
The Budos Band – The Budos Band II
Afrobeat- moja miłość, odkryta za czasów liceum, nie spotkała się z gorącym przyjęciem moich znajomych, ale to nie wina samego gatunku, a raczej ich gustów muzycznych. Cóż, moim zdaniem afrobeat jest tak zajebisty, że nie wszyscy potrafią to docenić, coś jak death metal czy gangsta rap- albo się kocha, albo nienawidzi. I choć z nazwy i pochodzenia gatunek ten jest domeną czarnych muzyków, biali tez całkiem nieźle sobie radzą, czego dowodem jest drugi album Budosów. Śliczna, niewiele mówiąca okładka ze skorpionkiem (jak on inteligentnie patrzy!) od razu rzuca się w oczy, ale to nie samym wizualem człowiek żyje, w muzyce najważniejsze są dźwięki! Tych mamy tu w hurtowych ilościach, co wcale nie oznacza, że poleciało po jakości. Na krążku znajdziemy momenty lekkie niczym powiew atlantyckiego wiatru na wybrzeżu Nigerii, szybkie jak gepard ścigający gazelę i masywne na kształt Kilimandżaro. Zero słów, wszystkie emocje przekazywane są samymi instrumentami w charakterystyczny dla afrobeatu sposób: instrumenty uderzane bądź szarpane robią za podkład rytmiczny, wszystko w co się dmucha maluje melodię. I w ten o to prosty sposób Budosi wysmażyli dziesięć utworów, które nadają się i do słuchania w domu, i w pociągu (sprawdziłem na sobie), a także na dobrą imprezę (przynajmniej w moim mniemaniu, bo znajomi nie podzielali tej opinii). Tylko dlaczego to tylko trzydzieści siedem minut?
Ps. Was to może nie ucieszy, ale Budosi niedługo wydają nową płytkę. Tym razem z kobra na okładce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz