sobota, 15 stycznia 2011

Podsumowanie roku 2010 - Rekomendacje płytowe


Agalloch – Marrow of the Spirit

Odkąd odkryłem „muzykę niezależną”, elektronikę i hip-hop, mało jest rzeczy, które polubiłbym w metalu. Nie wiem dlaczego tak się stało, gdyż na muzyce metalowej się wychowałem, nie zmienia to faktu, że od dobrych kilku lat na ciężkie granie patrzę wyjątkowo sceptycznie. Mimo to w najnowszym wydawnictwie Agalloch odnajduję coś na kształt przyjemnych wspomnień z okresu wrastania w muzykę. Podoba mi się pędząca na oślep perkusja, dopełniające się gitarowe partie i nawet przyprawiający mnie o śmiech growl. Marrow of the Spirit nie zmieni waszego patrzenia na muzykę, niemniej warto poświęcić godzinę i przynajmniej raz zapoznać się z albumem Amerykanów, bo warto. 

Alcest – Écailles de Lune

Cały czas nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat we Francji scena gitarowa jest tak silna. Doskonale rozumiem, że francuska wszelaka elektronika wiedzie prym na świecie, że hip-hop i dźwięki około jamajskie są poważane, ale akurat tradycyjne i nietradycyjne rockowe granie? Prawda jest taka, że kraj z nad Sekwany dał nam w tym roku dwa bardzo dobrze albumy, do tego oba osadzone w stylistyce blackowo-shoegazowo-postrockowej. Według mnie stało się tak, żeby zachować równowagę w przyrodzie – UK i USA kompletnie wpadły w wir chillwave’ów i witch house’ów, a Kontynent poszedł w stronę gitarową. Bardzo dobrze, że tak się stało, bo dzięki temu mamy Écailles de Lune, a także drugie wydawnictwo, o którym będzie tu jeszcze mowa.
 
Ariel Pink’s Haunted Graffiti – Before Today

Michał pewnie będzie pisał o Mr. Bungle, a ja chciałbym (chociażby z obowiązku, bo to moja rekomendacja) bronić Pinka, lecz nie potrafię. Ograniczę się więc do napisania, że Before Today to zbiór przerobionych na współczesne warunki melodii z lat osiemdziesiątych i wstecz, podany w odpowiedniej formie, którego można bez wyrzutów słuchać.

Balkan Beat Box – Blue Eyed Black Boy

Bałkany się budzą, Bałkany w najbliższej przyszłości mogą na scenie namieszać, lecz nie ma co gdybać, bo pewnie wszystko i tak wyjdzie zupełnie inaczej. Balkan Beat Box zaś podaje nam czternaście imprezowych utworów czerpiących z wpływów bałkańskich, żydowskich i arabskich, wymieszanych ze współczesną muzyką taneczną i chociażby ze względu na to, ze to dobry imprezowy krążek warto ich polecić.

Baths – Cerulean

Anticon może wydawać rzeczy poronione i niezrozumiałe, ale NIGDY ZŁE.

Brodka – Granda

To nic dziwnego, że Brodka jest na tej liście. Pokazała, że w Polsce można nagrywać dobry syntetyczny pop i jeszcze da się tego słuchać. Możliwe, że trochę za dużo tu skojarzeń z Marią Peszek i sceną brytyjską, ale to i tak miła płyta.

Caribou – Swim

Jaram się wszystkimi roztopionymi partiami zawartymi na Swim, znów czuję lato. Słońce praży, napoje się chłodzą, ptaszki ćwierkają, jest słodko i przyjemnie. Taki opis oddaje klimat tego krążka, tak myślę.

Deathspell Omega – Paracletus

Black mnie zawsze bawił. Rozbawiali mnie długowłosi smutni kolesie, których największym marzeniem jest spalić kościół (uproszczenie), męczyło mnie bezładne napieprzanie w instrumenty, a wokaliści brzmieli jak połączenie wiertarki, chorej świni i pracującego silnika tankowca. A tutaj proszę! Naprawdę mi się ten album podoba. Oczywiście nie każdemu black metal będzie podchodzić, ale mimo to uważam, że naprawdę zasługuje on na rekomendację. Paracletus jest wspominaną wcześniej drugą francuską płytą, ale skrajnie różną od wydawnictwa Alcesta. Mimo iż Alcest też wyrósł na gruncie blackowym, poszedł w stronę shoegazową, zaś Deathspell Omega przy blacku pozostało, dodając jednakże elementy z post rocka. Uwierzcie mi, jest to interesujące połączenie.
 
Dessa – A Badly Broken Code

Singer: Bardzo dobry hip-hop, czego chcieć więcej? 

Maniaq: Jak to czego chcieć wiecej? Mariażu (co najmniej muzycznego) z Saulem Williamsem!
 
Ea – Au Ellai

Brzmienie gitar, brzmienie gitar, brzmienie gitar. Brzmienie gitar, brzmienie gitar, brzmienie gitar. Brzmienie gitar, brzmienie gitar, brzmienie gitar. Brzmienie gitar, brzmienie gitar, brzmienie gitar. Brzmienie gitar, brzmienie gitar, brzmienie gitar. Ten album mógłby się składać tylko z niego, a i tak bym go kochał.

El Trio de Omar Rodriguez-Lopez – Ciencia de los Inutiles 

Mój ulubiony Człowiek-Kreatywność znalazł sobie kobietę i się uspokoił. Omar był i jest znany z tego, że można się po nim spodziewać wszystkiego, co przestało w pewnym momencie zaskakiwać, a jednak udało mu się i to najprostszym możliwym zabiegiem. Porzucił efekty, schował armadę instrumentów, wziął zaś gitarę klasyczną, zatrudnił kontrabasistę, posadził kobietę przed mikrofonem i nagrał kilka zwyczajnych piosenek na głos i struny, nic więcej. Za to go lubię.

Foals – Total Live Forever

Zwyczajny rock też potrzebuje ambasadorów. Kiedyś byli nimi U2, teraz są nimi Foalsi. Autentycznie, choć ten krążek jest bardzo dobry jakościowo, nie ma na nim nic nadzwyczajnego, nic co powaliłoby od razu na kolana, Total Live Forever jest do bólu wręcz zwyczajne i właśnie w tym tkwi całe piękno, cała magia.
 
Forest Swords – Dagger Paths

Słowianie? Mongołowie? Ludy Syberii? Nie mam pojęcia, wiem za to, że tą płytę nagrały duchy bagien i mokradeł, tygrysy syberyjskie robiły mastering, a partie gitary stworzył szaman Ewenków. Chory sen mistrza Yody, Witkacy pisze Narkotyki, japońscy szogunowie lezą upojeni alkoholem i wszyscy słyszą te same dźwięki. Dagger Paths powstało z leśnej ściółki i będzie ze mną cały przyszły rok, a nawet dłużej.

Flying Lotus – Cosmogramma

Tak dźwięczy i brzmi dobra, rasowa elektronika! Tak się nagrywa wyśmienite utwory! Tak się używa sampli!

Galactic – Ya-Ka-May

Poczujesz Nowy Orlean sprzed Katriny, słuchając tej płyty. 

Gonjasufi – A Sufi and A Killer

Muzycznie na tym krążku jest chyba wszystko. Są elementy country, klasycznego rocka, bluesa, hip-hopu, elektroniki, a wszystko zostało obficie skąpane w mocno ujaranym klimacie. Pewnie gdy wypali się jointa na pustyni Mojave, będzie się słysześ muzykę Gonjasufiego.
 
Gotan Project – Tango 3.0

Ach, mój ulubiony parysko-argentyński zespół powrócił i nie spieprzył. Miałem ambiwalentne odczucia odnośnie ich ostatniego wydawnictwa, ale dzięki Bogu panowie poszli w stronę wytyczoną na debiutanckiej płycie. Stylowe, klasyczne.

