
Japandroids – Post-Nothing
Jako, że pisać będę o albumie, który uważam za jeden z ważniejszych w moim krótkim, niespełna dwudziestojednoletnim życiu, pozwolę sobie na wyskrobanie czegoś w stylu eseju.
Japandroids, jak większość słuchanych przeze mnie wykonawców, pojawili się właściwie znikąd. Ot, pewnego słonecznego/deszczowego dnia przeszukiwałem przepastne czeluście internetu i moją uwagę przykuła nazwa zespołu czy tytuł piosenki, nie pamiętam jak było w tym wypadku. Potem następuje sekwencja: kopiuj, wklej w wyszukiwarkę na YouTube, włącz pierwszy wyszukany utwór, odsłuchaj, wydaj werdykt. Jako, że pomiędzy odkryciem Japandroids, a pełnym docenieniem przeze mnie tego wydawnictwa minęło trochę czasu, mogę sobie teraz tylko wyobrażać jak bardzo ich granie wgniotło mnie w plastikowy fotel, na którym zazwyczaj siedzę. Zresztą, podobnie się stało niedawno, gdy słuchałem Post-Nothing jako ścieżki dźwiękowej do niewątpliwego sukcesu jakim jest dostanie się na studia.
Co dostajemy na Post-Nothing? Niedużo, bo tylko trzydzieści sześć minut muzyki zamkniętej w ośmiu kawałkach. Złośliwcy mogą pomyśleć, że przecież to materiał na epkę, a nie pełno wymiarowy album i proszę bardzo, niech tak sobie myślą. Zwykle też staram się być takim obiektywnym ironistą, ale w wypadku tej płyty, choćbym nie wiem jak się starał, nie uda mi się. Najzwyczajniej w świecie Post-Nothing mnie pożarło i sprawiło, że jaram się tym niesamowicie. Wypada zadać pytanie, czy jest czym, a także wypada na nie odpowiedzieć- jest.
Musze powiedzieć, że Japandroids to tylko dwóch facetów z Vancouver, British Columbia, Canada. Ci jegomoście to Brian King obsługujący gitarę i wokal oraz David Prowse siedzący za perkusją. Ta dwójka generuje większy hałas niż wszystkie koncerty Dody w swojej historii, nie wspominając już o tym, że jest to zgiełk o kilkanaście klas lepszy niż dokonania naszej „gwiazdy”. Chociaż pojawiały się obawy, że Brian i David będą po prostu kolejnymi muzykami grającymi indie dla modnych nastolatek i podpisującymi swoją muzykę nośnymi hasłami w stylu do it yourself , ale były to obawy nieuzasadnione. Japandroids stworzyli album w poetyce, którą dziś trudno spotkać- mnóstwo gitarowych przesterów, maniakalne walenie w bębny, teksty o dziewczynach, imprezach i wchodzeniu w dorosłość. Wydawałoby się, że to nic oryginalnego, ale pozory mylą. Teksty Droidów mimo swojej nieukrywanej prostoty mają w sobie bardzo dużo liryki zarezerwowane tylko i wyłącznie dla wierszy, poza tym pod całymi wynurzeniami na temat wspominanych imprez, dziewczyn i tego typu rzeczy, kryje się drugie metafizyczne dno. Z tym samym mamy do czynienia w wypadku muzyki- na pierwszy rzut ucha może wydać się nużąca, bo panowie nie stronią od repetytywności, tak więc nie uświadczymy tu solówek, mamy za to powtarzanie riffów, ale właśnie o to w tej muzyce chodzi. To nie ma być nie wiadomo jak skomplikowane technicznie granie, tylko prosta, ale chwytająca za serducho i inne członki muzyka, do której można zarówno pogować, jak też po prostu siedzieć wygodnie w fotelu i słuchać.
Jeszcze jedno- każdy z ośmiu kawałków na Post-Nothing pasuje do jakiejś, określonej sytuacji życiowej, nie będę mówił jednak jakiej. Po prostu poświętuję dostanie się na studia przy The Boys Are Leaving Town, a na koniec z kronikarskiego obowiązku dodam, że płytę należy przesłuchać, a kto tego nie zrobi, straci trzydzieści sześć minut szczerej, żywiołowej i pięknej muzyki.
masz racje z tym dopasowaniem do sytuacji życiowych-właśnie słucham i dopasowuje.
OdpowiedzUsuńno ba. wiadomo.
OdpowiedzUsuń