piątek, 16 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część I)


Almunia – New Moon
[Claremont 56; 2011]

Mój ziomek Rudi stwierdził, że New Moon to niekończące się intro do Another Brick in the Wall. Według niego była to wada, podług mnie jak najbardziej zaleta, gdyż mało jest obecnie płyt, które pokazują inne oblicze dyskotek – wyciszone i bardziej skupione, ale wciąż taneczne i rytmiczne.

Alteria Percepsyne – Cloaks of Perception
[Other Heights; 2011]

Za tym projektem stoi młoda Emily Griffiths z Oxfordu. Emily musi bardzo lubić bvduba i jemu podobnym, gdyż na swoim debiutanckim albumie rozwija przed nami ambientowo-dubowe pasaże przywodzące na myśl angielskie mgły. Świetna płyta do wyciszania się.

The Antlers – Burst Apart
[French Kiss/Transgressive; 2011]

Smutasy z Manhattanu pokazali jak należy grać prawdziwego indie rocka.  Burst Apart nadaje się zarówno do wywijania trampkami w modnym klubie (warto zaznaczyć, że chodzi o wywijanie nieśmiałe, gdyż muzyka za spokojna na twarde tańce i markowe obuwie można łatwo zniszczyć) i słuchania w domu, gdzie koty pochowają się po szafkach od nadmiaru falsetu.

Arctic Monkeys – Suck It and See
[Domino; 2011]

To nie jest najlepsza płyta Małp, ale jest lepsza od poprzedniej. Lepsza bo zespół dokonał na niej zmiany brzmienia i technik kompozycyjnych, kierując się w strony stonerowe, lepsza ponieważ wróciły solówki. Chłopaki stracili trochę starego luzu, ale przy okazji przybyło im sporo dojrzałego pazura.

Balam Acab – Wander/Wonder
[Tri Angle; 2011]

Witch house umarł. Serwisy, które w 2010 hajpowały i chwaliły nowy gatunek, w 2011 stwierdziły śmierć formuły i zapomniały o sprawie. Z zeszłorocznego zalewu nowych producentów ostało się ledwie kilku, którzy być może jeszcze coś pokażą.

Sprawa trudna – lubię ten album, ale jednocześnie muszę stwierdzić, że eksploracje na See Birds były lepsze, ciekawsze, etc. Nie oznacza to, że Wander/Wonder jest złe, wręcz przeciwnie – to jeden z lepszych krążków 2011, lecz przy okazji nie to czego oczekiwaliśmy. Mam nadzieję, że następne wydawnictwo Acaba w pełni zadowoli gusta moje i innych.

Battles – Gloss Drop
[Warp; 2011]

BATTLES BEZ TYONDAIA TO NIE BATTLES ALE PŁYTA SPONIO.

Big K.R.I.T. – ReturnOf4Eva
[self-released; 2011]

Podobno to jeden z lepszych podziemnych raperów w USA. Podobno. Na ReturnOf4Eva chłopak pokazuje, że czuje co robi, ma flow i nawet jakiś wyszukany rym się znajdzie. Okładka opisuje cały album – drogie samochody, panny, szampan, południe Stanów. Jeśli lubisz taki rap, nie krępuj się, nawet ja doceniłem.

Ketil Bjørnstad & Svante Henryson – Night Song
[ECM; 2011]

Fortepian, wiolonczela i dwóch muzyków. Night Song to wielki ukłon w stronę europejskiej muzyki poważnej XX wieku i nagrań wczesno jazzowych. Znajdzie się tu trochę Arvo Parta, odrobina Pendereckiego, gdzieś nawet Stockhausen. Przede wszystkim jednak Night Song jest zbiorem dopracowanych od początku do końca kompozycji, które pozwalają na chwilę odpocząć i zapomnieć o otoczeniu – uwierzcie mi, zatapianie się w fortepiany i smyki po ciężkim dniu to jedna z lepszych rzeczy danych człowiekowi.

Blue Angels – Isidora
[digitalis ltd; 2011]

Niech nie zmyli was okładka, po której spodziewać się można zwiewnych melodyjek dla małych dziewczynek. Prawda jest zupełnie inna – hałaśliwe drony wychodzą ze strychu, żeby pożreć wszystko na swojej drodze. Małpka wybija prosty, marszowy rytm, a kurz pokrywający stare zabawki układa się w przecinające nuty. Trzeszczą drewniane ściany, wszystko zapada się, wszystko zapada się.

Blut aus Nord – 777-Sect(s)
[Debemur Morti; 2011]

Ech, Francuzi. Powinni pić wytrawne wino, uprawiać wyuzdany seks, jeść bagietki, ślimaki i kasztany, nie umieć grać rocka i uciekać na widok wrażej armii. Świat jednak nie jest konstrukcją prostą i dał Francuzom jedną z lepszych blackowych scen świata, czego dowodem jest pierwsza część trylogii 777 Blut aus Nord. Ech, życie, dlaczego nie jesteś łatwe?

BRAIDS – Native Speaker
[Kanine/Flemish Eye; 2011]

Toż to Animal Collective, ale z Kanady i z kobietą na wokalu. Rozwiązania kompozycyjne podobne, brzmienie również, oprócz tego wydźwięk i atmosfera utworów. Dlaczego więc nie są wtórni? Nie rozgryzłem tego do tej pory, ale wciąż nie mogę im tego zarzucić. Mam wrażenie, że ten album mówi coś, co jeszcze nie zostało w eterycznej muzyce powiedziane.

The Caretaker – An Empty Bliss Beyond This World
[History Always Favours the Winners; 2011]

Kojarzycie Williama Basinskiego? Disintegration Loops może? Caretaker stosuje ten sam schemat twórczy, tworząc przy tym ścieżkę dźwiękową do postapokaliptycznej sali balowej oraz (jak piszą mądrzejsi ode mnie) studium zapomnienia/zapominania. Skłaniam się bardziej ku postapokalipsie, ale jestem w stanie zrozumieć, co mądrzejsi mieli na myśli, tylko że według mnie jest to nadinterpretacja.

Com Truise – Galactic Melt
[Ghostly; 2011]

Kasety VHS. Guma Donald. Resoraki. Komiks Kaczor Donald. Pierwsze zachodnie kreskówki. I tak dalej. Atmosfera lat dziewięćdziesiątych, czujecie? Do tego można odnosić ten album, do tamtych jeszcze topornych czasów przejścia w kolejny wiek i tysiąclecie. Choć na VHS Sex pobrzmiewają patenty z muzyki z Pana Kleksa, a w innych utworach wprost widać nawiązania do dyskotek lat osiemdziesiątych, dla mnie ta płyta jest swoistym hołdem dla lat dziewięćdziesiątych.

Cults – Cults
[ITNO; 2011]

Powtarzane indie motywy, przyjemny głos wokalistki i jeden z fajniejszych niezal singli w tym roku czyli Go Outside. Surferzy płoną ogniem żywym, a kolega Rudi twierdzi, że to jedna z płyt roku, beka z niego, nie?

CunninLynguists – Oneirology
[Bad Taste/RBC; 2011]

Rap o snach – koncept wspaniały. Siódmy album w dorobku CunninLynguists udowadnia, że można robić rap inny niż szpanowanie samochodami, gołymi panienkami i hektolitrami szampana. Ekipa z Lexington nie musi kupować Maybacha i ucinać mu dachu, żeby pokazać dobrą muzykę.

Ifan Dafydd – No Good/Miranda 12”
[self-released; 2011]

Podobno to alter ego Jamesa Blake’a, podobno jego kuzyn lub współlokator. Pewne są sample z Amy Winehouse i pójście ścieżką obraną przez wyżej wzmiankowanego na jego zeszłorocznych epkach. Kiedy James zaczął nagrywać kolędy, Ifan zaprezentował prawdziwy future garage. No Good jest dla mnie piosenką roku – nie mam innego singla, którego słuchałbym tak często w 2011, Miranda z kolei, choć przekonanie się do niej zajęło mi trochę czasu, to równie wspaniały utwór. Myślę, że uzasadnione są opinie brytyjskich dziennikarzy, którzy już stawiają chłopaka na piedestale.

Deadbeat – Drawn and Quartered
[BLKRTZ; 2011]

Dubowa głębia, rytmika z techno i przestrzenność ambientu – oto krótki opis ostatniego wydawnictwa Deadbeat. Świetne na słuchawki, jeszcze lepsze na nocny powrót do domu. Muzyka wieczorów, dźwięki deszczowych miast.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz