
Dan le Sac vs Scroobius Pip – Logic of Chance
„Grupa Operacyjna Wielkiej Brytanii” powraca i robi to w naprawdę dobrym stylu. Jako człowiek otwarty na wszelakie odchyły i zboczenie próbowałem zrozumieć, dlaczego chłopaki albo zbierali joby od oświeconej prasy albo padano im do stóp i modlono się jak do bogów. Nie ukrywajmy- w 2008 wkurwili większość ówcześnie panujących swoim singlem „Thou shalt always kill”, a następnie albumem „Angles”. Toż to Radiogłowi pozywać ich chcieli gdy usłyszeli, że są tylko zespołem! Za nowy krążek raczej nikt ich po sądach nie będzie ciągał, ale brodacze jaj nie stracili. Tekstowo jest to dalej ten sam inteligentny/ironiczny/wyśmiewający Pip, może czasami trochę za bardzo bawi się w moralizatora i obrońcę cnoty jak w „Get Better”, ale można to zrozumieć- z tego co mi wiadomo wśród brytyjskiej młodzieży panuje straszliwe rozpasanie (takie wiadomości wyniosłem z lektury BBC Lifestyle). Oprócz tego uświadczymy oceny sytuacji na Wyspach, oceny społeczeństwa demokratycznego i kilku jeszcze innych ocen. Generalnie Pip ma się dobrze. A co z le Saciem? Otóż, mości państwo, ten również się broni, bo mimo całej popowej otoczki albumu, ciągle jest ambitnie i ciekawie. Zaskoczyć może zmiana stylistyki, bo debiut był, mimo wszystkich elektronicznych wtrętów, organicznym albumem, tutaj jest zgoła odwrotnie, znakomita większość podkładów oparta jest na trochę techniawkowatej elektronice, lecz źle nie jest. Jedno zastrzeżenie: płytę należy dawkować ostrożnie, z wyczuciem, bowiem zbyt częste słuchanie może znudzić, ale to cena jaką trzeba ponieść za zwiększenie popowego pierwiastka.

Julian Lynch – Mare
Wszyscy zachwycają się Crystal Castles i Caribou, a ja kompletnie nie rozumiem dlaczego. Owszem, zgodzę się Caribou zły nie jest, swój klimat ma i tego się trzyma, oby tak dalej, ale Crystal Castles? Nie rozumiem, a gdy zapytałem koleżankę co w Kryształowych Zamkach widzi, odparła, że zagłuszają nieprzyjemne myśli i są wypruci z intelektualnych doznań muzycznych, czyli zwykła muzyka tła, soundtrack do lata. Przeto odpowiadam: są lepsi! Jednym z nich jest Julian Lynch i jego świeżutki, wypieczony album „Mare”. Gdyby sprowadzić muzykę pana Lyncha do najprostszych pierwiastków, można rzec, że to lo-fi/folk/psychodelia, ale zaraz pojawi się problem, bo tak prosto nie jest. Płytka ta przypomina podróż dookoła świata, mianowicie z każdego odwiedzonego miejsca autor wysyła nam pocztówkę i buziaki, dlatego odniesień i inspiracji tu pełno. Pobrzmiewa tu ethio-jazzem, zam-rockiem i wszelakimi innymi afrykańskimi gatunkami, poza tym można się doszukać melodii rodem ze słonecznej Jamajki, rytmów Bollywood, a co najlepsze i najdziwniejsze wszystko razem jakimś cudem współgra ze sobą i dopełnia się. Zalecany sposób użycia: zapuścić, zwiększyć głośność, wziąć papierosa/coś zimnego i płynnego do rączki, wyjść na słońce, położyć się i dać zapętlić, bo to tylko trzydzieści siedem minut, które mija nim się obejrzymy.
no w końcu blogspot ;)
OdpowiedzUsuń