sobota, 17 grudnia 2011

Podsumowanie roku 2011. Rekomendacje płytowe (część II)


Deaf Center – Owl Splinters
[Type; 2011]

Z okładki spogląda na nas zdeformowana panda. A może to wydra? Bóbr? Nie wiadomo do końca, pewnie nikt tego nie wie. A jeśli to sowa, tak jak w tytule?  Mówi się, że sowy to mądre ptaki, ale to nieprawda, tak naprawdę są tylko wyspecjalizowane. Nie zmienia to faktu, że są słodkie. Z lasu dobiegają jakieś przeciągłe dźwięki. Wioliny? Klawikordy? Współczesne elektroniki? Nie wiem, pewnie nikt tego nie wie.

Death Grips – Exmilitary
[self-released; 2011]

TWARDE NARKOTYKI

De Magia Veterum – The Divine Antithesis
[Transcendental Creations; 2011]

Cała historia black metalu w pigułce, nie wypada więcej pisać.

Dirty Beaches – Badlands
[Zoo; 2011]

Nie stać Cię na sprzęt, więc pożyczasz go od kumpla, nie masz za bardzo pomysłów, więc przekopujesz płyty ojca i dziadka, jesteś potomkiem imigrantów z Azji, więc nie masz lekko. Zapętlasz riffy i motywy i wyśpiewujesz smutne pieśni do ledwo działającego mikrofonu, przez co uzyskujesz maksymalne lo-fi. Twoi koledzy nie mają pracy, banki okradają wszystkich dookoła, ropa się kończy, klimat ociepla. Ot, muzyka czasów kryzysu.

Echinacea – Echinacea
[Aloha Entertainment; 2011]

W Polsce da się robić miękki rap? Taki jak A Tribe Called Quest? Nie wierzyłem, dopóki nie usłyszałem Echinacei. Trzech emce, Kixnare na bitach, do tego trochę przebrzmiałe gwiazdy polskiego rapu i teksty na tematy klasyczne dla hip-hopu, ale podane w inny sposób – senny, wyluzowany i ciut poetycki, ale tylko ciut. Gdy chcę poezji w rapie włączam Kidda, Echinacea zaś pięknie luzuje.

Fisz Emade – Zwierzę Bez Nogi
[Agora; 2011]

NARESZCIE. Po słabym Heavi Metalu moi ukochani bracia Waglewscy wracają z dobrym wydawnictwem! Wprost wskazując swoje inspiracje (Beastie Boys i rap lat dziewięćdziesiątych) nie tracą werwy i polotu obecnego na albumach Tworzywa czy w Piątku 13. Choć notowania Fisza trochę u mnie spadły, gdyż znalazłem lepszych tekściarzy, ale Emade wciąż jest w pierwszej lidze polskich producentów. Nie mam nóg, taka moc.

Floating Points – Shadows EP
[Eglo; 2011]

Londyn, mekka światowej elektroniki, to nie ulega wątpliwości. Większość nowych trendów musi przejść test w londyńskich klubach, żeby potem zdobywać popularność na świecie. W Londynie znajdziemy każdy rodzaj muzyki elektronicznej, od ciężkiego i szybkiego d’n’b po łagodne chilloutowe smętki. Odpowiedzialny za Floating Points Sam Shepherd skłania się bardziej  stronę smutków i łagodnych brzmień, miksując na swojej epce brzmienia house’owe, garage’owe i chilloutowe. Tworzy przy tym bardzo miłą mieszaninę melodii tanecznych i kawiarnianych. Bardzo dobra epka, chyba jedna z lepszych w tym roku.

The Glitch Mob – We Can Make The World Stop EP
[Glass Air; 2011]

Niektórzy nie mogą im wybaczyć, że zdradzili glitch hop i poszli w stronę francuskiego house’u, ale moim zdaniem to dobrze, gdyż pokazali, że potrafią grać inaczej. Mimo to wciąż nie mogę sobie wybaczyć, że wzeszłym roku przegapiłem ich album.

Jacques Greene – Another Girl 12”
[LuckyMe; 2011]

Greene wydał w tym roku trzy dwunastki, ale najlepszą z nich bezapelacyjnie jest Another Girl. Trochę Buriala, garażowa rytmika i delikatny klawisz w tle podszyty bujającym basem, wszystko wymieszane i doprawione atmosferą brytyjskich klubów, gdzie młodzież tańczy trochę na smutno. A przede wszystkim nie można Greene’a porównywać do Blake’a.

Hail Mary Mallon – Are You Gonna Eat That?
[Rhymesayers; 2011]

Kolaboracja Aesop Rocka, Roba Sonica i DJ Big Wizza może głowy nie urywa, ale kilka numerów im się udało. Chociażby Garfield. Gdyby nie kilka potknięć, byłaby pierwsza dwudziestka, a tak jest tylko rekomendacja.

Steve Hauschildt – Tragedy & Geometry
[Kranky; 2011]

Udzielający się w Emeralds Hauschildt udowadnia, że nie trzeba stosować metrum 4/4 i nagrywać tanecznie, żeby zrobić dobrą elektronikę. Tragedy & Geometry to hołd dla takich wykonawców jak oklepany Jarre, Vangelis, Rick Wakeman czy nasz swojski Marek Biliński. Ta płyta zabiera w podróż kosmiczną bądź wyprawę między ciągle zmieniającymi kolory zerami i jedynkami.

Implodes – Black Earth
[Kranky; 2011]

Gdyby na Black Earth było mniej przerywników, byłbym w stanie okrzyknąć ten album jedną z płyt roku. Niestety, podczas słuchania miałem wrażenie, że muzycy nie potrafili wykorzystać niektórych dobrych pomysłów i uciekli w stronę przynudzania i zapełniania. Mimo to Black Earth zawiera wszystko, co powinien mieć solidny shoegaze – dużo płaczu, szepty, przestery, pogłosy i tym podobne.

Kryptic Minds – Can’t Sleep
[Black Box; 2011]

Can’t Sleep pretenduje do bycia mroczną płytą, ale w moim odczuciu jest to mrok odrobinę kiczowaty i robiony na siłę. Nie zmienia to faktu, że to dobre d’n’b, a i fani dubstepu a la Skrillex znajdą coś dla siebie.

The Kurws – Dziura w Getcie
[Biedota; 2011]

Czego tu nie ma? Jest jazz, punk, noise, math rock, John Zorn, eksperymenty, yass, klub „Mózg”. Jak to powiedziano w Tanz Mit Kommune „biedna młodzież gra punk rocka i się z tego cieszy”, a ja cieszę się razem z nią.

Iza Lach – Krzyk
[Pomaton; 2011]

Kiedy zacząłem myśleć, że polski pop umarł przyszła Iza Lach, walnęła mnie po twarzy i powiedziała, że się mylę.

Liturgy – Aestethica
[Thrill Jockey; 2011]

O to dowód, że nie każdy zespół blackowy ucieka w płacz, shoegaze i post rock. Choć nazywanie Aestethici muzyką medytacyjną i transcedentalną jest dla mnie sporym nadużyciem, jestem skłonny przybić piątkę muzykom Liturgy, że nie smucą. Black metal z krwi i kości, ot co (warto nadmienić, że Returner mógłby spokojnie szaleć na listach przebojów).

Łona i Webber – Cztery i Pół
[Asfalt; 2011]

Łonson i Łebsztyk po raz kolejny pokazują klasę. Choć porzucili dawny luz na rzecz nagrań poważniejszych w treści, dalej słucha się ich dokonań przyjemnie. Teksty już nie są żartobliwe i pełne optymizmu, bity też jakby zimniejsze, a że Łona i Webber zawsze byli barometrem odczuć społeczeństwa, warto się zastanowić, co dzieje się u nas i innych.

Massive Attack vs Burial – Four Walls/Paradise Circus 12”
[The Vinyl Factory/Inhale Gold; 2011]

Tutaj nie potrzeba słów.

Stephan Mathieu – A Static Place
[12K; 2011]

Okrągła godzina świetlistych dronów przywodzących na myśl zorze, kanadyjskie lasy, eskimoską wioskę i pokryte śniegiem ruiny fabryk. Warto posłuchać tego, co dzieje się w tle, a dzieje się, oj, dzieje się.

Kevin McPhee – Get in With You EP
[NakedLunch; 2011]

Trzyutworowa epka Kevina przywodzi na myśl zeszłoroczne dokonania Blake’a, ale nie należy traktować McPhee jako kolejnego epigona Jamesa, gdyż pokazuje on, że ma własne pomysły, mieszając future garage z techno i minimalem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz