niedziela, 18 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część III)


Mitochondrion – Parasignosis
[Profound Love; 2011]

Parasignosis nie bierze jeńców. Kanadyjczycy przytłaczają mocą brzmienia i niskimi strojeniami, przejeżdżając po słuchaczach niczym walec. Porozrzucane ciała fanów służą pewnie za inspirację przy pisaniu tekstów. Choć niezal jara się teraz blackiem, nie należy zapominać o innych nurtach metalu, a jak wiadomo, dobry death jest niemal tak samo dobry jak dobry Black.

Moa Pillar – The Moon and Thunder Dance EP
[Gimme5; 2011]

Ten dzieciak dowodzi, że w niedalekiej przyszłości Moskwa stanie się kolejną po Londynie, Berlinie i Chicago stolicą dobrej elektroniki. Ilość świeżych pomysłów zawartych na tej epce, można by spokojnie rozdzielić na kilka innych wydawnictw.

Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will.
[Rock Action/Sub Pop; 2011]

Każdy ma kilka zespołów, które uznaje za wielkie i niepodrabialne. Dla mnie jednym z nich jest Mogwai, który mimo iż dawno przestał wnosić cokolwiek nowego do muzyki, wciąż pozostaje jednym z lepszych post rockowych bandów świata. Hardcore nie pokazuje świeżości, ale przy okazji nie rozczarowuje, więc wypada mi go polecić.

Napszykłat – Kultur Shock
[Ampersand; 2011]

Kultur Shock w moim odczuciu mocno nie doceniono, prawdopodobnie dlatego, że dla słuchaczy hip-hopu jest za trudny, zaś fani niezalu i alternatywy mogą być zrażeni do hip-hopu w ogóle. Tymczasem Napszykłat jest kilka razy lepszym zespołem niż hajpowana wszędzie Niwea. Dlaczego? Ich teksty, choć abstrakcyjne, mają jakiś sens i przesłanie, muzyka może być nazywana muzyką, gdyż zawiera rytm, melodię i inne składowe, a poza tym Napszykłat po prostu przyjemnie się słucha.

Nocow – Ruins Tape
[Gimme5; 2011]

Ruins Tape potwierdza dwie tezy – po pierwsze, że Burial jest najważniejszą postacią współczesnej elektroniki, a po drugie, iż Moskwa niedługo będzie jednym z wielkich „elektronicznych” miast. Muzyka z tej płyty jest głęboka jak niejeden ocean, a przeciągające się syntezatorowe chmury są ukojeniem dla uszu po dniu ciężkim i żmudnym. Ten pan, podobnie jak Moa Pillar, jeszcze pokaże się z wybitnej strony.

Palmer Eldritch – Koniec świata
[skwer.org; 2011]

Odpowiedzialni za projekt raph i digan wskoczyli tu w ostatniej chwili, gdyż wydali Koniec świata 15 grudnia, ja zaś te słowa wklepuję w komputer dokładnie dzień później. Czy jeden dzień to wystarczająca ilość czasu, żeby uznać coś za jeden z lepszych albumów w danym roku? Koniec świata dowodzi, że tak, gdyż już pierwsze minuty, tak bardzo przywodzące na myśl początek F#A#oo kazały mi uznać, że obcuję z czymś co najmniej dobrym. Dalej paleta nawiązań rozwija się jeszcze bardziej, poszerzając się o wszystkie projekty post-Godspeedowe, post-rock w stylu Mogwai i przede wszystkim klasyków trip-hopu takich jak Portishead, Massive Attack, Goldfrapp czy UNKLE. Dużo tu grania na pianinie, sporo elektronicznych rytmów i jeszcze więcej tripowego lenistwa i przeciągania, choć są też utwory żywe. Mam nadzieję, że następne krążki będą jeszcze lepsze.

Piętnastka – Dalia
[Sangoplasmo; 2011]

Jak dla mnie ta płyta to ścieżka dźwiękowa do psychodelicznego wesela lub dożynek, gdzie zamiast wódki ludziom podawano LSD. W Polsce takich rzeczy chyba jeszcze nie było.

Plum – Hoax
[Lado ABC; 2011]

Sonic Youth, post-hardcore, Acid Drinkers i stary polski punk – o to części składowe tego krążka. Panowie łoją aż miło i pozostaje tylko czekać na następne równie dobre nagrania.

The Psychic Paramonut – II
[No Quarter; 2011]

W pewnych momentach II jest asłuchalne, ale pomijając to, dostaliśmy kupę naprawdę solidnego rockowego napierdalania.

Radiohead – The King of Limbs
[Hostess/XL/self-released; 2011]

Radiohead to Radiohead, nawet gdy słabsze to wciąż Radiohead.

Arnaud Rebotini – Someone Gave Me Religion
[Black Strobe; 2011]

Ten pan kiedyś grał rocka, ale potem ubrał marynarkę, zapuścił admiralski wąs, kupił syntezatory i zaczął grać techno. Jak to zwykle bywa w przypadku nawróconych na elektronikę rockmenów, nie korzysta on z laptopów ani samplerów, generując wszytsko przy użyciu tradycyjnych klawiatur i sekwncerów. Bardzo zimna i przy okazji mocno taneczna płyta.

Trent Reznor and Atticus Ross – Girl with a Dragon Tatoo OST
[Null Corporation; 2011]

Duet Reznor i Ross po raz kolejny pokazuje, że w ścieżkach dźwiękowych do filmów nie mają sobie równych. Odważny cover Immigrant song Zeppelinów i TRZY godziny przepięknej, ciągle grającej na emocjach lodowatej elektroniki mieszanej też z żywym graniem. Fani NIN klękają, inni powinni przesłuchać choć połowy.

Robot Science – Good Luck
[self-released; 2011]

Chiptune wymieszany z chillwave’m czyli Mario na Florydzie wypoczywa w cieniu palm.

SBTRKT – SBTRKT
[Young Turks; 2011]

Europejczycy często sięgają po motywy charakterystyczne dla Afryki, przekształcają je i podają w nowej formie. Taka dyfuzja kulturowa zachodzi na debiucie zamaskowanego Aarone Jerome znanego jako SBTRKT, gdzie miesza on dubstep i inne brytyjskie brzmienia z afrykańską rytmiką i stylówą – wystarczy spojrzeć na jego maski, żeby wiedzieć o co chodzi.

*Shels – Plains of the Purple Buffalo
[Shelsmusic; 2011]

Fioletowe bizony biegają po rozległych łąkach, a zespół z LA miażdży słuchacza post rockową mocą, sludge’owym uderzeniem i do tego wplata w to epickie trąby i cichutkie plumkania na gitarze akustycznej. Jeśli ktoś lubi monumentalne granie, *Shels jest zespołem dla niego.

Sinusoidal – Out Of The Wall
[Luna Music; 2011]

Kolejna dobra polska płyta. Przepis jest prosty – pani na wokalu, pan na bitmejkingu, wynikiem jest kilkanaście miękkich i delikatnych piosenek, które spodobają się twojej dziewczynie.

Smith Westerns – Dye It Blonde
[Fat Possum; 2011]

Utwór otwierający zjada całą płytę, ale mimo to warto posłuchać, żeby wiedzieć jak brzmi dobrze skręcone indie dla surferów.

Space Dimension Controller – The Pathway to Tiraquon 6
[R&S Records; 2011]

Taki Steve Hauschildt, ale na techno patentach. Gdyby kosmonauci stacjonujący na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej mieli zrobić muzykę taneczną, pewne brzmiałaby ona jak Space Dimension Controller.

Stateless – Matilda
[Ninja Tune; 2011]

I'm On Fire (Blue Daisy Flammable Mix) pożera wszystkie dokonania Stateless, taka jest prawda. Wielka szkoda, że muzycy zespołu sami nie nagrali takiego cudeńka, gdyż przez to tracą trochę na wartości, ale należy ich pochwalić za wykonanie dobrej bazy dla wybitnego remiksu. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz