środa, 13 lipca 2011

Rozmarzone lato, gęsta zima (Świeża zupa #31)

▼▲▼vagina Vangi – Benighted United EP

[self-released; 2011]

Prawdopodobnie witch house jest tylko chwilowym kaprysem hipsterów i innych takich, nie zmienia to faktu, że w muzyce mroczno-tanecznej większego powiewu świeżości nie widziano od lat. Dziwne nazwy, odwoływanie się do trybalizmu i kultur plemion pierwotnych, agresywne brzmienie podszyte lo-fi i niezwykła nazwa gatunku praktycznie od razu skazały go na sukces. Niech przykładem będzie zeszłoroczne wydawnictwo Salem, które poza pierwszym krążkiem Krzyżyków (mam tu na myśli Ritualz), jest już biblią witch house’u.

Ale oto nadszedł album, właściwie epka, która ma szansę zdetronizować obecnie panującego króla. Murmańskie ▼▲▼vagina Vangi stworzyło rzecz, która w stu procentach spełnia wszystkie wymagania dobrego witch house’owego wydawnictwa – są tu zarówno najleposze chwyty z darkwave’u i coldwave’u, mamy mroczną stylistykę, maksymalnie brzydką okładkę i klimat końca świata/płonącego lasu/ludobójstwa/wstaw cokolwiek innego o negatywnej konotacji. Benighted United sprawi, że poczujecie się jak człowiek zagubiony w tundrze, otoczony przez niedźwiedzie polarne i atakowany przez śnieżne sowy. Klasyk, moi państwo, wstyd nie przesłuchać.

▼▲▼vagina Vangi – Locked Forever EP

[self-released; 2011]

Druga epka Wagin poszła w klimaty bardziej taneczne niż mroczne, chociaż nadal jest to płonące w lesie ognisko urządzone przez naćpanych kwasem miłośników gotyckiego stylu. Gdybym miał wskazać różnice między Locked Forever a Benighted United powiedziałbym, że jest mniej lo-fi, a choć brzmienie, melodie i rytmy dalej zachęcają do krwawego potlaczu czy polowania na ludzi, to jakby wszystko się uspokoiło i spokorniało. Przyjmijmy więc, że Benighted to uosobienie klasycznego, niszczącego komórki witch house’u, zaś Locked Forever to jego popowa odmiana, bardziej przyjazna, choć dalej groźna. Waginy trzeba obserwować, bo wydaje mi się, że mogą oni zawojować nie tylko podwórka witchowe, ale także ogólnotanecznoelektroniczne.

zxz – Abraxas

[self-released; 2011]

Tym krążkiem warto zainteresować się ze względu na totalnie toporną i skopconą wersję Like A Virgin Madonny, zresztą cała płyta wydaje się być trybutem dla Królowej Popu złożonym przez przedstawicieli Ciemnej Strony Mocy. Ogólnie nie jest źle, ale odnoszę wrażenie, że na Abraxas za dużo odniesień do klasyków w stylu The Sisters Of Mercy czy Bauhaus, a za mało własnej inwencji. Posłuchać można, ale to tylko takie tam granie do poplamionej krwią poduszki, nic specjalnego.

†‡† – Ghetto Ass Witch

[self-released; 2011]

CDR Krzyżyków było, przepraszam za nieprzystojne wyrażenie, pierdolnięciem, dowodem na to, że w zjadającej własny ogon muzyce może coś jeszcze wymyślić. Niby nie było to nic specjalnego, tylko fuzja istniejących już wcześniej elementów, ale mimo to CDR ucinało nogi w kolanach i gwałciło słuch. Słusznie mój kolega Rudi stwierdził, że ta płyta czyni człowieka pierwotnym, gdyż tak dokładnie było. Wracanie po nocach z Ritualzami w słuchawkach nie było najrozsądniejszym posunięciem dla co wrażliwszych jednostek, przekonałem się na własnej skórze.

