Toro Y Moi – Causers of This
Mamy takie czasy, że każdy „nowy” trend w muzyce żyje sobie kilka miesięcy, wszyscy się nim jarają, a potem dochodzi do śmierci i zapomnienia, gdyż na rynek wchodzi następny modny gatunek. Rzecz taka ma się teraz z chillwave’em, który właśnie zaczyna sobie dogorywać i generalnie żadnej panny już się na to nie wyrwie. Niemniej gatunek ten jest (przynajmniej według mnie) interesujący i warto przyglądać mu się bliżej. Zróbmy więc operację na otwartym sercu albumowi Chazwicka Bundicka znanego bardziej jako Toro Y Moi. Pan ów znany jest z bliżej mi nieznanej grupy Washed Out i postanowił sobie w tym roku wydać debiutancki album, który zaraz spektakularnie potniemy na części i być może poskładamy. Płyta jest to króciutka- ledwie trzydzieści trzy minuty grania, co trochę mnie martwi, bowiem ostatnio jest obowiązująca średnia, a jak tak dalej pójdzie niedługo płyty będą miały po dziesięć-piętnaście minut, ale nie odbiegajmy zbytnio od tematu. Dostajemy jedenaście piosenek z popową długością (tzn. żadna nie przekracza czterech minut) i mamy się cieszyć. A czy jest czym? Otóż, moim skromnym, jest. Byczek (toro to z hiszpańskiego byk) płynie sobie łódką po oceanach lekkiej, ciepłej elektroniki, takiej trochę wyciągniętej z lat osiemdziesiątych, trochę wyciętej z złotych czasów disco, trochę z brzmień Amigi i Commodore. Causers jest bardzo dobrze skomponowany, jeśli chodzi o układ utworów- właściwie każda kompozycja może robić za dobrego singla, a moimi absolutnymi faworytami są otwierająca Blessa, która czerpie pełnymi garściami z dokonań lekkiego ambientu, instrumentalny Lissoms będący hołdem dla dokonań takich klasyków jak Kraftwerk czy Tangerine Dream i niepodważalny numer jeden krążka Low Shoulder- słychać tu inspiracje disco, ale także italo disco (tfu!), jak dla mnie najlepszy kawałek na płycie i jeden z lepszych wydanych w tym roku, po prostu trzy i pół minutowe elektroniczne cudeńko. Może ta płyta nie przekazuje zbyt wiele, ale na tak zwany czilaut jest w sam raz- nie zajmuje mózgu, jest przyjemna i letnia, idealna do pobujania się z dziewczyną na parkiecie. Jeśli ktoś szuka napierdalania i szybkich rytmów, niech lepiej odpali sobie Crystal Castles (tfu!). Nie jest to krążek wybitny, ale nie jest też zły- dobry album, lecz bez rewelacji, jeśli ktoś minie obojętnie, nic mu się nie stanie, jeśli ktoś zdecyduje się posłuchać- nie będzie żałować.
PS. Ktoś wie jak Toro zaprezentował się na Offie?
piątek, 13 sierpnia 2010
Świeża zupa #3
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz