poniedziałek, 21 lutego 2011

Świeża zupa #21


Radiohead - The King of Limbs

[XL/TBD/Hostess/self released; 2011]

Damian "Singer" Kowal:

Przepraszam, że wygląda to tak, a nie inaczej, ale blogger mnie pokonał. Screen jest mojego autorstwa i pochodzi ze strony niezalcodzienny.pl, buźki wziąłem ze strony komixxy.pl. Forma jest taka, gdyż nie wiedziałem co napisać. Mam nadzieję, że jest czytelne. Jeżeli z jakiegoś powodu jakiemuś włodarzowi tych stron nie będzie odpowiadać użycie owych elementów, proszę o wiadomość, a usunę.

Michał "Dziad/Maniaq" Doniec:

Radiobiodegradalny Król Kończyn

Nowy album Radiohead miał być czymś, co porazi miliony…czy jednak nie wyszła z tego dosłownie muzyka z recyklingu? 

Miało być mądrze, analitycznie profesjonalnie i…i będzie. Na nowy album Radiohead czekaliśmy dobre lata. Sukces In Rainbows pokazał, że od kilkunastu już lat Brytyjczycy są królami, imperatorami, wręcz bogami alternatywy. Nie ma, co się rozpisywać na temat przeszłości: Ok Computer, Kid A, Amnesiac to hasła, po których wszystko powinno stać się jasne. Równie oczywiste jest tez to, że oczekiwania były ogromne. Zarówno nowi jak i starzy fani liczyli na to, że tyle lat przerwy zaowocuje czymś świeżym i na radiogłowym poziomie. 


I co? The King of Limbs miał swoją premierę 18 lutego. Tego samego dnia włączyłem sobie wszystkie stare albumy żeby na szybko przywrócić to, co mnie w Tomku i spółce zachwyca, po czym odpaliłem The King of Limbs i… Delikatne pianino na wstępie okazało się biodegradowalnym loopem, w tle lecą jakieś bębenki kompletnie nieharmonijne, a cały kawałek nazywa się Bloom. Na początku myślałem, że to jakieś intro czy coś takiego, ale nie, to jest właśnie kawałek otwierający kolejny solowy album Thoma Yorke’a….Yyy…Radiohead. Ten zgrzyt niestety, ale został już do końca płyty. Po naprawdę radiogłowym Morning Mr. Magpie, który cieszy Inrainbowsowym klimatem następuje Little by Litte – jakieś dziwne połączenie grania w stylu Go to sleep z Hail to the Thief z przypadkowymi dźwiękami a’la początkujący muzycy teatralni – ciekawe, ale kompletnie nie to, co dało się wygrzebać z zapowiedzi. Może to moja wina że napaliłem się na album po usłyszeniu kawałka Super Collider, który wprawił mnie w nastrój pozornego spokoju na zewnątrz i niezłej nerwówki w środku. Wracając do rozbierania albumu: czwarty utwór to zło – folkowa wiksa z recyklingu nazywająca się Feral to nic innego jak uboga wersja podkładu z kawałka The Clock z solowej płyty Tomka. 


Potem jest naprawdę lepiej. Lotus Flower to jedyny prawdziwie Radioheadowy kawałek zasługujący na prawo do bycia singlem promującym album… tylko jak do tej pory mam wrażenie, że promujący zupełnie inne dzieło niż to, co dane mi było usłyszeć. Wszystko tu chodzi jak trzeba – gitary, elektronika, perkusja, bas. Kwiatek lotosu pokazuje, że na moment podczas tworzenia albumu w sali prób byli obecni wszyscy członkowie zespołu, brawo piątka, ale ruszajmy dalej. Codex był miłym zaskoczeniem w stylu Pyramid Song z Amnesiaca czy też Sail to the Moon z Haila, zanim przeczytałem tekst. Całe to pitolenie o czystym jeziorku było dobre na solówce Yorke’a, tutaj wprowadza tylko niepotrzebne zamieszanie. Warstwa muzyczna kawałka – syta, przyjemna dla ucha, odprężająca… na tyle na ile Radiohead może lub powinno odprężać słuchacza. Po Codex przychodzi Give up the Ghost – minimalistyczna akustyczno-elektroniczna forma, która poziomem dorównuje spokojnie poprzednim dokonaniom w tym stylu – Bulletproof z The Bends czy The Tourist z Ok Computer. Na początku mogą drażnić przemiałczane chórki, ale tylko przez moment. Album kończy Separator – znowu coś, co bardziej pasuje, jako outtake po In Rainbows lub materiał na solowy album Tomka niż jako utwór, tym bardziej kończący, jakiego można się spodziewać po radiogłowych.


Podsumowując, The King of Limbs jest cholernym zaskoczeniem: niestety, ten suprajz jest na minus dla panów z wysp. Album jest chaotyczny, a nie nowatorski, niespójny, i co najbardziej mnie zraziło – krótki. 37 minut to mało za produkt, który firmuje się taką genialną marką jak Radiohead. Ma swoje dobre strony (Lotus, Codex, Magpie), ale to za mało żeby się zachwycać po pierwszym przesłuchaniu. Tym bardziej to za mało wziąwszy pod uwagę przerwę, jaka miała miejsce pomiędzy genialnym In Rainbows a Kingiem. Na otarcie łez zostaje nam fakt, że edycja deluxe ma być dwupłytowa, co oznacza ze jest szansa na lepszy materiał oraz, że ów wypust zawierać będzie smaczki w postaci biodegradalnych elementów(600 części!) z których będzie można sobie złożyć opakowanie na płytę…super, tylko gdyby chłopaki pomyśleli, że wystarczy 5 elementów na złożenie dobrego albumu, wleźli do studia i zrobili to porządniej, myślę, że cały świat muzyczny byłby wniebowzięty.

1 komentarz:

  1. Myślę, że Tomkowi zaczęło zależeć na innym, niż muzycznym, świecie. Ja mam wrażenie, że ktoś zrobił psikusa całemu zespołowi i to nie jest Radiohead. Ach... Coś w środku mówi mi, że to jest częściowe pójście w komerchę. Albo specjalnie wydali, coś słabego, żeby niedługo zmiażdżyć nas porządnym albumem; albo po prostu chodzi o zrobienie szumu wokół siebie. To ostatnie wokaliście udało się nad wyraz dobrze. Z zespołu, który był szanowany i uznawany, zrobił się temat do śmiania i nabijania a także kolejna zajawka dla pseudoalternatywnych małolatów.

    OdpowiedzUsuń