piątek, 3 czerwca 2011

Hiszpańskie ogórki (Świeża zupa #28)

CunninLynguists – Oneirology

[QN5/APOS Music; 2011]

W Niemczech trwa epidemia, w Hiszpanii rolnicy palą warzywa przed budynkami rządowymi, w Polsce na razie jest spokojnie, ale nie należy zapominać, że niedługo przejmujemy prezydencję w Unii Europejskiej i najprawdopodobniej cała ta misternie budowana konstrukcja w ciągu pół roku się rozpadnie. Zdaniem tym próbuję nawiązać do Death Is Silent z zeszłego roku, albumu nagranego przez jednego z członków Cunnin czyli Kno. Płytka narobiła w 2010 sporo zamieszania w światku hip-hopowym, ale była tylko projektem pobocznym, chwilą wytchnienia przed kolejnym albumem grupy.

Oneirology jak sama nazwa wskazuje należy kojarzyć z oniryzmem. Oniryczny hip-hop? Takie rzeczy mogę kupić u Brunona Schulza, w hip-hopie czegoś takiego jeszcze nie ogarniałem. Oczywiście, gdyby za taki pomysł zabierali się chłopaki z legnickiego andergrałndu, byłbym mocno zaniepokojony możliwością spartaczenia sprawy, ale w końcu taki koncept wymyślili sobie Cunnin, a jak wiadomo powszechnie Cunnin są jednym z lepszych składów w USA (lepsze jest chyba tylko Atmosphere, siema Rudi!). Dlatego Oneirology nie bałem się tak jak na przykład King of Limbs.

Szczerze powiem – zaskoczyli mnie. Myślałem, że oniryczny hip-hop jest nie do zrealizowanie bez uciekania w chillwave’owe sposoby, ale jednak! Okazało się, że można nagrać coś sennego i nie używać do tego technik z naszego ulubionego gatunku. Kno, który produkował Oneirology, wspiął się na szczyty swoich możliwości i wysmażył coś, co jednocześnie jest klasyczne i nowatorskie. Piękna sprawa, nie uważacie?

Teksty zaś są konsekwentną realizacją powziętego konceptu, momentami tak wielowarstwowego jak filmy Lyncha czy Incepcja. To też jest piękna sprawa, ale poszczególnych perełek poszukajcie sobie sami, nie mogę w końcu podawać Wam wszystkiego na talerzu!

Chciałbym, że moje miasto nagrywało takie płyty.

IMAKEMADBEATS – IMAKEMADBEATS

[Doxside Music Group; 2011]

IMAKEMADBEATS nagrał album, który pokazuje, że jest zdolnym producentem i nic ponad to. Da się tego słuchać, ale moja propozycja brzmi – słuchajcie bitów nie rapsów.

Looptroop – Professional Dreamers

[Bad Taste Records; 2011]

Professional Dreamers nie będzie ich klasycznym albumem. W rozmowach o Looptroop nikt nie będzie przywoływał tej płyty jako wyznacznika stylu, formy, treści. Wszyscy będą odnosić się do poprzednich z nastawieniem na The Struggle Continues (moim faworytem jest Modern Day City Symphony).

ALE! Professional Dreamers przy pierwszym słuchaniu może wydawać się słabe, rozumiem dlaczego – kto to widział, żeby najbardziej wojujący lewacy w tej części Europy stracili moc i zaczęli nagrywać słoneczne utworki a la druga liga chillwave’u? ALE! Po kolejnym przesłuchaniu można dojść do wniosku, że o to właśnie chodzi. Nie można wiecznie wojować (i tak to robią, ale z mniejszym natężeniem), czasami trzeba odpocząć, zrelaksować się na plaży czy w klubie. Nie powiecie mi chyba, że utwór tytułowy nie jest idealnym relaksatorem? A może Late Nights Early Mornigs żywce wyjęte z filmów o Francji? Oczywiście znajdą się też mocniejsze rzeczy w stylu On Repeat, który jest starym Looptroop w nowym wydaniu (ach, ten bit!).

Nie wiem jak Wy, ale ja to kupuję. W pierwszej chwili nie byłem przekonany do nowego wydawnictwa Szwedów, ale posłuchałem uważniej i jest skłonny stwierdzić, że to jedna z ich lepszych płyt. Jaramy się, oj, jaramy.

Saul Williams – Volcanic Sunlight

[Columbia Records; 2011]

GDZIE JEST MOC NIGGY TARDUST? GDZIE JEST POTĘGA PIÓRA Z DWÓCH PIERWSZYCH ALBUMÓW? GDZIE JEST ZAANGAŻOWANIE I WALKA O LOSY UCIEŚNIONYCH? PYTAM SIĘ – GDZIE?

Bardzo mi smutno z tego powodu, ale jest tutaj coś takiego:


Explain My Heart daje radę, poza tym jeszcze Diagram i New Day. I to wszystko, bardzo mi przykro.

czwartek, 2 czerwca 2011

Propsy i niepropsy (Świeża zupa #27)


Tyler, the Creator - Goblin

[XL Recordings; 2011]

Moi drodzy, o to mokry sen wszystkich hipsterów. Oczekiwanie i hype, które okryły ten album przerosły wielkością Mount Everest. Teledysk do Yonkers (czyżby gra z Bonkers Rascala? Pojęcia nie mam) rozpalił wszystkich, zapowiadając maksymalnie chory materiał. Karaluchy, wymiociny, wieszanie się, mroczna stylistka, maksymalnie minimalistyczny i plastikowy bit i zajawka gotowa. OFWGKTA zostaje okrzyknięte nowym Wu-Tang, a Tyler największą nadzieją rapu w ogóle.

Krytyka szaleje z zachwytu. Tego jeszcze nie było! Tyler jest Bogiem! W chuj chora płytka, propsy! Krytyka niszczy Goblina. Jak można nagrać coś takiego? Kto słucha tego gówna? Nie rozumiem fenomenu, przecież to jest marne.

Nie wiem po której stronie się opowiedzieć. Nie wiem ile w tym wszystkim przypadku, a ile świadomej autokreacji Tylera. Koncept płytki jest do przyjęcia – z jednej strony kozetka u psychologa, z drugiej strony wariat zabijający dziwki i gwałcący delfiny (autentycznie, tekst o tym jest jednym z mocniejszych momentów na krążku). Nie wiem, nie rozumiem. Warstwa muzyczna moim zdaniem marna, byle bogaty dzieciak z syntezatorem jest w stanie zrobić lepsze podkłady, ale z drugiej strony nie wyobrażam sobie, żeby ta płyta brzmiała inaczej. Są tu rzeczy wybitne (Yonkers, Tron Cat), są też naprawdę słabe (Bitch Suck Dick). Czasami ilość fuck w jednym utworze przekracza wszelkie dopuszczalne normy, czasami tekstowo jest wręcz genialnie (sami poszukajcie).

Nie mam pojęcia. Nie ogarniam. Z jednej strony Goblin wydaje mi się strasznie przereklamowany, z drugiej jest czymś... świeżym? No dobra, świeży to złe określenie, ale jakiś pierwiastek nowości czy czegoś podobnego można w tym materiale odnaleźć.

Sami oceńcie. Jestem podzielony, nie wiem jak się ustosunkować, więc poczekam.

Echinacea – Echinacea

[Aloha Entertainment; 2011]

Echinacea to: fioletowo-różowy kwiatek, rodzina morskich jeżowców i chyba lek na katar. To także grupa trzech polskich MC: Pudla, Siódmego i Parkera. Podkłady zrobili im Kixnare, Roux Spana, Jakub Andruchów i Dj Kebs.

O tym albumie nie mogę napisać nic ponad: przecudowna muzyka, senny flow i teksty, których kompletnie się nie zauważa, rejestrując jedynie brzmienie głosów panów raperów. Mimo to mogę powiedzieć, że jaram się.

Wrooclyn Dodgers – Wrooclyn Dodgers

[self-released; 2011]

Kolejna polska płyta, o której nie mogę powiedzieć nic poza „porządna”. Nic odkrywczego w hip-hopie, teksty spoko, bity mocne, wszystkie archetypy hip-hopwej kultury zostały należycie wykorzystane, czasami zdarzy się jakaś lepsza linijka, generalnie można propsować, ale mam wrażenie, że członkowie Wrooclynu nie wykorzystali całego swojego talentu i umiejętności, żeby nagrać coś jeszcze lepszego. Album jest dobry, nawet bardzo, ale w zwyczajny sposób. Szkoda

Boef En De Gelogeerde Aap – Wij Zijn

[Top Notch; 2011]

Wij Zijn umieszczam tu w ramach ciekawostki, gdyż jest to holenderski hip-hop. Nie mam zielonego pojęcia o czym rapują, mogę tylko przypuszczać, że w jakiś sposób biją w system, ale posłuchać warto ze względu na grime’owe patenty i dubstepowe podkłady.

Clams Casino – Instrumental Mixtape

[self-released; 2011]

MÓJ JAH. Gdy pierwszy raz usłyszałem Motivation, które otwiera to wydawnictwo, ze zdumienia musiałem usiąść, ale nie na długo, gdyż zaraz potem dostałem tak niesamowitej dawki energii, że zacząłem biegać po domu w tę i z powrotem. Niby wydawanie hip-hopowych instrumentali mija się z celem, ale w tym wypadku nie wyobrażam sobie, żeby ta płyta wyglądała inaczej. Nie ma tutaj złego utworu, a sam fakt, że nagrana w domu demówka brzmi tak dobrze i według mnie (nie wstydzę się!) prawdopodobnie będzie najlepszym albumem roku 2011 każe propsować. Niby to tylko hip-hop na witch house’owych patentach, ale jak to brzmi! Tutaj jest wszystko, naprawdę wszystko. Melancholie, energie, smuteczki, gniewy, niebanalne obróbki wokalnych sampli, przejmujące partie syntezatorów, genialnie pracująca perkusja, można się tylko czasami przyczepić do jakości nagrania, ale tylko czasami, gdyż przez większość czasu siedzi się z otwartą buzią i nie ogarnia. Na pewno najlepszy tegoroczny debiut. Cud, miód, orzeszki, nic tylko słuchać!