wtorek, 6 lipca 2010

słowo własne

ts.

zwrotniki włażą mi do domu, nie wycierają butów, a co gorsza,
wchodzą też oknami, zupełnie jakby było „puf!” i polska została
ziemią obiecaną wypędzonych, gorących gromad powietrza.

gdy dwie strefy czasowe dalej, w chartumie oblewano rewolucję,
a miasto topiło się i pociło, odebrałem małoważny papier ze szkoły.
patrzyłem i napawałem się triumfem niczym wytrawny strateg.

zwycięstwo w bitwie otwierającej ważną kampanię dały procenty.
tylko procenty, a pokazują, że jestem mniejszym idiotą niż reszta.
husaria, myślałem, duchy husarii wstąpiły we mnie, dzięki nim wygram.

przypomniałem sobie o tobie, o tym, że próbujesz wcisnąć klientom
oferty, modemy, telefony ciągłe i przerywane, za złotówkę i dwie.
od razu sukces wydał się dziurawy jak uzębienie dziecka.

wszystkie wiersze są o miłości, przerywanej lub ciągłej, mniej bądź bardziej,
nie zmienię tego, ale jestem już pogodzony. patrzę w niebo, słońce grzmi,
ziemia paruje, uczucia w końcu jednoczą się z mocą.

to pewnie przez czerwie

1 komentarz: