poniedziałek, 13 września 2010

Świeża zupa #10


Ariel Pink’s Haunted Grafitti – Before Today

Nie lubię Ariela Pinka. Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu gdy słyszę o nim, coś się we mnie gotuje, więc tym bardziej boli mnie, że jest teraz modny. Poza tym określenia typu „freak”, „New Weird America” czy „freak folk”, jeżeli nie odnoszą się do Animal Collective, wywołują we mnie napady śmiechu. Umówmy się – prawdziwym freakiem jest Gaga ubierająca się w sukienkę z surowego mięsa, a nie nagrywający na ośmiościeżkowiec porąbane piosenki Rosenberg (jego prawdziwe nazwisko). On może być co najwyżej outsiderem, prawdziwe szaleństwo jest dla niego nieosiągalne.

Powtórzę: nie lubię Pinka. Całą ta otoczka natchnionego artysty z jego niewielką, równie natchnioną świtą, irytuje mnie. Zasług nie mogę mu odmówić, w końcu koleś dał światu intelektualne podstawy chillwave’u, do tego nagrywał sobie z Animal Collective, których bardzo szanuję. Jego poprzednie nagrania nie przemawiały do mnie, choć „obiektywnie” były dobre, brakowało im czegoś, co mogłoby mnie chwycić za serce i trzymać aż dostałbym zawału. Dlatego do Before Today podchodziłem z dużą ostrożnością.

Przesłuchałem i pojawił się problem, duży. „Obiektywnie” to jest świetna płyta, pełna bardzo dobrych piosenek, ciekawie nagrana, niemniej pojawia się „ale”. Pink zabiera nas na wycieczkę po muzyce popularnej lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, co zresztą pokazuje tytuł. Na godzinę lekcyjną odpłyniemy w stronę inspiracji tym co najbardziej kiczowate w muzyce poprzednich dekad, otrzymując sporą dawkę dobrze skrojonego pastiszu. Gdyby ktoś zapytał, co jest motywem przewodnim krążka, odparłbym, że palmy, słońce, hawajskie koszule i oczywiście psychodelia. Brzmienia i zagrywki typowe dla hippisów egzystują na każdym zakręcie i machają w naszym kierunku z uśmiechem na twarzy. Zresztą, całe Before Today sprawia wrażenie nieustannego puszczania oczka w kierunku odbiorcy, jak chociażby w Round and Round, który według mnie ma prawo aspirować do tytułu piosenki roku. W tym utworze słoneczne miasta Ameryki, kolorowe kabriolety, krzykliwe garnitury i okulary przeciwsłoneczne tańczą radośnie w rytm piosenki żywcem wyjętej z pastelowych lat osiemdziesiątych. Gdy usłyszałem linię basu z Round and Round, pomyślałem „mój Boże, italo disco”, a jak się potem okazało, nie była to ostatnia taka myśl. Już otwierający płytę Hot Body Rub kazał mi zastanawiać się nad tym jakością dilera Pinka, a następujący po nim Bright Lit Blue Skies radośnie pogrzebał moje wyobrażenia o lekkim punku i surf rocku. Każdy song z Before Today wywołuje wrażenie poronionego, nieważne czy kpi sobie z wczesnej Madonny jak w Beverly Kills, czy strukturą mruga w stronę kolegów z Animal Collective jak w L’estat, ale najlepszym przykładem szaleństwa Rosenberga jest Butt-House Blondies – gdyby ktoś z was kiedyś zastanawiał się, jak brzmi plażowy power metal, ten kawałek da wam odpowiedź. Gdyby Tony Iommi wiedział, że w dwa tysiące dziesiątym roku ktoś przerobi Black Sabbath na słoneczną piosenkę, zapewne nigdy nie wziąłby gitary do ręki.

Z drugiej strony, niektórzy mogą patrzeć na Before Today jak na zbiór przyjemnych piosenek do posłuchania i zapomnienia, a choć chciałbym należeć do tego grona, nie mogę. Mimo iż dalej wspomnienie o Arielu Pinku wywołuje we mnie niesłychaną irytację, ta płyta ma to coś, tylko, że to „coś” jest głęboko ukryte. Naprawdę, trzeba przekopać się przez całą masę melodyjek z psychiatryka, radosnych pogwizdywań i innego słodkiego gówna, żeby dostać się do tego „czegoś”. I mimo iż jestem podjarany całościowym wydźwiękiem płyty, tymi wszystkimi inspiracjami i pastiszami, mimo, że znalazłem to „coś”, czegoś mi tu brakuje. Nie wiem, może wypadałoby Arielowi dodać coś od siebie, a nie tylko przerabiać istniejące już rozwiązania? Before Today nie przynosi żadnej rewolucji, nawet fakt, że Ariel przetransferował się do 4AD niczego nie zmienia, poza tym, że jego najbardziej fanatyczni wyznawcy będą mu zarzucać porzucenie undergroundu. Ten album jest cholernie przystępny, świetnie nagrany i wręcz skazany na sukces, a kogo obchodzi, że jednemu człowiekowi czegoś w nim brakuje? Nikogo, więc słuchajcie i radujcie się, nieważne czy uznacie Before Today za zbiór letnich czasoumilaczy, czy też za płytę niemalże wybitną. 

2 komentarze:

  1. powala mnie twoja wiedza muzyczna ;)jakbyś nie pisał o Arielu to nawet jego istnienie przeszłoby obok mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. oj tam, oj tam. po prostu nie mam co robić ze swoim życiem ;]

    OdpowiedzUsuń