Greg Haines – until the point of hushed support

Nigdy jakoś specjalnie nie zajawiałem się muzyką tagowaną na laście jako contemporary classical, znacznie bardziej wolałem dokonanie twórców „popularnych”, wydawali mi się być bliżej tego, czego poszukuję. Na Grega, Anglika mieszkającego w Berlinie, trafiłem przypadkiem i postanowiłem sprawdzić, cóż ma do zaproponowania. Włączyłem sobie Marc’s Descent i oniemiałem. Nie spodziewałem się, że dźwięki kreowane z użyciem orkiestrowego instrumenatrium będę w stanie tak mnie poruszyć. Mój ostatni kontakt z jako taką klasyką to Agaetis Byrjun, ale tam więcej było elementów stricte rockowych, zaś tutaj wszystko ogranicza się do smyków, czasami wspomaganych dęciakami. Piękno, zajawka, hype.

Holy Fuck – Latin

To jest przyszłość indie, tylko dodać wokale i voila!

How to Dress Well – Love Remains

Rzeczy, które mogły zostać użyte do nagrania Love Remains: 
-dywan
-toster
-naleśniki
-telewizor
-las deszczowy
-popielniczka
-kubki
Rzeczy, których nie użyto do nagrania Love Remains:
-profesjonalny sprzęt do nagrywania

Mimo to, Love Remains jest piękne, a każda inna opinia oznacza, że wypowiadający ją jest skrajnym ignorantem.

How to Destroy Angels – How to Destroy Angels

Singer: No ładne, ładne, ale Michał chyba powie na ten temat więcej. 

Maniaq: Trent Reznor jest w szczęśliwym związku i pozwala swojej kobiecie macać jego zabawki, ciekaw jestem co z tego wyjdzie i czy na LP HDTA też trzeba będzie czekać kilka lat

Jack Wall – Mass Effect 2 OST

Maniaq: W tym roku nie powinno być Oskarów za muzykę z filmów. Wall zrobił z tego osteka osobną produkcję do słuchania przy: 
- przeciskaniu się przez korki w mieście , 
- walki o zaliczenie na studiach,
- podwyżkę w pracy , 
- prawo do widzenia się z dziećmi i Bóg wie co jeszcze. 
Najbardziej epicki soundtrack 2010 roku

Jónsi – Go

Jónsi jest wesoły? Nie-e, to niemożliwe. Ostatnia płyta Sigurów eksplorowała niebezpiecznie radosne rejony, co podzieliło fanów, tutaj mamy powtórkę z rozrywki, lecz muszę stwierdzić, że w tej szczęśliwości jest metoda, a Jónsi nie traci na autentyczności.

Julian Lynch – Mare

Nie będzie żadnej rewolucji, gdyż Mare to zbiór dziesięciu megaletnich, ultraczilujących piosenek, które nie pozamiatają muzycznej sceny, ale sprawią, że nie zmarnujecie czterdziestu minut i jeszcze do nich wrócicie!

Kings Of Leon – Come Around Sundown

Podobnież coś marudziłem, że nie zasługują, ale zasługują, chociażby za Radioactive i inną piosenkę, którą od tygodnia co dzień rano słyszę w radiowej Trójce. Co mam począć? Lubię Kingsów. Lubię klasycznego rocka. Musiałem polubić Come Around Sundown.

Kno – Death is Silent

Jedna trzecia CunninLynguists zabrała się za temat śmierci i pobliskie. Hip-hop o śmierci? Spodziewam się horrorcore’u, a tu zaskoczka. Nie ma horrorcore’u, jest klasyczny ha-ha, taki jaki lubię. Tekstowo i flowowo Kno broni się autentycznością, zaś muzycznie ociera się momentami o wybitność. Przykład? Otwierające Death Is Silent ma bardzo prosty, ale poruszający do głębi zabieg – w muzykę wpleciono płaczące kobiety. Proste, oklepane, ale jak siecze za pierwszym odsłuchaniem!

