poniedziałek, 20 września 2010

Kult, miód i zimne piwo czyli płyty życia #2


Ali Farka Touré & Toumani Diabaté – Ali and Toumani

Ali Ibrahim „Farka” Touré nie żyje od 2006 roku, ale jego życie w żadnym wypadku nie poszło na marne. Martin Scorsese powiedział, że jego muzyka zawiera „DNA bluesa”, media nazywały go „afrykańskim John Lee Hookerem”, a płyty z nim nagrywali najwięksi, jak choćby Ry Cooder. Toumani Diabaté za to jest obecnie chyba najbardziej znanym człowiekiem grającym na korze, zachodnioafrykańskim odpowiedniku harfy, dodatkowo pochodzi z rodziny o naprawdę długich tradycjach gry na tym instrumencie – ustne opowieści z jego rodziny mówią o siedemdziesięciu jeden generacjach grających na korze przed Toumanim. Panowie nagrali dwa wspólne albumy: In the Heart of the Moon z 2005 roku i tegoroczny Ali and Toumani.

Słuchając tego krążka narodziła się we mnie pewna „rozterka”. Otóż, zacząłem się zastanawiać czy muzyka Malijczyków podoba mi się dlatego, że jest „obiektywnie” dobra, czy też może dlatego, że trafia w bliskie mojemu sercu nuty? Niemniej to nie koniec, bowiem w pewnym momencie wykiełkowała we mnie myśl, iż ich twórczość może trafiać do mnie dlatego, że jest czymś osobliwym, a więc z góry muszę to uznać za „fajne”. Doszedłem do wniosku, że właśnie w egzotyczności leży problem z percepcją muzyki spoza „zachodniego” kręgu kulturowego. Przyjmijmy, że pewne grupa ludzi usłyszy Ali and Toumani. Opowiemy im kto i gdzie album nagrał, po czym puścimy go do odsłuchania. Moim zdaniem większość z góry uzna go za „fajny” właśnie ze względu na inność, która nie pozwala na jakiekolwiek odniesienia do naszej cywilizacji. Wielu uczonych w muzyce mówi, że Ali Farka grał bluesa i w pewnym sensie mają oni rację, ale należy zauważyć, że jego blues jest skrajnie różny od tego nam znanego. Gdzieś słyszałem, że co prawda blues jest tylko jeden, a reszta to po prostu różne jego wariacje, ale Farka Touré całkowicie przemodelował ten gatunek muzyki na warunki afrykańskie i choć emocje zauważane w jego graniu mogą zostać przez resztę świata odczytane, w całości będzie on czytelny tylko dla Afrykanów, a jeszcze ściślej mówiąc tylko dla Malijczyków. Toumani zaś jest całkowicie osadzony w tradycji zachodnioafrykańskiej, chociażby ze względu na instrument, którym się posługuje, poza tym jego solowe dokonania, choć zawierają pewne odniesienia do bluesa czy jazzu, są na wskroś malijskie.

Słuchając dalej, postanowiłem całkowicie wyeliminować postrzeganie płyty jako egzotycznej, skupiając się głównie na muzyce. Od razu chcę nadmienić, że nie jest to krążek dla każdego, bowiem nie wszyscy mogą lubić głównie instrumentalne kompozycje tylko na gitarę i korę, z rzadko występującym wokalem. Dodatkowo dźwięki stworzone prze Aliego i Toumaniego są do bólu wręcz niemodne, ale za to całkowicie szczere. Słuchając ich utworów nie sposób oprzeć się wrażeniu świeżości i spokoju, a każdy utwór z osobna przypomina bardziej snucie opowieści o dawnych czasach niż zwartą kompozycję. To nie są piosenki na szybkie przesłuchanie, żeby całkowicie poczuć Ali and Toumani trzeba się wsłuchać. Gwarantuję, że ten kto to uczyni, nie będzie zawiedziony, bowiem każdy dźwięk z tego krążka niesie nam jakąś uniwersalną wiedzę o człowieku i jego naturze, lecz przede wszystkim wydawnictwo to jest muzyczną opowieścią i zarazem podróżą po Afryce. Ali i Toumani na pięćdziesiąt minut zabierają słuchacza w odległe i nieznane większości krainy, żeby pokazać ich piękno i wyjątkowość. Będziemy mogli posłuchać tradycyjnej pieśni w Sabu Yerkoy, które ukaże nam wieczorne życie malijskiej wioski gdzieś pod Bamako, zdarzy się także okazja to hipnotycznego tańca pod księżycem, a zmusi nas do tego Samba Geladio, a najdłuższy na płycie 56 zabierze nas w rejs drewnianą łódką po wodach Nigru.

Chciałem być obiektywny, ale chyba nie dam rady. Ali and Toumani jest bowiem dziełem całkowicie doskonałym, to po prostu piękna, szczera muzyka grana prosto z serca. Co prawda, nie wszyscy docenią uroki tej płyty, gdyż jak już wspominałem nie każdy lubi taką muzykę. Dla wielu krążek te będzie zapewne początkiem przygody z muzyką Malijczyków, dla mnie natomiast jest on swego rodzaju ukoronowaniem mojej wyprawy z Alim Touré. Toumani może nagrać jeszcze wiele świetnych płyt, natomiast Farce nie będzie już to dane. Jego solowa twórczość jest dla mnie niepodważalnie świetna, ale ten album nagrany wspólnie z Toumanim pokazuje jak wielkim muzykiem był Ali Farka Touré. Bezapelacyjnie Ali and Toumani jest opus magnum muzyki malijskiej, ale nie tylko – nie zdziwiłbym się gdyby za kilka lat jacyś nowojorscy młodzieńcy zaczęli nagrywać płyty inspirowane twórczością Malijczyków, a zachodnie media okrzyknęłyby to nowym gatunkiem. Naprawdę szczerze polecam!

Ps. Płyta ta powinna wylądować w rubryce „Świeża zupa”, ale uznałem ją za tak doskonałą, że automatycznie wskoczyła do kategorii „Płyty życia”. Zresztą, gdybym miał ją umieszczać w „zupie” musiałbym wystawić jej 10/10, a ocen nie chcę stosować, gdyż zabijają one radość pisania i mam nadzieję, że czytania też.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz