środa, 17 sierpnia 2011

Trzy teksty o amerykańskiej alternatywie (Świeża zupa #36)

Gang Gang Dance – Eye Contact

[4AD; 2011]

Są tacy wykonawcy, których samo wspomnienie wywołuje irytację, czyż nie mam racji? Człowiek słyszy, dajmy na to, że Lady Gaga zdobyła kolejną z rzędu nagrodę i zaczyna gryźć go złość, więc ucieka do swoich ukochanych zespołów alternatywnych, ale zaraz! Historia się powtarza, człowiek słyszy inną nazwę i ma ochotę zniszczyć głośniki.

Mam ten problem z kanonem amerykańskiej alternatywy. Nie lubię Sufjana Stevensa, denerwuje mnie Devendra Banhart, nie jestem w stanie przekonać się do Flaming Lips. Szlag jasny trafiał mnie w zeszłym roku, gdy buszując po amerykańskich serwisach natrafiałem na peany na cześć zespolików typu Beach House, Wavves czy Arcade Fire. W tym roku denerwuje mnie hajp wokół Bon Ivera i Fleet Foxes.

Jak ma się do tego nowe wydawnictwo Gang Gang Dance? Otóż, oni też sprawiali, że musiałem dokonywać zmian w grajliście. W stan największej złości wprowadzały mnie tagi dla tego zespołu – neo-primitivist czy neo-tribal. Owszem, lubię łatkować dźwięk, ale czynię to, żebym mógł się łatwiej rozeznać, a nie bez potrzeby komplikować sprawę, jak w tym wypadku.

Wypadałoby skończyć marudzić i zacząć konkretnie mówić o muzyce. Pierwsze skojarzenia jakie nasunęły mi się podczas słuchania były związane z Animal Collective. Nastrojowo i treściowo podobne, po prostu inne brzmienie. Figurujący w podobnych wykonawcach Panda Bear tylko to potwierdził. Już miałem ze stwierdzeniem takie tam Animalowe granko, można słuchać odpuścić, ale coś mnie tknęło. Zwierzęcy Kolektyw nagrywał genialne płyty, pewien portal stwierdził nawet, że to najwybitniejszy zespół poprzedniej dekady. Może wypadałoby sprawdzić, czy w Gang Gang jest pierwiastek geniuszu?

Na pewno są pomysły. Mieszanie wszystkiego nie zawsze okazuje się być dobrą receptą na sukces, ale w tym wypadku sprawdza się wyśmienicie. Szaleńcza wyobraźnia członków grupy sprawiła, że połączenie afrykańskiej rytmiki z synth popowymi klawiaturkami i dubstepowym zacięciem jest możliwe i co najważniejsze nie razi. Otwierający album Glass Jar jest czymś w rodzaju wycieczki chłopaków z Kraftwerk po karaibskiej dżungli, przy czym nie należy zapominać, że ktoś wcześniej kazał im przy użyciu swoich zabawek grać covery Animal Collective. Singlowy MindKilla to najlepszy przykład, że muzykę Gang Gang Dance ciężko zaklasyfikować. Tropikalne techno? Chiński electropop mieszany z afrobeatem? Nie wiem co to jest, za to jestem pewien, że jest to świetne.

Wpływy Orientu leją się hektolitrami, syntezatory nachodzą na siebie i tworzą niby chaotyczną zbieraninę motywów podbijanych co rusz zmieniającymi się bitami. Są tu motywy lepsze i gorsze, ale zebrane razem stają się wybuchowe. Nastroje, tempo i brzmienie zmieniają się w zależności od części, gdyż płytka jest wyraźnie podzielona na cztery. Każdy coś tu znajdzie, gdyż jest tu wszystko.

Eye Contact potwierdza, że można mieszać eteryczne nastroje z tanecznymi brzmieniami, potwierdza również, że szaleńcy wciąż mają coś do powiedzenia. I ta okładka, jaranko!