Kvelertak – Kvelertak

Pomińmy samą muzykę, bo to punk rock mieszany z black metalem, niby nic specjalnego. Odrzućmy fakt, że Kvelertak są norweskim Fucked Up. MÓJ BOŻE TA OKŁADKA. Sowoośmiornica jest prawie tak samo epicka jak niedźwiedziożółw i kot przemierzający kosmos na syntezatorze!
 
Lao Che – Prąd stały/prąd zmienny

Lao nie zawiodło moich oczekiwań i znów nagrało płytę, którą spokojnie można umieścić w rekomendacjach końcoworocznych.

LCD Soundsystem – This Is Happening

Gdy pierwszy raz usłyszłem Drunk Girls, pomyślałem, że to Ramonesi powstali jak feniks z popiołów. Okazało się, że to LCD. Już chyba wiecie dlaczego rekomenduję?

Nas and Damian Marley – Distant Relatives

Już nazwiska twórców rokowały co najmniej porządny album, na szczęście wyszło jeszcze lepiej. Przy Distant Relatives można potupać, pobujać się z dziewczyną, wyluzować się i zapalić. Piękny miks hip-hopu i reggae, naprawdę wart polecenia.

Omar Rodriguez-Lopez & John Frusicante – Omar Rodriguez-Lopez & John Frusciante

Drugi w tym zestawieniu album mojego Człowieka-Kreatywność, na dodatek wydany wespół z ubóstwianym byłym gitarzystą RHCP. Siedem kompozycji na dwie gitary i okazjonalne elektroniczne wstawki, a co najlepsze Omarowi i Fru udało się uniknąć gitarowej masturbacji. Owszem, są solówki, ale wszystko jest jakoś tak ładnie zgrane i skomponowane, że nie mierzi.

Onra – Long Distance

Onra wylądował na mojej liście życia głównie ze względu na Chinoiseries, który był jak dla mnie fenomenalnym odkrywaniem klasycznej muzyki okołochińskiej podanej w hip-hopowym sosie. Tegoroczny album francuskiego producenta poszedł w inne rejony, tutaj bowiem mamy czystą taneczną elektronikę w bardzo dobrym wydaniu, jestem nawet w stanie stwierdzić, że lepszym od ostatniej płyty Chemicznych.

Ólafur Arnalds – ...and they have escaped the weight of darkness

Czy to jest muzyka klasyczna? Niby tak, w końcu utwory zostały skomponowane głównie na fortepian i smyczki, ale ja czuję tu coś rockowego, a ściślej mówiąć – post rockowego. Przepiękna muzyka, ja jestem zauroczony i to chyba nawet nie dlatego, że Ólafur jest Islandczykiem.
 
Pantha du Prince – Black Noise

Black Noise brzmi trochę jak muzyka z niemieckiego porno, ale doskonale wiadomo, że niejednokrotnie utwory pisane do filmów pornograficznych są lepsze od tych, którymi zajawia się pół świata. Rasowy niemiecki minimal. Zastanawia mnie ile autobahnów brało udział w nagraniu. 

Salem – King Night

Tutaj jednogłośnie zgodziliśmy się z Michałem: jest moc, nawet Moc. Mimo, że to witch house, na który ja patrzę okiem mocno sceptycznym, a Michał w ogóle nie ma pojęcia czym jest (to znaczy ma, ale ciii).

Sleigh Bells – Treats

Za co lubię Sleigh Bells? Za prostotę. Dla mnie idą mniej więcej tą samą drogą, co w 2008 The Ting Tings, z tą różnicą, że Bellsi dodają więcej noise’u i lo-fi do swoich nagrań. Niby to tylko śmieciowy pop, ale nie irytuje jak ostatni album Crystal Castles (kto to gówno daje do list roku?), a daje mnóstwo radości. Nieskomplikowana, szczera muzyka i tak trzymać.
 
Sufjan Stevens – The Age of Adz

Na The Age of Adz są momenty przepiękne jak utwór otwierający album, mamy puszczanie oczka w stronę słuchacza (to we wszystkich), ale też znajdziemy fragmenty zupełnie przegięte, przykładem niech będzie schizofreniczna wręcz orkiestra w piosence tytułowej. I za to właśnie polecam tą płytkę.

