poniedziałek, 19 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część IV)


Andy Stott – Passed Me By
[Modern Love; 2011]

Album Stotta to, obok płyty Deadbeata, największe osiągnięcie dub techno w tym roku. Passed Me By to zapis nieznanego rytuału przejścia, gdzie największą rolę odgrywa transowy rytm i odległe nawoływania z tropikalnej puszczy. Basy potężne jak kongijskie drzewa i popętlone motywy każą myśleć o szamańskim tańcu wokół ogniska. Noc jest domeną tej płyty.

Tartar Lamb – Polyimage of Known Exits
[self-released; 2011]

Bardziej hałaśliwa i dronowa wersja Kilimanjaro Darkjazz Ensemble. Trochę Johna Zorna, trochę ambientu, odrobina black metalu na dęciakach.

Teebs – Collections 01
[Brainfeeder; 2011]

Zbiór bardzo leniwych, przyjemnych, łatwych melodyjek. Niby nic specjalnego, ale takiego  bitoróbstwa jakie prezentuje Teebs brakuje na rynku.

They Live – Cancel Standard
[Exit; 2011]

Kolejna mocna pozycja na scenie dub techno. They Live przeplatają ze sobą brzmienia miękkie jak ciągnące się przez cały utwór widmowe smyki z elementami ciężkimi takimi jak mocno wyeksponowana perkusja, głęboki bas i charczące syntezatory.

Toro Y Moi – Underneath The Pine
[Carpark; 2011]

BOŻE CZILŁEJWU, POWIEDZ DLACZEGO ZACZĄŁEŚ NAGRYWAĆ POP? (Chaz trzyma poziom i należy mu się butelka wódki za porzucenie chillwave’owej etykietki i pójście w strony electropopowe, brawa Chaz!)

T.P. Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou – Cotonou Club
[Strut; 2011]

Z muzyką afrykańską miałem ostatnio spory rozbrat, ale wciąż lubię wrócić do Feli Kutiego czy Mulatu Astatke. Wciąż urzekają mnie dęte orkiestry, tak liczne w tamtych rejonach, wciąż jaram się słonecznymi melodiami, cały czas jestem urzeczony zapewnieniami ze strony muzyków, że będzie dobrze, więc palmowe wino w łapkę i gramy dalej!

Twin Sister – In Heaven
[Domino; 2011]

In Heaven jest tak słodkie i zwiewne, że zaraz ukradnę sukienkę Grażynie.

TV on the Radio – Nine Types of Light
[Interscope; 2011]

TVOTR prezentuje pewien poziom, z którego już nigdy nie zejdzie, ale mimo to ma się wrażenie, że ich ostatnia płyta nie jest szczytem tego, co mogli zaprezentować i prezentowali na wcześniejszych albumach.

Vagina Vangi – Benighted United
[self-released; 2011]

NAJWYBITNIEJSZE WITCH HOUSE’OWE WYDAWNICTWO W HISTORII. Rzekłem, nie można podważyć.

The War on Drugs – Slave Ambient
[Secretly Canadian; 2011]

Dziwna to płyta. Niby indie, ale więcej na niej ambient i muzyki tła niż klasycznego niezależnego grania. Przy pierwszym odsłuchu w ogóle jej nie dostrzegłem, kolejne pokazały, że jest tu kilka ciekawych pomysłów na „ambient indie”, czymkolwiek miałoby to być.

Washed Out – Within and Without
[Sub Pop; 2011]

Within and Without to najprawdopodobniej opus magnum chillwave’u, gdyż formuła uległa wyczerpaniu i nie da się już nic więcej w niej powiedzieć. Z kolei fakt, że płyta została wydana w Sub Popie każe zastanowić się nad przyszłością tej wytwórni. Nie twierdzę, że to źle, bo debiut Washed Out cały czas jest dobrym zbiorem dobrych piosenek, ale od Sub Popu oczekuje się chyba czegoś bardziej gitarowego, nie?

Water Borders – Harbored Mantras
[Tri Angle; 2011]

Wskazówka – nie bierzcie tej płyty na poważnie. Cały zawarty na niej industrial jest żartem. Water Borders tworzą przeładowaną symbolami barokową konstrukcję tylko i wyłącznie dla zgrywy, więc nie traktujcie tego poważnie, proszę.

The Weeknd – House of Balloons
[XO; 2011]

W zeszłym roku w r&b królował Tom Krell z How To Dress Well, w tym zaś nagroda należy się dla Abela Tesfaye z The Weeknd. House of Balloons urzeka od pierwszych sekund swoim nienachlanym luzem, melancholijnym imprezowaniem i nawiązaniami do klasyków takich jak Prince. Nie słuchajcie zarzutów, że to pedaliada, tak naprawdę House of Balloons jest mniej gejowskie niż większość mejnstrimowego rapu.

Jamie Woon – Mirrorwriting
[Polydor; 2011]

W końcu się przekonałem i ujrzałem wszystkie nocne stworzonka schowane w Night Air. Panny będą kochać przystojnego młodzieńca wyśpiewującego rzewne pieśni pod dubstepowo-garage’owe podkłady, ja zaś posłucham gdy znudzi mi się James Blake.
 
Youth Lagoon – The Year of Hibernation
[Fat Possum; 2011]

W zalewie grania nostalgicznego, leniwego i marzycielskiego The Year of Hibernation było malutkim światełkiem zwiastującym ratunek dla tego stylu. Niby Trevor Powers też płacze i chowa się za pogłosami i delay’ami, ale jest w nim coś, co każe się mocno zastanowić, nim nazwie się go „kolejnym pedalskim grajkiem”. Słychać tu dojrzałość i świadomy wybór takiej, a nie innej stylistyki i to się chwali. Miejmy nadzieję, że tego nie popsuje.

Yuck – Yuck
[Fat Possum; 2011]

Okładka okropna, ale granie spoko, tyle, hej.

1 komentarz:

  1. warto czekać cały rok, żeby pod jego koniec dowiedzieć się od Ciebie ilu albumów się jeszcze nie przesłuchało :)

    OdpowiedzUsuń