piątek, 20 sierpnia 2010

Świeża zupa #6


The Chemical Brothers - Further

Dawno, dawno temu, gdy miałem około piętnastu lat, pewnej nocy nie mogłem spać. Wziąłem kołdrę i poszedłem do pokoju rodziców, gdzie nastawiłem telewizor na jedną z prywatnych stacji. Były to jeszcze czasy, kiedy zamiast durnowatych telegier w nocy puszczano koncerty, często nieliche i do tego wielkich wykonawców. Tamtej nocy grano akurat występ Chemicznych z jakiegoś festiwalu. Znalazłem sobie wygodne miejsce, nakryłem się i zacząłem słuchać. Wtedy za stwierdzenie, że Pink Floyd, Led Zeppelin czy Black Sabbath to gówno chciałem zabijać, a do tego kompletnie nie trawiłem muzyki nie granej na gitarach, basach i perkusjach. Nawet nie wyobrażacie sobie mojego zdziwienia, gdy okazało się, że totalnie elektroniczna i sekwencyjna twórczość Braci mi się spodobała! W ich muzyce było to coś powszechnie nazywanego „duszą”, a moje przekonania, że muzyka tworzona przy użyciu klawiszy, sekwencerów, komputerów i gramofonów jest zimna i właśnie „bezduszna” kompletnie legło w gruzach. Do czasu mojego pełnego otwarcia na dźwięki inne niż klasyczny rock minęło jeszcze trochę czasu, ale tamtą chwilę uważam za swoisty, osobisty przełom. Tyle wspomnień, czas przejść do rzeczy. Chemiczni są, oczywiście niczego im nie ujmując, dinozaurami muzyki elektronicznej. Działają od prawie dwudziestu lat, ich płyty to absolutna klasyka, prawie nie ma ludzi, którzy by ich nie kojarzyli (tja...). Minęły już czasy, kiedy zapowiedź ich nowego krążka wywoływała ekstazę, teraz jest to co najwyżej lekkie podniecenie. Wiemy czego się po nich spodziewać, wiem też, że będzie to porządne wydawnictwo, więc właściwie o czym pisać? Ujmę to w ten sposób: ludzie niech się jarają Crystal Castles, Hot Chip czy dogorywającym chillwave’m, ja będę twierdził, że dziadkowie tanecznej elektroniki pokonują ich wszystkich z osobna i razem wziętych. Bracia są po prostu niepodważalną marką, porwę się nawet na stwierdzenie, że dla elektroniki są tym, czym U2 jest dla rocka. Further jest potwierdzeniem ich kunsztu oraz tego, że jeśli tańczyć na dyskotece to najlepiej przy nich. Oni mogą sobie pozwolić na wydawanie dwunastominutowego singla i swobodne żonglowanie przeróżnymi stylistykami. Zaczynający album Snow to bardzo minimalowe wycieczki po rejonach charakterystycznych dla múm i innych islandzkich zespołów, Another World natomiast pokazuje jak mogłoby brzmieć Crystal Castles gdyby było kilka klas lepsze. Dissolve to ukłon w stronę rave’u i dance punka, za to Horse Power jest klasycznym „chemicznym” utworem- szalejące elektronika, zrobotyzowany wokal, potężna perkusja, jednym słowem kompletny zamiatacz parkietów. Na Further uświadczymy też pewnych inspiracji, uwaga, uwaga, rockiem progresywnym, glam rockiem, shoegaze’m i wieloma innymi gatunkami. Wydaje się karkołomne, ale to tylko złudzenie, wszystko jest bowiem bardzo zgrabnie wymieszane i przystępnie podane. Chcę jeszcze napomknąć o singlu promującym album- Escape Velocity. Kompozycja jest naprawdę mało singlowa, bowiem trwa prawie dwanaście minut i, z tego co wiem, nie było do niej żadnych radiowych edycji. Escape Velocity należy do tego specyficznego rodzaju piosenek, o których nie za bardzo wiadomo co napisać, żeby w żadnej sposób nie umniejszyć ich wartości. Gdybym miał swoją opinię o tym utworze zamknąć w kilku słowach, napisałbym, że jest to elektroniczne, repetetywne arcydzieło. Escape nie jest bardzo zwarty, bardziej przypomina malowanie pejzażu- niespieszne, wyluzowane, ze zwracaniem uwagi na natężenie kolorów i rozmieszczenie plam. Further to dobra, ba, nawet bardzo dobra płyta, a gdyby wydał ją jakiś debiutujący zespół, pewnie zostałaby uznana za arcydzieło. Podsumowując: dziadkowie muzyki elektronicznej udowodnili młodzieży, że jeszcze nie pora, by szukać wolnego miejsca na cmentarzu, bowiem w sercu wciąż mają młodzieńczy ogień. I jak zwykle mają świetną okładkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz