Almunia – New Moon
[Claremont 56; 2011]
Mój ziomek Rudi stwierdził, że New Moon to niekończące się intro do Another Brick in the Wall. Według niego
była to wada, podług mnie jak najbardziej zaleta, gdyż mało jest obecnie płyt,
które pokazują inne oblicze dyskotek – wyciszone i bardziej skupione, ale wciąż
taneczne i rytmiczne.
Alteria Percepsyne – Cloaks of Perception
[Other Heights; 2011]
Za tym projektem stoi młoda Emily
Griffiths z Oxfordu. Emily musi bardzo lubić bvduba i jemu podobnym, gdyż na
swoim debiutanckim albumie rozwija przed nami ambientowo-dubowe pasaże
przywodzące na myśl angielskie mgły. Świetna płyta do wyciszania się.
The Antlers – Burst Apart
[French Kiss/Transgressive; 2011]
Smutasy z Manhattanu pokazali jak należy
grać prawdziwego indie rocka. Burst Apart nadaje się zarówno do
wywijania trampkami w modnym klubie (warto zaznaczyć, że chodzi o wywijanie
nieśmiałe, gdyż muzyka za spokojna na twarde tańce i markowe obuwie można łatwo
zniszczyć) i słuchania w domu, gdzie koty pochowają się po szafkach od nadmiaru
falsetu.
Arctic Monkeys – Suck It and See
[Domino; 2011]
To nie jest najlepsza płyta Małp, ale
jest lepsza od poprzedniej. Lepsza bo zespół dokonał na niej zmiany brzmienia i
technik kompozycyjnych, kierując się w strony stonerowe, lepsza ponieważ
wróciły solówki. Chłopaki stracili trochę starego luzu, ale przy okazji
przybyło im sporo dojrzałego pazura.
Balam Acab – Wander/Wonder
[Tri Angle; 2011]
Witch house umarł. Serwisy, które w 2010
hajpowały i chwaliły nowy gatunek, w 2011 stwierdziły śmierć formuły i
zapomniały o sprawie. Z zeszłorocznego zalewu nowych producentów ostało się
ledwie kilku, którzy być może jeszcze coś pokażą.
Sprawa trudna – lubię ten album, ale
jednocześnie muszę stwierdzić, że eksploracje na See Birds były lepsze, ciekawsze, etc. Nie oznacza to, że Wander/Wonder jest złe, wręcz przeciwnie
– to jeden z lepszych krążków 2011, lecz przy okazji nie to czego
oczekiwaliśmy. Mam nadzieję, że następne wydawnictwo Acaba w pełni zadowoli
gusta moje i innych.
Battles – Gloss Drop
[Warp; 2011]
BATTLES BEZ TYONDAIA TO NIE BATTLES ALE PŁYTA SPONIO.
Big K.R.I.T. – ReturnOf4Eva
[self-released; 2011]
Podobno to jeden z lepszych podziemnych
raperów w USA. Podobno. Na ReturnOf4Eva
chłopak pokazuje, że czuje co robi, ma flow i nawet jakiś wyszukany rym się
znajdzie. Okładka opisuje cały album – drogie samochody, panny, szampan,
południe Stanów. Jeśli lubisz taki rap, nie krępuj się, nawet ja doceniłem.
Ketil Bjørnstad & Svante Henryson – Night Song
[ECM; 2011]
Fortepian, wiolonczela i dwóch muzyków. Night Song to wielki ukłon w stronę
europejskiej muzyki poważnej XX wieku i nagrań wczesno jazzowych. Znajdzie się
tu trochę Arvo Parta, odrobina Pendereckiego, gdzieś nawet Stockhausen. Przede
wszystkim jednak Night Song jest
zbiorem dopracowanych od początku do końca kompozycji, które pozwalają na
chwilę odpocząć i zapomnieć o otoczeniu – uwierzcie mi, zatapianie się w
fortepiany i smyki po ciężkim dniu to jedna z lepszych rzeczy danych
człowiekowi.
Blue Angels – Isidora
[digitalis ltd; 2011]
Niech nie zmyli was okładka, po której
spodziewać się można zwiewnych melodyjek dla małych dziewczynek. Prawda jest
zupełnie inna – hałaśliwe drony wychodzą ze strychu, żeby pożreć wszystko na
swojej drodze. Małpka wybija prosty, marszowy rytm, a kurz pokrywający stare zabawki
układa się w przecinające nuty. Trzeszczą drewniane ściany, wszystko zapada
się, wszystko zapada się.
Blut aus Nord – 777-Sect(s)
[Debemur Morti; 2011]
Ech, Francuzi. Powinni pić wytrawne
wino, uprawiać wyuzdany seks, jeść bagietki, ślimaki i kasztany, nie umieć grać
rocka i uciekać na widok wrażej armii. Świat jednak nie jest konstrukcją prostą
i dał Francuzom jedną z lepszych blackowych scen świata, czego dowodem jest
pierwsza część trylogii 777 Blut aus
Nord. Ech, życie, dlaczego nie jesteś łatwe?
BRAIDS – Native Speaker
[Kanine/Flemish Eye; 2011]
Toż to Animal Collective, ale z Kanady i
z kobietą na wokalu. Rozwiązania kompozycyjne podobne, brzmienie również,
oprócz tego wydźwięk i atmosfera utworów. Dlaczego więc nie są wtórni? Nie
rozgryzłem tego do tej pory, ale wciąż nie mogę im tego zarzucić. Mam wrażenie,
że ten album mówi coś, co jeszcze nie zostało w eterycznej muzyce powiedziane.
The Caretaker – An Empty Bliss Beyond This World
[History Always Favours the Winners; 2011]
Kojarzycie Williama Basinskiego? Disintegration Loops może? Caretaker
stosuje ten sam schemat twórczy, tworząc przy tym ścieżkę dźwiękową do
postapokaliptycznej sali balowej oraz (jak piszą mądrzejsi ode mnie) studium
zapomnienia/zapominania. Skłaniam się bardziej ku postapokalipsie, ale jestem w
stanie zrozumieć, co mądrzejsi mieli na myśli, tylko że według mnie jest to
nadinterpretacja.
Com Truise – Galactic Melt
[Ghostly; 2011]
Kasety VHS. Guma Donald. Resoraki.
Komiks Kaczor Donald. Pierwsze
zachodnie kreskówki. I tak dalej. Atmosfera lat dziewięćdziesiątych, czujecie?
Do tego można odnosić ten album, do tamtych jeszcze topornych czasów przejścia
w kolejny wiek i tysiąclecie. Choć na VHS
Sex pobrzmiewają patenty z muzyki z Pana Kleksa, a w innych utworach wprost
widać nawiązania do dyskotek lat osiemdziesiątych, dla mnie ta płyta jest
swoistym hołdem dla lat dziewięćdziesiątych.
Cults – Cults
[ITNO; 2011]
Powtarzane indie motywy, przyjemny głos
wokalistki i jeden z fajniejszych niezal singli w tym roku czyli Go Outside. Surferzy płoną ogniem żywym,
a kolega Rudi twierdzi, że to jedna z płyt roku, beka z niego, nie?
CunninLynguists – Oneirology
[Bad Taste/RBC; 2011]
Rap o snach – koncept wspaniały. Siódmy
album w dorobku CunninLynguists udowadnia, że można robić rap inny niż
szpanowanie samochodami, gołymi panienkami i hektolitrami szampana. Ekipa z
Lexington nie musi kupować Maybacha i ucinać mu dachu, żeby pokazać dobrą
muzykę.
Ifan Dafydd – No Good/Miranda 12”
[self-released; 2011]
Podobno to alter ego Jamesa Blake’a,
podobno jego kuzyn lub współlokator. Pewne są sample z Amy Winehouse i pójście
ścieżką obraną przez wyżej wzmiankowanego na jego zeszłorocznych epkach. Kiedy
James zaczął nagrywać kolędy, Ifan zaprezentował prawdziwy future garage. No Good jest dla mnie piosenką roku –
nie mam innego singla, którego słuchałbym tak często w 2011, Miranda z kolei, choć przekonanie się do
niej zajęło mi trochę czasu, to równie wspaniały utwór. Myślę, że uzasadnione
są opinie brytyjskich dziennikarzy, którzy już stawiają chłopaka na piedestale.
Deadbeat – Drawn and Quartered
[BLKRTZ; 2011]
Dubowa głębia, rytmika z techno i
przestrzenność ambientu – oto krótki opis ostatniego wydawnictwa Deadbeat.
Świetne na słuchawki, jeszcze lepsze na nocny powrót do domu. Muzyka wieczorów,
dźwięki deszczowych miast.
















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz