środa, 3 listopada 2010

Świeża zupa #15


How to Dress Well – Love Remains

Chillwave, hypnagonic pop, glo-fi, witch house, określenie muzyki jako „haunting”, terminy są różne, chodzi o to samo. Muzycy tworzący w tym nurcie ideologicznie bliscy byli hauntologii (pogląd głoszący odwoływanie się do duchów przeszłości kulturowej, cokolwiek miałoby to znaczyć), muzycznie stosowali chwyty z dwóch poprzednich dziesięcioleci, czyli syntetyki lat osiemdziesiątych i shoegaze/lo-fi z dziewięćdziesiątych. W sieci wyczytałem, że chillwave jest muzycznym ukoronowaniem pierwszej dekady XXI wieku – coś w tym niewątpliwie jest, w końcu nie sposób zaprzeczyć, że nurt taki powstał i rozwinął się niezależnie w kilku miejscach na świecie, wpływając też na ogólny odbiór i sposób patrzenia na muzykę popularną.

Klasyfikowanie twórczości Toma Krella czyli człowieka odpowiedzialnego za How to Dress Well jako chillwave może być sporym uproszczeniem. Robię to głównie dlatego, że w jego muzyce jest bardzo dużo „hauntingu”, a wszystko brzmi jakby było nagrywane na widmowym magnetofonie. Zachodnie serwisy określają Krella jako psychodeliczne r’n’b, ale nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Szukałem intensywnie, ale elementów r’n’b w jego muzyce nie znalazłem, za to chwytów typowo chillwave’owych odkopałem całe tony. Dużo tu lo-fi, sporo shoegaze’u, co niektórych może odstraszyć, bo nie każdy lubi piosenki brzmiące jakby ktoś nagrywał je we włączonej pralce.

Nie wiem co pisać dalej. Ogólne opisanie założeń i jako taka charakterystyka brzmienia przyszły łatwo, ale zaraz pojawił się problem – jak opisać klimat tego krążka, jakich środków użyć, co powiedzieć, żeby nie brzmiało banalnie? Żeby dokładniej nakreślić o co mi chodzi, posłużę się przykładem. Włączamy Love Remains w pustym, ciemnym pokoju, za oknem wieczór, w powietrzu unosi się mgła. Z głośników wydobywają się falsetowe wokale i eteryczne melodie z prostym, hipnotyzującym rytmem. Czujemy się błogo, oplatają nas duchy, zjawy i mary domowe i leśne, wychodzą z każdego zakątka pomieszczenia, w którym leżymy. Zapadamy się w łóżko, dookoła nas zaczynają wyrastać ciemne, poskręcane drzewa, latają kolorowe wróżki, wszystko skąpane jest w lekkim półmroku. Przychodzą nam na myśl Dziady, a raczej ich surrealistyczna wersja. Nagle pojawiamy się nad morzem. Fale rozbijają się o brzeg, wieje lodowaty wiatr, przechodzą nas ciarki, czujemy mróz w samym wnętrzu kości. I nagle trach!, płyta się kończy, wraca cisza, a my włączamy wszystko od początku. Wydaje się wam, ze udało mi się opisać choć małą cząstkę klimatu Love Remains? Mylicie się.

To jest album do samodzielnego doznania. Muzycznie są tu momenty lepsze i gorsze, czasami wszystko jest lo-fi aż do przesady, ale ta płyta wwierca się w człowieka. Sam jestem najlepszym na to dowodem, bowiem mam chorobliwy nawyk zmieniania piosenek w mp4, a w przypadku Love Remains nie ruszyłem odtwarzałki ani razu, przesłuchałem ją od początku do końca. Nie zastanawiajcie się, bierzcie w ciemno, albo was to poruszy, albo przejdziecie obok zupełnie obojętnie, nie ma innych opcji.


Sleigh Bells – Treats

Niech mi ktoś wytłumaczy – jak to jest, że Crystal Castles, M.I.A. i recenzowany zespół krążą po tych samych rejonach śmieciowego popu, a to właśnie debiutantom wychodzi to krążenie najlepiej? Kompletnie tego nie ogarniam, ale co ja mogę, skoro jestem tylko prostym, niewykształconym człowieczkiem bawiącym się w krytykę. Na debiucie Sleigh Bells nie ma zbyt wielu rzeczy do krytykowania, no może czasami jest trochę za dużo hałasu i śmieciowego brzmienia, ale to spokojnie można przeboleć. Wystarczy posłuchać singlowego Tell ’Em czy Crown on the Ground (dla mnie ten utwór jest muzyczną ilustracją popularnego internetowego mema Haters gonna hate) żeby przestać narzekać na szumy, trzaski i tym podobne dźwięki. Duet z Brooklynu ma prostą receptę na muzykę – chwytliwy riff, jakiś przesterowany bit wyciągnięty od cheerleaderek, delikatny kobiecy wokal i jedziemy. Uwierzcie mi, że metoda ta w ich wypadku naprawdę się sprawdza. Jak dla mnie jedno z bardziej pozytywnych zaskoczeń w tym roku.

Tamaryn – The Waves

Co ja tu słyszę? The Cure, My Bloody Valentine, Mazzy Star, wiele składników z post punku, shoegaze’u i dream popu. Bardzo smacznie się zapowiada, ale nie wiadomo czy danie będzie dobrze przyrządzone i finezyjnie podane. Kompozycje wolno się rozwijają, dominują porozciągane i rozmyte gitarowe ściany, więc nie dziwota, że wrzucamy ich do worka z napisem „shoegaze”. Niby zespołów z kobiecych wokalem grających podobną muzykę jest sporo (wymienię jednak tylko Asobi Seksu) i można oczekiwać, że kolejna produkcja będzie po prostu kolejną produkcją, ale jednak nie w tym wypadku. Sam fakt, że muzyka Tamaryn każe mi wyobrażać sobie wieczorną jazdę po amerykańskiej autostradzie na pustyni i przywołuje kilka innych obrazów, każe mi uznać to wydawnictwo za porządne. Jak na debiut bardzo dobre, ale w ogólnym rozrachunku nie ma tu nic poza stosowaniem znanych już w shoegaze’ie i post punku chwytów, nie zmienia to faktu, że są one użyte w mądry sposób. The Waves jest albumem na siódemkę w skali dziesięciostopniowej. Nie jest to jeszcze lista roku, ale kto wie, może następnym krążkiem na takową się załapią.

2 komentarze:

  1. z tej trójki najbardziej urzekł mnie Tamaryn .
    idealnie się komponuje z jesiennymi wieczorami :)

    OdpowiedzUsuń
  2. 44 year old Programmer Analyst II Ferdinande Cater, hailing from Nova Scotia enjoys watching movies like Princess and the Pony and Roller skating. Took a trip to Kathmandu Valley and drives a Ferrari 250 MM Berlinetta. zrodlo imp

    OdpowiedzUsuń