Tym razem dostajemy okładkę z Lindsay Lohan, miażdżacy tytuł Ghetto Ass Witch i kolejną porcję przesterowanych kawałków. Owszem, Ritualz niby spokojnie się zaczyna, ale jak potem nie uderzy w twarz! Jak nie huknie, a to właśnie w †‡† lubię. Baba Vanga przyklaskuje spalonym wiejskim dyskotekom, utwór tytułowy jakoś się broni, ale mnie rozczarował, a cała reszta płyty, poza Laguną, jest powtórką z rozrywki. Tylko wymieniona Laguna próbuje eksplorować nowe tereny, udając się w strony niemieckiego techno i trance’u.

Ghetto Ass Witch miało być kolejnym objawieniem, a wyszło tak sobie. Mimo to warto przesłuchać, bo †‡† wciąż rozdają karty w witchgrze.

Robot Science – Good Luck

[self-released; 2011]

Chillwave zaskakująco dobrze łączy się z innymi gatunkami muzyki elektronicznej, co sprawia, że można podać to samo na wiele różnych sposobów. Robot Science łączy chillwave z brzmieniem Atari i Nintendo, co może na początku wydać się połączeniem śmiesznym, ale mówię wam – w tym jest metoda. Chiptune kojarzy się jako niezajmująca umysłu muzyka ze starych gier, natomiast chillwave funkcjonuje jako relaksacyjny wypełniacz leniwych wakacyjnych dni. Po złączeniu dwóch odprężających stylistyk albo wyjdzie nam coś totalnie sztywnego albo tak radosnego, że przez cały czas będziemy siedzieć z uśmiechem na twarzy.

Na szczęście w wypadku Good Luck wygrała druga opcja. Od razu warto zaznaczyć, że nie należy spodziewać się tutaj szczególnych wrażeń intelektualnych, to nie ta liga. Good Luck idealnie sprawdza się jako muzyka wakacyjna – mamy tu melodie opisujące leżenie plackiem na plaży i kąpiele w morzu; jazdę samochodem pośród złotych pól rzepaku, poranne wyprawy do lasu, kiedy pośród drzew unosi się eteryczna mgiełka, a chłód owiewa twarze. Nawet utwór zatytułowany Alaska sprawia, że ten najbardziej ponury stan USA wydaje się idealnym miejscem na odpoczynek.

Jestem zachwycony i myślę, że Wam też się spodoba.

Mathemagic – II

[self-released; 2011]

A oto czile w wydaniu instrumentalnym. Trójka przyjaciół z Guelph w Kanadzie wzięła swoje gitary, bębny i klawisze, po czym postanowiła nagrywać czilłejw. W moim ograniczeniu wydawało mi się, że gatunek ten jest skazany na syntezatory i laptopy, ale na szczęście Kanadyjczycy wyprowadzili mnie z błędu. II pokazuje, że można robić spokojne, leniwe piosenki, które niekoniecznie trzeba zaraz podciągnąć do szufladki indie popu. Jedenaście letnich porządnych piosenek, trzeba czegoś więcej? Wydaje mi się, że nie. Mój kot jest zadowolony.

1 komentarz:

  1. Przesłuchałem tę waginową epkę - co prawda tego typu muzyki nie słucham zbyt często, ale jak Niuniuś mówi, że jest srogo, to jest.

    I było, bezbłędnie zryło mi czaszkę - o ile nie jestem ekspertem odnośnie tego gatunku elektryki, to muszę Ci przyznać rację, że czuć w tym pewnego rodzaju pierwotny mistycyzm, mrok dawnych rytuałów. Produkcja jest, jak pisałeś, mroczna, dość ciężka, co w takiej konwencji jest niewątpliwie jej zaletą - podobało mi się pewne zróżnicowanie wykorzystanych technik, czy sampli, zarówno wokalnych jak i tych instrumentalnych. IMO najbardziej siada utwór "Christ", główna linia melodyczna jest bardzo silna, wbija się w podświadomość. Całość określiłbym jako niepokojące, w tym dobrym sensie, oczywiście.

    Pozdro Zingier, pis joł.

    OdpowiedzUsuń