piątek, 12 sierpnia 2011

Ku chwale Rogatego (Świeża zupa #33)

Burzum – Fallen

[Byelobog Productions; 2011]

Będąc odrobinę znudzonym wszechobecnymi dubstepami, kolejną inwazją hip-hopu, radosnym panowaniem topornego popu w stylu Lady Gagi, postanowiłem wrócić do moich muzycznych korzeni czyli muzyki metalowej. Tak, tak, legenda głosi, że dawno temu słuchałem metalu, ale odkąd Michał D. pokazał mi Radiohead, a sam odkryłem hip-hop jakoś z jedynym prawdziwym stylem grania się rozminąłem.

W końcu nadeszła okazja, by sprawdzić jak nastoletnie upodobania do potężnych riffów i jeszcze mocniejszych bębnów przyjmę teraz. Żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę, postanowiłem zacząć od czegoś już mi znanego, bo choć cały czas staram się śledzić scenę metalową, jakoś straciłem w niej wyczucie i nie wiem co modne i fajne. Dlatego nowe wydawnictwo Burzum wydawało mi się być idealnym odnowieniem mojej miłości do metalowego grania.

Kiedyś zaczytywałem się w historiach o kościołach podpalanych przez Norwegów z wymalowanymi twarzami, o zakopywaniu ubrań w ziemi i o robieniu sobie naszyjników z części czaszki zmarłego śmiercią samobójczą kolegi. Jarałem się wtedy niesamowicie i odpalałem kasety z blackiem, czym denerwowałem cały mój blok – sąsiedzi jakoś akceptowali toporną techniawę puszczaną przez moich ziomków, ale niedostrojonych gitar już nie. Nosiłem koszulki z mrocznymi napisami, codziennie narażając się na utratę zdrowia, gdyż uczęszczałem do gimnazjum, w którym dziewięćdziesiąt procent uczniów słuchało tylko hip-hopu i techno. Czułem się wtedy strasznie offowy i tru.

Muzyka była na drugim planie, najważniejsze było, żeby się pokazać, nie będę kłamał. Lecz teraz mam parę latek więcej, doszedłem do wniosku, że za ludźmi nie przepadam i mogę skupić się tylko na muzyce. I tu pojawia się zgrzyt, gdyż Fallen nie jest w mojej opinii wydawnictwem metalowym. Mam nieodparte wrażenie, że Varg chciał nagrać coś mocnego, a wyszła mu popowa płytka wykąpana w blackowej stylistyce. Posłuchajcie Jeg Faller – przecież tak chwytliwego refrenu trudno szukać w płytach, które z marszu określa się jako pop. Oczywiście poza stereotypowym blackowym graniem obecnym na całej płycie, znajdzie się także kawałek udający ritual ambient czyli zamykający Til Hel og tilbake igjen.

Cieszę się, że Varg wydał coś takiego – jeżeli będziecie chcieli przekonać swoich znajomych do metalu cięższego niż Iron Maiden, pokażcie im ten album. Jeżeli go nie polubią, już nic ich nie przekona i niech spadają słuchać techno.

Mitochondrion – Parasignosis

[Profound Lore; 2011]

Ci Kanadyjczycy mają nieźle w głowach, muszę wam powiedzieć. Przejdę od razu do meritum – choć wolę brzmienia słabsze i melodie bardziej słuchalne, nie mogę odmówić maestrii wykonania tym chłopakom. Gitary utkane z bagnistego mułu, perkusista robi co chce, a i tak wszystko się zgrywa, growle niskie, klimat jak z samego dna piekła, po prostu coś fenomenalnego. Panowie z Mitochondrion obrzucają słuchacza szlamem, a kolejne repetycje motywów budują tak nieludzko intensywną atmosferę, że nie pozostaje nic innego, tylko wybiec z domu i zamordować pierwszą spotkaną osobę. A potem zacząć płakać.

Choć bronię się przed tym jak mogę, często zdarza mi się myśleć, że w metalu już nie powstanie nic wielkiego, że jakikolwiek metal nie jest w stanie przekazać niczego atrakcyjnego potencjalnemu słuchaczowi. Albumy takie jak Parasignosis pokazują mi, że się mylę, ukazując, że przy użyciu agresji, hipnotycznego wręcz zapętlania motywów i absurdalnie ciężkiego brzmienia można nagrać coś po prostu dobrego.

Toxic Holocaust – Conjure and Command

[relapse records; 2011]

http://www.youtube.com/watch?v=My9qWBwKKj4

Można pominąć.

Symphony X – Iconoclast

[Nuclear Blast; 2011]

Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Wokalista zaczął coś śpiewać! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Przelatuje jakiś smok! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Ubrane na czarno panny rzucają majtkami! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! NIBYELEKTRONICZNA WSTAWKA! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Znów smok! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki! Solówki!

Blut Aus Nord – 777 Sect(s)

[Debemur Morti; 2011]

Tutaj nie ma litości ani finezji. Nie ma wyszukanego stylu, rytmiki, brzmienia, melodii. No dobra, czasem zdarzy się jakieś nawiązanko do shoegaze’u czy post rocka, ale to rzadko. Franczui z Blut Aus Nord jakby bali się jakiegokolwiek urozmaicania swoich utworów i postawili na powalenie słuchacza brzmieniem i szybkością. Mamy więc granie na pustych strunach, napierdalanie w bębny, wrzeszczącego wokalistę i powinniśmy być zadowoleni. Ja jestem, kupuję takie granie od razu, a żeby się uzasadnić powiem – nie można wiecznie słuchać muzyki eksplorującej, wyszukanej i offowej. Czasami trzeba zwyczajnie ponapierdalać.

40 Watt Sun – The Inside Room

[Cyclone Empire; 2011]

Ta płyta jest podstępna, bardzo podstępna. Nie można podchodzić spokojnie do wydawnictwa, które od razu atakuje wydłużonym gitarowym pasażem i wokalistą śpiewającym jakiś smutny tekst. Tacy ludzie próbują nas kupić, udając piękno. Takich ludzi należy się wystrzegać. Generalnie doom jest śliskim gruntem, gdyż można łatwo wpaść w pułapkę robienie piękna dla piękna, jak w tym wypadku. Owszem, ładnej buzi i zgranego ciała nie mogę The Inside Room odmówić, ale to wszystko to tylko pic na wodę, gdyż poza tym nie ma tu nic więcej. Jestem zasmucony i idę posłuchać Katatonii.

Helrunar - Sól I - Der Dorn Im Nebel & Sól II: Zweige der Erinnerung

[Lupus Lounge; 2011]


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz