Andy Stott – Passed Me By
[Modern Love; 2011]
Album Stotta to, obok płyty Deadbeata,
największe osiągnięcie dub techno w tym roku. Passed Me By to zapis nieznanego rytuału przejścia, gdzie
największą rolę odgrywa transowy rytm i odległe nawoływania z tropikalnej
puszczy. Basy potężne jak kongijskie drzewa i popętlone motywy każą myśleć o
szamańskim tańcu wokół ogniska. Noc jest domeną tej płyty.
Tartar Lamb – Polyimage of Known Exits
[self-released; 2011]
Bardziej hałaśliwa i dronowa wersja Kilimanjaro
Darkjazz Ensemble. Trochę Johna Zorna, trochę ambientu, odrobina black metalu
na dęciakach.
Teebs – Collections 01
[Brainfeeder; 2011]
Zbiór bardzo leniwych, przyjemnych,
łatwych melodyjek. Niby nic specjalnego, ale takiego bitoróbstwa jakie prezentuje Teebs brakuje na
rynku.
They Live – Cancel Standard
[Exit; 2011]
Kolejna mocna pozycja na scenie dub
techno. They Live przeplatają ze sobą brzmienia miękkie jak ciągnące się przez
cały utwór widmowe smyki z elementami ciężkimi takimi jak mocno wyeksponowana
perkusja, głęboki bas i charczące syntezatory.
Toro Y Moi – Underneath The Pine
[Carpark; 2011]
BOŻE CZILŁEJWU, POWIEDZ DLACZEGO
ZACZĄŁEŚ NAGRYWAĆ POP? (Chaz trzyma poziom i należy mu się butelka wódki za
porzucenie chillwave’owej etykietki i pójście w strony electropopowe, brawa
Chaz!)
T.P. Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou – Cotonou Club
[Strut; 2011]
Z muzyką afrykańską miałem ostatnio
spory rozbrat, ale wciąż lubię wrócić do Feli Kutiego czy Mulatu Astatke. Wciąż
urzekają mnie dęte orkiestry, tak liczne w tamtych rejonach, wciąż jaram się
słonecznymi melodiami, cały czas jestem urzeczony zapewnieniami ze strony
muzyków, że będzie dobrze, więc palmowe wino w łapkę i gramy dalej!
Twin Sister – In Heaven
[Domino; 2011]
In
Heaven
jest tak słodkie i zwiewne, że zaraz ukradnę sukienkę Grażynie.
TV on the Radio – Nine Types of Light
[Interscope; 2011]
TVOTR prezentuje pewien poziom, z
którego już nigdy nie zejdzie, ale mimo to ma się wrażenie, że ich ostatnia
płyta nie jest szczytem tego, co mogli zaprezentować i prezentowali na
wcześniejszych albumach.
Vagina Vangi – Benighted United
[self-released; 2011]
NAJWYBITNIEJSZE WITCH HOUSE’OWE
WYDAWNICTWO W HISTORII. Rzekłem, nie można podważyć.
The War on Drugs – Slave Ambient
[Secretly Canadian; 2011]
Dziwna to płyta. Niby indie, ale więcej
na niej ambient i muzyki tła niż klasycznego niezależnego grania. Przy
pierwszym odsłuchu w ogóle jej nie dostrzegłem, kolejne pokazały, że jest tu
kilka ciekawych pomysłów na „ambient indie”, czymkolwiek miałoby to być.
Washed Out – Within and Without
[Sub Pop; 2011]
Within
and Without
to najprawdopodobniej opus magnum chillwave’u, gdyż formuła uległa wyczerpaniu
i nie da się już nic więcej w niej powiedzieć. Z kolei fakt, że płyta została
wydana w Sub Popie każe zastanowić się nad przyszłością tej wytwórni. Nie
twierdzę, że to źle, bo debiut Washed Out cały czas jest dobrym zbiorem dobrych
piosenek, ale od Sub Popu oczekuje się chyba czegoś bardziej gitarowego, nie?
Water Borders – Harbored Mantras
[Tri Angle; 2011]
Wskazówka – nie bierzcie tej płyty na
poważnie. Cały zawarty na niej industrial jest żartem. Water Borders tworzą
przeładowaną symbolami barokową konstrukcję tylko i wyłącznie dla zgrywy, więc
nie traktujcie tego poważnie, proszę.
The Weeknd – House of Balloons
[XO; 2011]
W zeszłym roku w r&b królował Tom
Krell z How To Dress Well, w tym zaś nagroda należy się dla Abela Tesfaye z The
Weeknd. House of Balloons urzeka od pierwszych
sekund swoim nienachlanym luzem, melancholijnym imprezowaniem i nawiązaniami do
klasyków takich jak Prince. Nie słuchajcie zarzutów, że to pedaliada, tak
naprawdę House of Balloons jest mniej
gejowskie niż większość mejnstrimowego rapu.
Jamie Woon – Mirrorwriting
[Polydor; 2011]
W końcu się przekonałem i ujrzałem
wszystkie nocne stworzonka schowane w Night
Air. Panny będą kochać przystojnego młodzieńca wyśpiewującego rzewne pieśni
pod dubstepowo-garage’owe podkłady, ja zaś posłucham gdy znudzi mi się James
Blake.
Youth Lagoon – The Year of Hibernation
[Fat Possum; 2011]
W zalewie grania nostalgicznego,
leniwego i marzycielskiego The Year of
Hibernation było malutkim światełkiem zwiastującym ratunek dla tego stylu.
Niby Trevor Powers też płacze i chowa się za pogłosami i delay’ami, ale jest w
nim coś, co każe się mocno zastanowić, nim nazwie się go „kolejnym pedalskim
grajkiem”. Słychać tu dojrzałość i świadomy wybór takiej, a nie innej
stylistyki i to się chwali. Miejmy nadzieję, że tego nie popsuje.
Yuck – Yuck
[Fat Possum; 2011]
Okładka okropna, ale granie spoko, tyle,
hej.















warto czekać cały rok, żeby pod jego koniec dowiedzieć się od Ciebie ilu albumów się jeszcze nie przesłuchało :)
OdpowiedzUsuń