczną zajawką, serwisy brytyjskie z reguły jak jeden mąż przyznawały wysokie noty, aż na pewnej polskiej stronie natrafiłem na recenzję rozczarowaną. Z tejże strony trafiłem na polską stronę dla nastolatek (!!!), gdzie panu Jamesowi poświęcono chyba najszczerszy i najbardziej bezpretensjonalny artykuł jaki czytałem, po prostu małe arcydzieło krytyki muzycznej. Poza tym dowiedziałem się o „Blakegate” – aferze o rzekomej produkcji debiutu Blake’a przez jego ojca.

Jak widać w akapicie powyżej, James Blake wzbudza emocje samym zaistnieniem na rynku. Cieszy mnie taki obrót spraw, przyznaję, ale nie samym szumem medialnym się żyje, w muzyce najważniejsze są, przepraszam za banał, dźwięki i melodie. Tutaj pragnę zaznaczyć, że wiele osób może poczuć się zaskoczonych. Z tego co się dowiedziałem, materiał umieszczony na debiucie powstał wcześniej niż ten zaprezentowany na zeszłorocznych epkach, dostajemy więc różnicę stylistyk. Płytki z 2010 roku, jak już wspominałem, eksplorowały terytorium post-dubstepu w stylu Buriala i w pewnym stopniu także Kode 9. Na James Blake zaś mamy do czynienia z ciekawą sytuacją – wokale i klimat albumu odnoszą nas w rejony zarezerwowane dla Antony’ego Hegarty’ego, zaś w warstwie muzycznej otrzymujemy naprawdę dobry elektroniczny minimalizm, nieśmiało wkraczający w dubstepowe okolice pokazane na epkach. James Blake jest taką współczesną ćmą barową – śpiewa z zadymionych pubach niewesołe piosenki, lecz jego głównym instrumentem nie jest fortepian czy gitara, a arsenał elektronicznych zabawek.

Łączenie soulu z elektroniką to, co prawda, nic nowego w muzyce, ale Blake’owi udaje się rzecz trudna do osiągnięcia czyli wprowadzenie pewnej nowej jakości. Oczekiwania wobec tej płyty były potężne, spodziewałem się, że Anglik nie poradzi sobie z ich ciężarem, ale świat znów mnie zaskoczył – on nie dość, że to wszystko udźwignął, to dodatkowo przeniósł bez oznak zmęczenia. Słuchając takich piosenek jak The Wilhelm Scream (jeżeli kogoś ten utwór nie porusza, oznacza to, że ma serce z kamienia) czy Limit To Your Love naprawdę zaczynam wierzyć, że rok 2011 będzie dobrym czasem dla muzyki. Skoro wspomniałem już o dwóch utworach, wypadałoby je omówić. Chociaż James Blake zawiera jedenaście kompozycji, to właśnie dwie wymienione powyżej dają najlepszy obraz tego, jak dobra to płyta. The Wilhelm Scream oprócz tego, że ma FENOMENALNE wokalizy (wielka litera była konieczna) ładnie przechodzi od początkowego minimalu do czystego post-dubstepu, Limit To Your Love zaś przy pierwszy odsłuchu może brzmieć jak kawałek ukradziony Antony and the Johnsons, ale pojawiający się w okolicach pierwszej minuty naprawdę głęboki bas (żeby dobrze go usłyszeć konieczny jest subwoofer, na laptopie jest on praktyczne niesłyszalny) pokazuje nam na jakim gruncie wyrósł James. Moim zdaniem każda piosenka z osobna jest perełką do wielokrotnego odtwarzania, ale chciałbym jeszcze wyróżnić I Never Learnt to Share – jeżeli ktoś słyszał CMYK, przy tym utworze naprawdę szeroko się uśmiechnie.

James Blake to pokaz niezwykłej umiejętności piosenkopisarstwa. James tworzy atmosferę odrobinę smutną, ale nie mamy przy tym wrażenia emowatości, czujemy tylko melancholię w najlepszym wydaniu. Będąc po lekturze całej płyty, jestem w stanie porwać się na stwierdzenie, że w tym roku lepszego debiutu nie będzie, a jeżeli się mylę, nic straconego. Dobrej muzyki nigdy za dużo, no nie?