Shabazz Palaces – Black Up

[Sub Pop; 2011]

Dzieciaku, hip-hop w Sub Popie? Gdyby większość małoletnich fanów Nirvany o tym wiedziała, na pewno siedziba wytwórni zapłonęłaby świętym ogniem bożej kary, ale dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu małoletni fani nie mają pojęcia o czymś takim jak Sub Pop. Nie wiem, co dzieje się pośród zarządu, ale decyzja by poza charakterystycznym gitarowym graniem wydawać też chillwave, IDM i hip-hop wydaje mi się być jednocześnie dziwna i zachęcająca. Kto wie, może po jakimś czasie chłopaki z Shabazz zaczną nosić flanelowe koszule i podarte dżinsy?

cLOUDDEAD jako wytrych – dziwię się, że Shabazz nie wylądowali w Anticonie. Właściwie w każdym ich nagraniu słychać nawiązania do wesołej gromadki z Oakland. Jest bardzo podobny sposób rymowania – gęsty, abstrakcyjny, często pomijający rymy – i podobna filozofia przy tworzeniu podkładów. Maksymalne zapętlenia, taśmy puszczane od tyłu, jakieś pierdzenia na basie, perkusje minimalne, nieludzko pocięte. Efekty nakładne na wokale sprawiają wrażenie obcowania z pierwszymi dokonaniami cLOUDDEAD.

Tytuły to temat na osobny akapit. W czasach maksymalnego upraszczania nazewnictwa, kolesie tytułujący jeden z kawałków Endeavors for Never (The Last Time We Spoke You Said You Were Not Here. I Saw You Though.) nie mogą pozostać niezauważeni. A jeśli do tego gęsto kładą mroczne plamy dźwięku, stosują pogłosy, a ich nawijka kręci się wokół ambitno-mrocznych spraw, tym bardziej nie można ich pominąć. Jakiś śpiew nawet się tu znajdzie.

W ogóle, chciałbym, żeby Shabazz Palaces było taką odpowiedzią na Tajlera Kreatora i jego Wilczy Gang, ale oczywiście tak nie będzie, mimo iż Black Up jest wiele razy lepsze od Goblina. Bity bardziej składne, liryki nie odrzucają i nikt nie krzywdzi karaluchów.

John Maus – We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves

[Ribbon/Upset the Rythm; 2011]

Ten pan jest profesorem filozofii i kumpluje się z Arielem Pinkiem. Razem współtworzyli Haunted Graffiti i przymioty te sprawiają, że można Johna Mausa można uznać za kolejnego boga wszystkich hipsterów świata.

Ale serio – scena skupiona wokół Pinka strasznie mnie wkurwia. Nie mogę im odmówić talentu ani umiejętności, ba, nawet ja zachwalałem zeszłoroczne Before Today Ariela, ale jest w tych ludziach coś mega mnie denerwującego. Mam wrażenie jakby próbowali być najbardziej offową grupą we wszechświecie i prawdopodobnie im tego zazdroszczę.

Freud pewnie by coś na mój temat wymyślił, lecz nie żyje i został dawno obalony, a tu mamy do czynienia z płytką, która może spokojnie kandydować do tytułu najbardziej przestrzennego albumu roku. Nawet moje umierające głośniki dają możliwość obcowania z producenckim majstersztykiem – jednocześnie jest lo-fi i nie-lo-fi, ta pięknie połączono ścieżki. Zresztą lo-fi trzeba też używać jako słowa-klucza odnośnie kompozycji. Instrumentarium zostało ograniczone do minimum czyli automatu perkusyjnego i syntezatorów z lat osiemdziesiątych. Utwory zaś podobnie jak w wypadku Before Today zabierają słuchacza na wycieczką śladem zapomnianych nagrań lat osiemdziesiątych, z tą różnicą, że Ariel Pink eksplorował rejony słoneczne, John Maus z kolei woli nową falę i coldwave. Źródeł melodii z We Must można spokojnie szukać w dokonaniach Talking Heads, Tears For Fears, Depeche Mode czy New Order. Przy pierwszym słuchaniu piosenki mogą wydawać się słoneczne i radosne, ale okładka pokazuje, że to tylko złudzenie. Znajdą się tu spokojne balladki z długim klawiszem w tle (Hey Moon) i utwory toporne, stawiające na rytm (Cop Killer).We Must Become jest próbą połączenia sprzeczności – swoistą mieszaniną światła i ciemności, ciepła i zimna, z przewagą ciemności i zimna.

Mam wrażenie, że gdyby Ian Curtis żył, był w miarę szczęśliwy i wydawał solowe płyty, brzmiałyby one jak We Must Become the Pitiless Censors of Ourselves, ale tego już nie sprawdzimy, a szkoda

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz