Mitochondrion – Parasignosis
[Profound Love; 2011]
Parasignosis nie bierze
jeńców. Kanadyjczycy przytłaczają mocą brzmienia i niskimi strojeniami,
przejeżdżając po słuchaczach niczym walec. Porozrzucane ciała fanów służą
pewnie za inspirację przy pisaniu tekstów. Choć niezal jara się teraz blackiem,
nie należy zapominać o innych nurtach metalu, a jak wiadomo, dobry death jest
niemal tak samo dobry jak dobry Black.
Moa Pillar – The Moon and Thunder Dance EP
[Gimme5; 2011]
Ten dzieciak dowodzi, że w niedalekiej
przyszłości Moskwa stanie się kolejną po Londynie, Berlinie i Chicago stolicą
dobrej elektroniki. Ilość świeżych pomysłów zawartych na tej epce, można by
spokojnie rozdzielić na kilka innych wydawnictw.
Mogwai – Hardcore Will Never Die, But You Will.
[Rock Action/Sub Pop; 2011]
Każdy ma kilka zespołów, które uznaje za
wielkie i niepodrabialne. Dla mnie jednym z nich jest Mogwai, który mimo iż
dawno przestał wnosić cokolwiek nowego do muzyki, wciąż pozostaje jednym z
lepszych post rockowych bandów świata. Hardcore
nie pokazuje świeżości, ale przy okazji nie rozczarowuje, więc wypada mi go
polecić.
Napszykłat – Kultur Shock
[Ampersand; 2011]
Kultur
Shock
w moim odczuciu mocno nie doceniono, prawdopodobnie dlatego, że dla słuchaczy
hip-hopu jest za trudny, zaś fani niezalu i alternatywy mogą być zrażeni do
hip-hopu w ogóle. Tymczasem Napszykłat jest kilka razy lepszym zespołem niż
hajpowana wszędzie Niwea. Dlaczego? Ich teksty, choć abstrakcyjne, mają jakiś
sens i przesłanie, muzyka może być nazywana muzyką, gdyż zawiera rytm, melodię
i inne składowe, a poza tym Napszykłat po prostu przyjemnie się słucha.
Nocow – Ruins Tape
[Gimme5; 2011]
Ruins
Tape
potwierdza dwie tezy – po pierwsze, że Burial jest najważniejszą postacią
współczesnej elektroniki, a po drugie, iż Moskwa niedługo będzie jednym z wielkich
„elektronicznych” miast. Muzyka z tej płyty jest głęboka jak niejeden ocean, a
przeciągające się syntezatorowe chmury są ukojeniem dla uszu po dniu ciężkim i
żmudnym. Ten pan, podobnie jak Moa Pillar, jeszcze pokaże się z wybitnej
strony.
Palmer Eldritch – Koniec świata
[skwer.org; 2011]
Odpowiedzialni za projekt raph i digan
wskoczyli tu w ostatniej chwili, gdyż wydali Koniec świata 15 grudnia, ja zaś te słowa wklepuję w komputer dokładnie
dzień później. Czy jeden dzień to wystarczająca ilość czasu, żeby uznać coś za
jeden z lepszych albumów w danym roku? Koniec
świata dowodzi, że tak, gdyż już pierwsze minuty, tak bardzo przywodzące na
myśl początek F#A#oo kazały mi uznać,
że obcuję z czymś co najmniej dobrym. Dalej paleta nawiązań rozwija się jeszcze
bardziej, poszerzając się o wszystkie projekty post-Godspeedowe, post-rock w
stylu Mogwai i przede wszystkim klasyków trip-hopu takich jak Portishead,
Massive Attack, Goldfrapp czy UNKLE. Dużo tu grania na pianinie, sporo
elektronicznych rytmów i jeszcze więcej tripowego lenistwa i przeciągania, choć
są też utwory żywe. Mam nadzieję, że następne krążki będą jeszcze lepsze.
Piętnastka – Dalia
[Sangoplasmo; 2011]
Jak dla mnie ta płyta to ścieżka
dźwiękowa do psychodelicznego wesela lub dożynek, gdzie zamiast wódki ludziom
podawano LSD. W Polsce takich rzeczy chyba jeszcze nie było.
Plum – Hoax
[Lado ABC; 2011]
Sonic Youth, post-hardcore, Acid
Drinkers i stary polski punk – o to części składowe tego krążka. Panowie łoją
aż miło i pozostaje tylko czekać na następne równie dobre nagrania.
The Psychic Paramonut – II
[No Quarter; 2011]
W pewnych momentach II jest asłuchalne, ale pomijając to, dostaliśmy kupę naprawdę
solidnego rockowego napierdalania.
Radiohead – The King of Limbs
[Hostess/XL/self-released; 2011]
Radiohead to Radiohead, nawet gdy słabsze
to wciąż Radiohead.
Arnaud Rebotini – Someone Gave Me Religion
[Black Strobe; 2011]
Ten pan kiedyś grał rocka, ale potem
ubrał marynarkę, zapuścił admiralski wąs, kupił syntezatory i zaczął grać
techno. Jak to zwykle bywa w przypadku nawróconych na elektronikę rockmenów,
nie korzysta on z laptopów ani samplerów, generując wszytsko przy użyciu
tradycyjnych klawiatur i sekwncerów. Bardzo zimna i przy okazji mocno taneczna
płyta.
Trent Reznor and Atticus Ross – Girl with a Dragon Tatoo OST
[Null Corporation; 2011]
Duet Reznor i Ross po raz kolejny
pokazuje, że w ścieżkach dźwiękowych do filmów nie mają sobie równych. Odważny
cover Immigrant song Zeppelinów i
TRZY godziny przepięknej, ciągle grającej na emocjach lodowatej elektroniki
mieszanej też z żywym graniem. Fani NIN klękają, inni powinni przesłuchać choć
połowy.
Robot Science – Good Luck
[self-released; 2011]
Chiptune wymieszany z chillwave’m czyli
Mario na Florydzie wypoczywa w cieniu palm.
SBTRKT – SBTRKT
[Young Turks; 2011]
Europejczycy często sięgają po motywy
charakterystyczne dla Afryki, przekształcają je i podają w nowej formie. Taka
dyfuzja kulturowa zachodzi na debiucie zamaskowanego Aarone Jerome znanego jako
SBTRKT, gdzie miesza on dubstep i inne brytyjskie brzmienia z afrykańską
rytmiką i stylówą – wystarczy spojrzeć na jego maski, żeby wiedzieć o co
chodzi.
*Shels – Plains of the Purple Buffalo
[Shelsmusic; 2011]
Fioletowe bizony biegają po rozległych
łąkach, a zespół z LA miażdży słuchacza post rockową mocą, sludge’owym
uderzeniem i do tego wplata w to epickie trąby i cichutkie plumkania na gitarze
akustycznej. Jeśli ktoś lubi monumentalne granie, *Shels jest zespołem dla
niego.
Sinusoidal – Out Of The Wall
[Luna Music; 2011]
Kolejna dobra polska płyta. Przepis jest
prosty – pani na wokalu, pan na bitmejkingu, wynikiem jest kilkanaście miękkich
i delikatnych piosenek, które spodobają się twojej dziewczynie.
Smith Westerns – Dye It Blonde
[Fat Possum; 2011]
Utwór otwierający zjada całą płytę, ale
mimo to warto posłuchać, żeby wiedzieć jak brzmi dobrze skręcone indie dla
surferów.
Space Dimension Controller – The Pathway to Tiraquon 6
[R&S Records; 2011]
Taki Steve Hauschildt, ale na techno
patentach. Gdyby kosmonauci stacjonujący na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej
mieli zrobić muzykę taneczną, pewne brzmiałaby ona jak Space Dimension
Controller.
Stateless – Matilda
[Ninja Tune; 2011]
I'm
On Fire (Blue Daisy Flammable Mix) pożera wszystkie dokonania Stateless,
taka jest prawda. Wielka szkoda, że muzycy zespołu sami nie nagrali takiego
cudeńka, gdyż przez to tracą trochę na wartości, ale należy ich pochwalić za
wykonanie dobrej bazy dla wybitnego remiksu.


















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz