sobota, 9 kwietnia 2011

Świeża zupa #25


Ghostpoet – Peanut Butter Blues & Melancholy Jam

[Brownswood; 2011]


Peanut Butter Blues & Melancholy Jam to debiut człowieka zwącego się Obaro Ejimiwe, występującego pod pseudo Ghostpoet. Napisali o nim, że ma wszelkie predyspozycje by przejąć schedę po Roots Manuvie i ja, jako wierny i oddany psychofan Rodneya, zgadzam się z tym poglądem. Ten człowiek już jest pro, a niech świadczy o tym fakt, że na ficzering zaprosił go sam Mike Skinner – nieważne jak zły byłby ostatni album The Streets, nie zmienia to faktu, że Ulice są rozpoznawalną marką, a występ z nimi nobilituje.

Pamiętacie Boy in da Corner Rascala? Kojarzycie może jak niewymownie smutna była to płyta? Pod płaszczykiem połamanych bitów i kwadratowej elektroniki ukrywał się smutek biednego chłopka z zapomnianej dzielnicy. Ktoś z was wspomni może Brand New Second Hand Roots Manuvy? Może debiut Tricky’ego albo wspominanego wcześniej Skinnera? A zauważyliście może, że wszystkie wypisane wyżej płyty były w jakiś sposób smutne lub co najmniej melancholijne?

Zawsze ciekawiło mnie łączenie muzyki do tańca i tekstów do płaczu. Do tej pory wydaje mi się, że smucenie w lirykach podszyte parkietowym podkładem jest cholernie interesujące. Oczywiście depresja depresji nierówna – jeden będzie zarzynał się przy post rocku, emo czy innym Radiohead, drugi zaś włączy sobie densflorowe rytmy podbite wersami o bólu i rozpaczy. Ta płyta bezapelacyjnie należy do drugiej kategorii.

Na początek nie starajcie się rozumieć co rapuje/śpiewa Ghostpoet, posłuchajcie samego brzmienia jego głosu. Szczególnie dobry do tego jest singiel Cash And Carry Me Home, najlepiej w połączeniu z teledyskiem. Spójrzcie na tego człowieka. Popatrzcie na jego oczy. Powtórzę: posłuchajcie jego głosu. Jeżeli nie odniesiecie wrażenia, że o to obcujecie z twórczością mężczyzny z naprawdę poważną depresją, jesteście tak nieczuli, że bardziej nie można. To tak samo jakby oglądać i słuchać Tomka Klapnięte Oczko i uważać, że jest on szczęśliwy.

Gdy już nasłuchacie się głosu, skupcie się na pozostałych kwestiach czyli muzyce i tekstach. Ujmę sprawę tak – fani leniwej, pościelowej elektroniki będą w siódmym niebie, miłośnicy bardziej sytych rytmów też znajdą coś dla siebie, podobnie jak zakochani w żywych instrumentach. Obaro na swoim debiucie miesza smutne techno a la Faithless (zresztą postawą przypomina trochę Maxi Jazza), znajdą się też jakieś składowe smutniejszej i wolniejszej wersji grime’u, ale również wstawki czysto rockowe. Potwierdzeniem tego ostatniego niech będzie zamykający płytę utwór Liiines. Sprawa następna czyli teksty prezentuje się co najmniej dobrze, a moim totalnie zajawionym zdaniem nawet lepiej niż dobrze. Siedzę trochę w pisaniu i mniej więcej potrafię już wyłowić to co dobre, przynajmniej wolę tak myśleć. Co prawda ludzie mogliby się czepiać, że Szekspir płacze nad emotekstami Ghostpoeta, ale zaprawdę! Zaprawdę powiadam wam, że człowiek zwany Obaro Ejimiwe na miano poety zasługuje! Spójrzmy na refren singla:

I know we fuss and fight here a little bit

I've had a couple drinks well a little bit

I'm beggin' you

Just carry me home home home home home

Moi znajomi poeci, poetki, przyszli krytycy i inni ludzie związani z literaturą mogliby powiedzieć Kowal, zajawiasz się hip-hopowym tekstem, to głupie, a ja nie przejmując się, zajawiałbym się dalej z bardzo prostego powodu – odnajduję się w tym. Czuję się dobrze wśród wersów o smutku, większym smutku i największym smutku. Nawet nie wiecie jakie wrażenie bezradności pozostawia po sobie ta płyta, niemniej jest to bezradność z drobnym przebłyskiem optymizmu.

Do was należy ocena tego krążka. Ja się jaram i żegnam jego pierwszymi słowami:

run away, be a real, man find another day. I heard that in a tv program, so it must be right.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz