sobota, 9 lipca 2011

Lasy, prerie i wyżyny (Świeża zupa #30)

Bon Iver – Bon Iver, Bon Iver

[Jagjaguwar; 4AD; 2011]

Wszyscy krzyczą o doskonałości, a już zwłaszcza Amerykanie. Prawie najwyższe możliwe noty, znaczki promujące najlepszą nową muzykę, wywiady, koncerty, ogólny orgazm i mnóstwo groupies. Wszyscy przywołują poprzednią płytę – For Emma, Forever Ago. Piszą przy tym o zamykaniu się w samotnej chacie gdzieś w Wisconsin i trzymiesięcznym oczekiwaniu na katharsis. Autentycznie, słowo „katharsis” pojawia się w około osiemdziesięciu procentach czytanych przeze mnie recenzji.

To kolejna płyta, której popularność mnie przytłoczyła. Nowe wydawnictwa, które z automatu zyskują rozgłos i uwielbienie sprawiają, że czuję się nieco onieśmielony i przestraszony. Niewiele mogę na to poradzić, pozostaje mi tylko czekać na moment, kiedy odważę się sięgnąć i wydać własny osąd.

W końcu ta chwila nastąpiła. Najpierw była lektura singlowego Calgary, który moja dziewczyna skwitowała zdaniem to na pewno nie poprawi mi humoru. Rozciągnięte w czasie klawiszowe pasaże i wysoki, rozmyty wokal uniosły się gdzieś w powietrze, po czym zniknły. Pierwsze wrażenie – niezłe, przyjemne, łatwe do słuchania.

Potem razem z Vernonem zamknąłem się w leśnej chatce (to również pojawia się w wielu recenzjach), żeby zapoznać się z resztą. Gitarki spokojne, perksuje czysto amerykańskie, potężne, na trochę wojskową nutę, do tego dodany spokojny wokal człowieka obeznanego z przyrodą i pijącego piwo z niedźwiedziami. Człowieka, który chce się gdzieś schować, ale za każdym razem ktoś go odnajduje i zabawa zaczyna się znowu. Okładka albumu w stu procentach oddaje to czego należy spodziewać się po Bon Iver, Bon Iver – leśne strumyczki, szum drzew iglastych, śpiew ptaków, zarośnięty drwal w kraciastej koszuli siedzący z gitarę na werandzie swojego domu i śpiewający smutne piosenki o miłości.

Czym zatem jest ten album? Na pewno niezłym kompendium wiedzy na temat amerykańskiego piosenkopisania, poza tym doskonałym remedium na pośpiech i bóle związane z cywilizacją techniczną. Wrócić do domu, odpalić i słuchać, a zaświadczam wam, że choć na czterdzieści minut znikną wszystkie wasze bolączki. Mimo to nie jestem do końca przekonany. Cały czas nie mogę pozbyć się wrażenia, że jakoś tu zbyt zwiewnie-przewiewnie i wszystko za szybko ulatuje, nie zostawiając w pamięci nic poza zbiorem ładnych melodyjek.

Może Amerykanom coś takiego potrzebne?

Fleet Foxes – Helplessness Blues

[Sub Pop; 2011]

Sub Pop w tym roku prowadzi wielką ofensywę, przygarniając pod swoje skrzydła wykonawców niekoniecznie tworzących w estetykach, do których wytwórnia nas przyzwyczaiła. Dowodem niech będzie wydanie płyta chillwave’owego Washed Out i zajmującego się eksperymentalnym hip-hopem Shabazz Palaces (o nich kiedyś też tu będzie), ale mimo tego dalej amerykańska legenda daje nam artystów kojarzących się jednoznacznie z graniem gitarowym.

I właśnie w stajni tak wielkich bandów jak Nirvana, Fugazi czy Low wydali swój drugi album Fleet Foxes, kolejny zespół, z którym mam problem. Wyjaśnię – jestem przyrośnięty do cywilizacji. Obcowanie z naturą jest dla mnie czymś niezwykłym i rozwijającym pod warunkiem, że po powrocie będę miał dostęp do internetu, prysznica i kilku napoczętych książek, inaczej zacznę popadać w paranoję i neurozę. W związku z tym najbardziej przemawia do mnie twórczość traktująca o cywlizacji, a przekonanie się do muzyki korzennej zajmuje mi trochę, czasami dużo, czasu. Chyba jedynym przypadkiem kiedy brzmienie korzeni chwyciło mnie od razu było Yankee Hotel Foxtrot Wilco, ale to pewnie dlatego, że oni krażyli tam po granicy „cywilizacji” z „naturą”.

Helplessness Blues nawet nie stara się o dostęp do radości, jakie daje nam technika, jemu wystarcza po prostu gitara i ognisko na prerii. Owszem, podoba mi się takie uchwycenie sprawy, ale nic poza tym. Nie znajdę tutaj nic poza dwunastoma dobrze napisanymi amerykańskimi piosenkami, których, jak już wcześniej napisałem, można posłuchać przy wspólnym pieczeniu kiełbasek. Wybaczcie, ale dla mnie ta muzyka jest zbyt prosta i nie spełnia moich wymagań, acz przyjemności ze słuchania odmówić nie mogę.

(Po prostu nie lubię country i folku w najbardziej tradycyjnej oprawie, dla mnie wszystko musi być udziwnione. Ech, postmodernizm, postmodernizm, cóż on ze mną zrobił? Słuchajcie i nie przejmujcie się moim zdaniem).

WU LYF – Go Tell Fire To The Mountains

[LYF; 2011]

Wprowadznie: nazwa zespołu oznacza World Unite! Lucifer Youth Foundation, ale tak poza tym jest tak samo marna, jak łatwa do zapamiętania.

Chłopaki są z Manchesteru, wszędzie wciskają organy, wokalista brzmi jak młody Tom Waits, po gitarach słychać, że lubią Foalsów, a po reszcie, że Arcade Fire i Kings of Leon. Lubią palić ogniska w górach i wymyślać fajne tytuły piosenek, przykładem niech będzie Such a Sad Puppy Song. Umiejętnie się promują i są w stanie wcisnąć wszystkim, że wymyślili coś fajnego i świeżego.

Dobre z nich chłopaki, nie żadne odmieńce, posłuchać ich warto, hej!

Krzyk poniósł się po dolinie, płosząc wszystkie ptaki, jelenie, zające i smutne szczeniaczki, o których nawet napisali piosenkę.

Julian Lynch – Terra

[Underwater Peoples; 2011]

Julian, Julian, mój ulubiony muzykoetnograf. Tym razem wziął ze sobą akustyczne gitary, plumkające basy i klawisze skradzione pewnej legendzie nazwą Yes, z całym tym osprzętem pobiegł na łączkę i zaczął nagrywać.

Jest rozwój, jest rozwój. Mare było bardzo dobrą płytką, ale Terra jest lepsza, w swojej wyższości nad poprzedniczką jest trochę nieśmiała, jakby schowana za partiami pianina i bongosów. Nad albumem bzykają pszczółki i szumią wierzby, gdyż w przeciwieństwie do Mare Julian nie udał się w muzyczną podróż dookoła świata, tylko skupił się na swoim własnym podwórku.

Przez to odbieram Terrę jako zapis badań terenowych prowadzonych przez niego późną wiosną, może wczesnym latem w otoczeniu, które zna na wylot i dlatego warto było zweryfikować swoja wiedzę na jego temat. Snują się tu leniwe partie klarnetów, saksofonów, Yesowych klawiszy i innych nawiązań do najlepszych lat prog rocka i folku. Z Terrą na uszach można biegać po zielonym wzgórzu i łapać motylki, a potem zjeść kanapki i wąchać kwiaty.

Panda Bear – Tomboy

[Paw Tracks; 2011]

I na koniec rozczarowanie, bo jakim cudem po Person Pitch można wypuścić jedenaście takich samych piosenek i jeszcze wmawiać ludziom, że to jest dobre i nowatorskie? Nie rozumiem, więc czekam na nowe Animal Collective, panie Lennox!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz