Vampire Weekend – Contra
Problem z Wampirami jest taki, że grają muzykę dla wszystkich, czyli dla nikogo. Pamiętam, że ich debiutu słuchałem podczas sprzątania, gotowania, odpoczynku i innych mało zajmujących czynności. Jako podkład do jedzenia pizzy funkcjonują idealnie, lecz z istnieniem jako samodzielny muzyczny byt jest już mały problem. Mają idealny wręcz image- grzeczni chłopcy wykształceni na Columbia University, bez problemów z używkami, ubierający się w koszule w kratę i kolorowe spodnie. Muzykę mają równie idealną- skrojony na miarę lekki pop rock z naleciałościami afrykańskimi i karaibskimi. Właśnie przez to nie jestem w stanie wymienić choćby jednej piosenki, który by się na ich debiucie jakoś odróżniała, wszystkie są bowiem niemalże identyczne, toteż nie rozumiem zachwytów oświeconej zachodniej prasy na ich temat. Zachwyty powtórzyły się zresztą przy okazji Contry, więc postanowiłem to zweryfikować. Załączam płytkę, zaczyna się leciutkim wokalem i afrykańskimi wibrafonami, więc myślę, że nic się nie zmieniło. Horchata nie wywołała u mnie ochów i achów, ale nie poddaję się i jadę dalej. I Think Ur A Contra i następny w kolejce White Sky spokojnie można sobie pominąć, nie są to bowiem utwory zawierające coś specjalnie odkrywczego, chociaż White Sky przynosi pewne zaskoczenie w postaci lekkiego elektronicznego bitu. Potem następuje seria, nie bójmy się użyć tego słowa, pedalskich songów, lekkich, łatwych i przyjemnych, aż nagle bum! Ósmy utwór na płycie i jest zaskoczenie- oni potrafią nagrać piosenkę z jajami! Zadziorny wokal, szybkie gitary, walenie po garach, streszczając- Cousins gdyby zostało wydane w lecie, byłoby bezapelacyjnym wakacyjnym hitem. Próbując znaleźć jakieś inne jasne strony krążka, odkryłem wieńczący album Diplomat’s Sun. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale ten utwór wywołał u mnie silne skojarzenia z The Clash, choć mocy Clash nie ma, i z muzyką z Króla Lwa, mimo, że także nie posiada jej siły, ale dobrze to rokuje na przyszłość. Jeśli trzecia płyta Wampirów będzie tak mocna jak Cousins, oddam bratu swój obiad, jeśli pójdą tropem przeciętnego afro popu, nawet się nie zdziwię. Contra jest jak jej poprzednik- świetna jako podkład do czynności domowych, ledwie przeciętna jako album muzyczny.
The Drums – The Drums
Dobra, jestem w stanie się zgodzić, że Let’s Go Surfing to gitarowy hicior tego sezonu, zresztą przyznam się bez bicia, że w nielicznych chwilach gdy mam dobry humor, utworek ten sobie zapuszczam. Po prostu Let’s Go Surfing ma wszystko czego szukam w dobrym pop rocku- wpadającą w ucho melodię i ten szczególny pierwiastek, który nakazuje zapętlać, zapętlać i jeszcze raz zapętlać. Ale co z resztą debiutu? Chłopaki powołują się na inspiracje takimi tuzami jak The Smiths czy Joy Division, więc rokują dobrze, ale nie zapominajmy, że samo powoływanie się na oddziaływanie legend dobrej muzyki nie czyni. Oświecona zachodnia prasa niemalże robi im laskę, która mój wrodzony dystans i krytycyzm nakazuję mi zweryfikować. Zadajmy sobie pytanie- czy The Drums zasługują na zrobienie im laski? Żeby znaleźć odpowiedź na tą ważną, filozoficzną kwestię należy przyjrzeć się płycie. O Let’s Go Surfing już pisałem, czas przesłuchać inne piosenki. Zapoznanie się z ogółem przynosi kolejne pytanie- czy nowojorczycy są w stanie nagrać dobry, czysto kalifornijski surf rock? Moja odpowiedź na to pytanie będzie brzmiała- owszem, są w stanie, w końcu wychowali się na The Beach Boys, którzy są niekwestionowanymi tytanami beach popu i surf rocka. Dźwięki grane przez czwórkę brooklyńczyków to naprawdę niezły konglomerat: sekcja rytmiczna wyciągnięta z new wave’u i post punka, gitary, klawisze i wokale z wspomnianego wcześniej surf rocka. Czy coś takiego może dobrze brzmieć? Otóż może. Me and the Moon to cudowna wycieczka w rejony zarezerwowane dla Joy Division, ale jest to wycieczka w stylu kalifornijskim, na wesoło. Następny plus to Down by the Water, najwolniejszy i chyba najsmutniejszy w wydźwięku kawałek na płycie, brzmiący dla mnie jak The Cure z odrobiną słońca. Pozytywnymi zaskoczeniami są półakustyczny I’ll Never Drop My Sword i ostatni na grajliście The Future, który jak dla mnie jest hołdem złożonym Ianowi Curtisowi. Chociaż Curtis pewnie ma teraz w grobie niezłą wirówkę, bowiem kto to widział, że zespół powołujący się na wpływ Joy Division, był taki radosny? Niepojęte rzeczy dzieją się na tym świecie. Na koniec zamieszczę odpowiedź na pytanie, czy należy Bębnom zrobić laskę za ich debiut- jeszcze nie. Nagrali dobrą płytę, ale jak na razie można ich co najwyżej pomiziać po penisach.

w ramach ciekawostki :)
OdpowiedzUsuńKobieta z okładki Vampire Weekend – Contra podała zespół i wytwórnie o wykorzystanie wizerunku na bardzo grubą kase
a to Ci dopiero :D
OdpowiedzUsuń