
Wolfmother – Wolfmother
Riffy pościągane z Zeppelinów i Sabbathu, klawisze z Purpli, sekcja rytmiczna z AC Piorun DC, wokale to jawna zżyna z Ozzy’ego, Planta czy Gillana, a okładka nasuwa bardzo silne skojarzenia z klasykami heavy metalu. Jakim cudem taki niesamowity konglomerat nie tyle inspiracji, co zwyczajnej kradzieży może się ludziom podobać? A jednak, Wilcza Matka znalazła sposób na czerpanie z hard rocka i jednocześnie odkryła własne, unikalne brzmienie. Z Wolfmother sprawa ma się podobnie, co z The White Stripes - Jack White też wzoruje się na klasycznym rocku i bluesie, ale przy okazji wykształcił sobie to coś, co nazywamy „unikalnym stylem”. Nie ma chyba teraz na świecie ludzi, którzy nazywając się znawcami rocka, nie rozpoznają The White Stripes czy innych bandów, w których White maczał swoje palce. Jak już wspominałem, z Australijczykami jest tak samo. Co z tego, że słuchając ich, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że obcuje się z uwspółcześnionymi dokonaniami klasyków, co z tego, że niektóre partie są wręcz ze skórą zdarte z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, to wszystko jest nieważne, bowiem chłopaki z Sydney mocą swoich piosenek zamiatają całą resztę pod dywan. Wystarczy posłuchać nagrodzonego Grammy Woman – ten niespełna trzyminutowy song przypomina trupa zszytego z różnych ludzi, ale jest to trup zszyty bardzo umiejętnie, tak, że niewprawne oko nie odróżni go od zwykłego człowieka. Poza tym Woman to czysta, seksualna Moc (tak, z dużej litery, pisanie „moc” byłoby obrazą dla tej piosenki). Na Wolfmother mamy wszystko, za co kochamy lata świetności hard rocka – klasyczne, zeppelinowe ballady (Where Eagles Have Been), piosenki wolne, ale potężne, coś w stylu Iron Man (Colossal), a nawet pewne ukłony w stronę psychodelicznego brzmienia (Pyramid). Muzyka Wilczej Matki jest zwrotna i szybka jak sportowy samochód, ale jednocześnie potrafi być potężna niczym drogowy walec. Zresztą, w dzisiejszych czasach chyba tylko oni potrafią pisać tak świetne refreny jak chociażby w Witchcraft, poza tym to chyba jedyna, poza Stripesami, współczesna grupa, która ma naprawdę kozackie riffy i solówki. Z całym szacunkiem dla dokonań współczesnego brytyjskiego i amerykańskiego rocka, muszę stwierdzić, że nie ma teraz zespołu z uderzeniem, że postępuje zmiękczanie brzmienia, a naprawdę twardego, męskiego rocka ze świecą szukać. Zresztą, jak to wygląda, że po pięciu latach od premiery tej płyty, poza The Dead Weather (gdzie uczestniczy wymieniany wcześniej Jack White), nie ma zespołu z jajami. Nikt mi nie wciśnie, że Franzowie, Arctici, Klaxonsi i Foalsi, ani tym bardziej Kings of Leon, Vampire Weekend czy Drumsi są męskimi grupami, co to, to nie. Zresztą przy okazji tej płyty, mogę wysnuć zarzut, że muzyka „popularna” zjada własny ogon, ale to wiadomo od dawna i nikt się tym nie przejmuje. Cóż, tyle dobrze, że mamy takie zespoły jak Wolfmother, przynajmniej dzięki nim możemy poczuć się jak nasi dziadkowie czy rodzice. I tym niespecjalnie optymistycznym akcentem zakończę ten tekst.
PS. Drugi album grupy Cosmic Egg, choć czasowo łapie się w rubrykę „Rzut kapciem” recenzji mieć nie będzie, bowiem jest dobry, ale w porównaniu do prawie świetnego debiutu nijaki. I kropka.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz