sobota, 7 maja 2011

Cztery teksty z Michałem D. w tle (Świeża zupa #26)

Jak wskazuje tytuł, poniższe cztery próby krytyki muzycznej inspirowane są działaniami bądź cytatami, czasami tu pisującego, przyjaciela Michała D. Choć Michał w niektórych kwestiach wykazuje się skrajną ignorancją, nie mogę zaprzeczyć, że gdyby nie on, teksty te wyglądałyby zupełnie inaczej.

disasterPEACE – Rise of the Obsidian Interstellar

[II; 2011]

Historia zaczyna się w kuchni pewnego bloku na niewymienionym z nazwy osiedlu w mieście pod którym kiedyś się bili. Woda radośnie gotuje się w czajniku, ptaki za oknem chwalą przybycie wiosny (nie wiedziały wtedy, że wiosna ma w planach randkę z zimą), roślinki mojej kobiety szczęśliwie chłoną wodę i rosną, a mnie w tym całym natłoku radości, słońca i innych optymistycznych bzdur przypadła rola robiącego herbatę. Panna Chan (moja kobieta mówiąc inaczej) i Michał D. siedzą w pokoju i debatują na jakiś filozoficzny temat. Uznając, że pogoda zbyt piękna na poruszanie ciężkich treści, wskoczyłem do pokoju i dokonałem zmian w grajliście, włączając wymienione wyżej disasterPEACE. Początkowo Michał i Chan nie zauważyli zmiany, co trochę mnie zasmuciło, jednakże po około czterdziestu sekundach postanowili wyrazić swoje zdanie na temat muzyki prezentowanej przez wymienionego wyżej wykonawcę. Chan przytuliła mnie co najmniej jakbym był upośledzonym umysłowo puchatym zwierzątkiem, Michał D. stwierdził zaś Kowal, jeżeli chcesz słuchać czegoś takiego, może poszukam starego Atari?, czym dał dowód swojej niesamowitej, fanatycznej wręcz muzycznej ignorancji. Oczywiście nie mogę wymagać od dźwiękowej świadomości, ale najlepszego przyjaciela prawo to nie dotyczy. Powiedzcie: kim jest człowiek, który chiptune kojarzy tylko z wymarłymi komputerami, ostatecznie z Zeldą lub Mario? Michał zaślepiony swoją bezgraniczną muzyczną ciemnotą nie dostrzegł przepięknej historii, którą opowiadają te dźwięki, historii, której nie powstydziłoby się najlepsze science fiction! Nie ujrzał także, że na Rise są kawałki zarówno do baunsu, jak też do dumania i romansu (tutaj można zadać sobie pytanie, którą pannę da się wyrwać na, było, nie było, nerdowski gatunek muzyki). Powiadam Wam: nie słuchajcie Michała D. gdy chodzi o chiptune, bowiem gówno się on na tym zna.

Klimt – Agape

[Polskie Radio; 2011]

Tę historię przedstawię w formie dramatu.

Typowy dziewczęcy pokój, widać w nim jednak cechy „męskie”. Na biurku zdjęcia, kubki, na ścianie kalendarz ze zdjęciami psów i mądrymi cytatami odnośnie nich. Na komodzie stoi stary gramofon i dwa głośniki, jeden niedziałający. Panna Chan siedzi na fotelu przed biurkiem, Michał D. rozwalony jak perski basza leży na łóżku, autor tekstu stoi na dywanie.

Autor tekstu dokonuje kolejnych zmian w grajliście, z głośników zaczyna płynąć muzyka projektu Klimt.

Autor tekstu (do Michała D.):

Obczaj to!

Michał D. obczaja.

Michał D.:

Co to?

Autor tekstu:

Polski shoegaze.

Michał D. dalej obczaja.

Michał D.:

Powiem tak – Sigur Rós może robić im laskę.

Autor tekstu myśli. Myśli długo, kolejne ujęcia pokazują go zamyślonego w domu, toalecie, autobusie, ogrodzie etc. Dochodzi w końcu do wniosku, że co prawda jest to bardzo dobra płyta, ale Sigurów nie należy jeszcze zapraszać do seksu oralnego z jej autorem.

TV on the Radio – Nine Types of Light

[Interscope; 2011]

Czekaliśmy z Michałem D. i Panną Chan na ten krążek. Czekaliśmy długo, namiętnie, niecierpliwie. Co i rusz toczyły się rozmowy: jakie będzie nowe Tiwi? TV on the Radio zaprzątało nasze umysły, zwłaszcza po porażce nowego wydawnictwa Radiohead. TVOTR jest dla całej naszej trójki jednym z tych wielkich bandów współczesności, rozumiecie. Każde z nas ma swoje typy, ale w kilku wypadkach zgadzamy się wszyscy, jednym z nich jest właśnie Tiwi. Dlatego pokoje i ulice nieraz wypełniały się nerwówką, zniecierpliwieniem, strachem.

W końcu nadeszła ta chwila, w której miało się okazać, czy dostaniemy orgazmów, czy będziemy smutni i niepocieszeni niczym kocięta po deszczu. Teledysk do Will Do rozpalił nasze nadzieje, podobnie jak samo Will Do, które prezentowało Tiwisiów w nowej odsłonie – bardziej kochającej, spokojniejszej, podobnej do lekkiego powiewu na łące latem. Zmartwiło mnie to. Zespół z Brooklynu mimo używania falsetów i wysokich nut, zawsze kojarzył mi się z pewnego rodzaju mroczną mocą, uderzeniem potężnym jak nordycki panteon. Will Do, mówiąc szczerze, brzmiało mi miękko, chociaż zakochałem się w tym utworze od pierwszego usłyszenia.

Potem przyszła cała płyta. Michał D. stwierdził, że to krok milowy w ich twórczości, ja zaś cały czas miałem wrażenie, że nie, niestety, ale nie. Odsłuchałem – od początku do końca, od końca do początku, na boki, wspak, do góry nogami, w pociągu, w domu i na dworze. Niestety. Nie ma rozczarowania, ale też nie ma zajawki. Bardzo mi przykro. Nine Types of Light jest tylko utrzymaniem poziomu, bez wytyczania nowej ścieżki.

Widzicie, Tiwisie idealnie sprawdzali się w stylistyce mrocznej i posępnej, potęgowanej niespokojnym tekstami, eksperymentami z formą utworów i potężnym brzmieniem. Desperate Youths było mocnym albumem, stawiającym na rockowe gitary i hip-hopową motorykę. Return to Cookie Mountain kontynuowało drogę obraną na poprzedniku, dodając do tego jeszcze więcej energii, pierwiastek popowy (właściwie każdy utwór z tej płyty może funkcjonować osobno), wprowadzając więcej elektroniki. Dear Science sprawiło, że zgrzytałem zębami, gdyż poza czystym geniuszem były tam także mielizny. Nine Types zaś jest najpogodniejszym dokonaniem Tiwi i z przykrością stwierdzam, że ta zmiana mnie nie przekonuje. Ich tegoroczne wydawnictwo będę odtwarzał z przyjemnością, ale jak na zespół, który funkcjonuje w mojej Lidze Najlepszych, czegoś tu brak, a do tego zmarł im basista.

The Weeknd – House of Balloons

[self released; 2011]

Mówię do Michała D.: Słuchaj, jaka pedalszczyzna. Ten słucha i oburza się, twierdzi, że pedalskie są utwory ze słodką muzyką i słodkim tekstem. Panna Chan słucha i zachwyca się, ja również słucham i też się zachwycam.

Dlaczego? Pamiętacie How To Dress Well? Zeszłoroczny debiut, bardzo lo-fi, Michałowi D. się nie podoba, ja z Panną Chan szczerze się jaramy. How To Dress Well było takim śmiesznym R&B, które ostatnimi czasy przeżywa niesamowity rozkwit, będąc gatunkiem odkrywanym na coraz nowsze sposoby. Tom Krell z HTDW postawił na lo-fi i sypialnię, natomiast odpowiadający za The Weeknd Abel Tesfaye postawił na mroczne podkłady. Naprawdę mroczne, brzmiące niczym najlepszy darkwave pomieszany z hip-hopową rytmiką. Serio.

Mimo to The Weeknd to pościelówa, ale nie jakaś tam zwykła muzyka sypialniana do puszczenia w trakcie seksu, ale pościelówa z zacięciem imprezowym. Posłuchajcie utworu tytułowego – toż to muzyczne przedstawienie smutnego, egzystencjalnego melanżu, gdzie wszyscy palą papierosy i piją wódkę, rozmawiając przy okazji o pesymistycznej filozofii i ironicznie kwitując rzeczywistość używając cytatów z Tricky’ego. Michał D. się zajawił, Panna Chan zakochała, ja odkryłem kolejną perełkę.

Justin Timberlake? Zapomnijcie!

(Płytę można za darmo pobrać z domowej strony artysty).

2 komentarze:

  1. dzięki, że piszesz coś takiego. szkoda, że tak rzadko... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. no cóż, staram się aktualizować najczęściej jak mogę. dzięki!

    OdpowiedzUsuń