Surfer Blood – Astro Coast

W tym roku sporo zespołów indie postawiło na estetykę surf i lekkie piosenki o bezproblemowym życiu. Takie podejście od razu kazało mi patrzeć na sprawę podejrzliwie i podchodzić do każdego wydawnictwa indie z toną dystansu. Surfer Blood poszło w stronę opisaną w pierwszym zdaniu, ale wszyło z tego obronną ręką. Pewnie to dlatego, że są z Florydy i nikogo nie będzie wkurzać, że czterech chłopców ze słonecznego miasta nagrywa wesołe utworki.

Swans – My Father Will Guide Me Up and Robe the Sky

Jak się okazało, Swans jest legendą amerykańskiej sceny no wave i noise rock. Rozwijali się razem z Sonic Youth, wydali kilka świetnych płyt (podobno), a potem rozpadli się, by teraz powrócić. Co nam z zespołu-dinozaura, który po kilkunastu latach decyduje się na wydanie nowego albumu? Dużo, mości państwo, dużo. My Father Will Guide Me Up and Robe the Sky to (poza How to Dress Well) najbardziej dołujący i gorzki album tego roku, a You Fucking People Make Me Sick stało się częstym gościem mojej grajlisty.

Tamaryn – The Waves

Grazia: Ojejku, jejku! Idealne na zimne, jesienne wieczory. 
Singer: I wszystko.

Tame Imapla – Innerspeaker

Mam wrażenie, że Syd Barrett wstał z grobu, ukazał się chłopakom z Impali i kazał im nagrać Innerspeaker. Syda przywołuję nie bez powodu, gdyż debiut Tame Impala brzmi jakby on sam maczał przy nim palce. Poza tym zespół pokazał, że w dzisiejszych czasach muzyka gitarowa nie ogranicza się tylko do indie i spokojnie można nagrać coś innego, bez obaw, że będzie to złe.

The Drums – The Drums

Indie surferzy, fajnie, nie mam nic przeciw, najwyżej trochę się ponabijam. ALE INDIE SURFERZY NIE MAJĄ PRAWA ŻYĆ W NOWYM JORKU! Let’s Go Surfing jest dobrą piosenką, a debiut The Drums jest dobrym albumem, niemniej fakt, że chłopcy nagrywający pełen słońca i ciepła utwory żyją w Nowym Jorku zakrawa na niesamowitą wręcz ironię, biorąc pod uwagę, że wydali fajną płytę.

Titus Andronicus – The Monitor

Tematy w stylu wojna, zniszczenie, śmierć, koniec świata można podać w lekkim, przystępnym wydaniu. Można? Można. Dowodem niech będzie The Monitor – punk rockowa opera o wojnie secesyjnej. Można? Można!

Toro Y Moi – Causers of This

Po kilku miesiącach wróciłem do Toro, proroka chillwave’u i jego debiutanckiego albumu. Stwierdziłem rzecz następującą – to nie jest dobra płyta, gdyż jest bardzo dobra, a chillwave wcale nie jest hajpem licealnej młodzieży i spokojnie można nim przekazywać jakieś urojone wyższe wartości. Dalej nie zgadzam się z oceną daną Causers of This na pewnym polskim serwisie muzycznym, ale mogę spokojnie stwierdzić, że będę czekał na drugi album Chaza.

Uochi Toki – Cuore Amore Errore Disintegrazione

Pomińmy szaloną gadaninę nawiedzonego Włocha, bo jak mniemam niewiele osób zrozumie w pełni o co mu chodzi, wejdźmy na odczuwanie. Odczujemy gniew, żal, rozdrażnienie, wyjącą z bólu zachodnią Europę, upadek cywilizacji. Trochę nadinterpretuję, ale pierwsze trzy poczujecie na pewno. A jeśli nie, to poruszy was muzyka. Naprawdę, Uochi Toki pokazali co można zrobić z hip-hopem.  

Violens – Amoral

Wooow, dobre i niebanalne indie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz