Crystal Castles - Crystal Castles (II)
Ciężko mi ugryźć ten krążek. Niby wszystko jest w porządku, ale nie wiem jak się do niego zabrać. Przystępna elektronika, kobiece wokale, wszystko przyprószone dużą szczyptą abstarakcji, a jednak coś mi tu nie pasuje. Jest hiciarsko- właściwie każda piosenka z osobna mogłaby robić za dobry singiel, jednym słowem miód dla uszu poszukujących niebanalnych brzmień. Jednak nie powiem, że to dobra płyta. Są dobre, nawet bardzo dobre momenty (Doe Deer czy Vietnam), ale ogólnie całość maluje się dość, żeby nie powiedzieć mocno, przeciętnie. Elektroniki z kobiecymi wokalami mamy na pęczki, podobnie jest z muzykami grającymi dance punk czy electroclash, a do tego są wykonawcy nagrywający o niebo lepsze albumy utrzymane w takowej stylistyce. Może w tej płycie jest jakiś pierwiastek geniuszu, którego nie dostrzegam, może za ileś przesłuchań mi się objawi, ale jak na razie będę uważał Kryształowe Zamki za przeciętny śmieciowy pop i podpiszę się wszystkimi członkami pod słowami koleżanki Agnieszki: powiem Ci tak: nie znosiłam tego, warczałam na ludzi, którzy tego słuchają, ale dostałam tą jedną płytę i powiem że nie jestem zachwycona, ale dla mnie idealnie zagłuszają nieprzyjemne myśli i są w jakiś sposób wypruci z intelektualnych, głębokich doznań muzycznych, a ja czasem tego potrzebuje. Moim zdaniem to idealne podsumowanie tej płyty.

Caribou – Swim
Imprezy, słońce, muzyka lata- cztery słowa, cały Caribou. Lekka, chillwave’owa, „roztopiona” elektronika, rytmy do tańca i różańca, dodać słońce, lekki wiatr, rower lub plażę i jest pięknie. Powiem wprost- to bardzo dobry album, Caribou odwalił kawał naprawdę dobrej roboty i wyprodukował melodie jak ulał pasujące do wakacji. Lekko, przyjemnie, nieśpiesznie i przebojowo, a takiej właśnie muzyki nam potrzeba, nie tylko w lecie. Stojący za tym projektem Dan Snaith czerpie pełnymi garściami z dokonań tanecznej elektroniki przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, dodaje do tego odrobinę karaibsko-afrykańskiej egzotyki, miesza, gotuje i podaje lekko schłodzone. Biorąc pod uwagę całokształt muzycznych dokonań po ośmiu miesiącach dwa tysiące dziesiątego roku, nie zdziwiłbym się gdyby prasa muzyczna umieściła ten krążek w pierwszej dziesiątce najlepszych płyt roku. Dlatego apeluję: słuchajcie i odpoczywajcie!
Imprezy, słońce, muzyka lata- cztery słowa, cały Caribou. Lekka, chillwave’owa, „roztopiona” elektronika, rytmy do tańca i różańca, dodać słońce, lekki wiatr, rower lub plażę i jest pięknie. Powiem wprost- to bardzo dobry album, Caribou odwalił kawał naprawdę dobrej roboty i wyprodukował melodie jak ulał pasujące do wakacji. Lekko, przyjemnie, nieśpiesznie i przebojowo, a takiej właśnie muzyki nam potrzeba, nie tylko w lecie. Stojący za tym projektem Dan Snaith czerpie pełnymi garściami z dokonań tanecznej elektroniki przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, dodaje do tego odrobinę karaibsko-afrykańskiej egzotyki, miesza, gotuje i podaje lekko schłodzone. Biorąc pod uwagę całokształt muzycznych dokonań po ośmiu miesiącach dwa tysiące dziesiątego roku, nie zdziwiłbym się gdyby prasa muzyczna umieściła ten krążek w pierwszej dziesiątce najlepszych płyt roku. Dlatego apeluję: słuchajcie i odpoczywajcie!

nie podeszło ... w przeciwieństwie do japandroids
OdpowiedzUsuń