
Holy Fuck – Latin
Chyba zespoły z „fuck” w nazwie do mnie przemawiają. Fuck Buttons są dla mnie absolutnie fenomenalni, Fucked Up to muzyka mojego liceum, teraz do tego grona dołącza Holy Fuck. Nie umiem tego wytłumaczyć, może najzwyczajniej w świecie w muzyce tych grup jest coś, co silnie chwyta za moje wrażliwe serudszko i nie puszcza. Odpuścmy sobie dywagacja, skupmy się na faktach. Sprawa prezentuje się następująco – Brytole nas w tym roku zawodzą. Poza jednym dobrym album Foalsów, nie ma niczego, czym moglibyśmy się ekscytować. Klaxonsi dali ciała, nowe Hot Chip jest mierne, promowany przez brytyjskie media Bombay Bicycle Club woła o pomstę do nieba, a solowa płyta Philipa Selway’a z Radiohead jest pozycją tylko dla zagorzałych fanów Radiosiów. W tym roku podniecamy się byłymi częściami British Empire – Australią, Ameryką, Kanadą. Furorę robią Crystal Castles, The Drums, wszyscy czekają na nową płytę Kings of Leon, a w międzyczasie bardzo dużo się dzieje, czego dowodem jest Latin kanadyjskiego Holy Fuck. Dostajemy tutaj prawie czterdzieści minut dźwięków definiowanych jako „lo-fi/improwizowana elektronika”, ale to czysta bzdura. Panowie wyrośli na gruncie post rockowym, więc nic dziwnego, że ciągnie ich do elektroniki, ale to dalej jest band gitarowy. Fakt, ze gitary są pocięte i poprzetwarzane różnorakimi efektami niczego nie zmienia, oni dalej grają rocka. Słuchająć najnowszego dokonania Kanadyjczyków nie mogę uciec od porównywania ich do Fuck Buttons i to nie tylko ze względu na obecność „fuck” w nazwie. Ich muzyka to takie poskracane i zrytmizowane Fuck Buttons – więcej tu chwytliwych melodii niż na dokonaniach duetu z Bristolu raz znacznie więcej czegoś, co nazywam „pierwiastkiem popowym”. Z całym szacunkiem, ale twórczość Buttonsów jest mało popowa, bowiem kto będzie puszczał w radiu dziesięciominutowe, powolne, trzaskliwe kompozycje? U Holy Fuck tego problemu nie ma, wystarczy zaznajomić się z Silva & Grimes, by wiedzieć co mam na myśli. Zresztą wymieniony właśnie utwór jest moim niezaprzeczalnym numerem jeden krążka, przez skojarzenia jakie wywołuje – wszystko w tej piosence, począwszy od cudownej linii basu, przez trzaski, sprzężenia i wybuchy, po odjechaną elektronikę, przypomina mi dzieciństwo i zarywanie całych dni, bo tata przyniósł nowe kartridże do Pegazusa. Oprócz takich „melancholijnych” utworów, znajdziemy też parkietowe wymiatacze jak SHT MTN, którego nie powstydziliby się Chemiczni, Fatboy Slim czy Daft Punk, jest też kompozycja z rytmem dostosowanym do szybkiej jazdy na rowerze – Stilettos. Kanadyjczycy łaczą rockową tradycję z elementami drone’u, glitchu i innej elektroniki opartej na cyfrowej obróbce dźwięku i połamanych, trzaskliwych brzmieniach. Latin może wydać się nieprzystępne, ale to tylko pozory, bowiem pod hałasowaniem ukryta jest naprawdę dobra płyta.
Chyba zespoły z „fuck” w nazwie do mnie przemawiają. Fuck Buttons są dla mnie absolutnie fenomenalni, Fucked Up to muzyka mojego liceum, teraz do tego grona dołącza Holy Fuck. Nie umiem tego wytłumaczyć, może najzwyczajniej w świecie w muzyce tych grup jest coś, co silnie chwyta za moje wrażliwe serudszko i nie puszcza. Odpuścmy sobie dywagacja, skupmy się na faktach. Sprawa prezentuje się następująco – Brytole nas w tym roku zawodzą. Poza jednym dobrym album Foalsów, nie ma niczego, czym moglibyśmy się ekscytować. Klaxonsi dali ciała, nowe Hot Chip jest mierne, promowany przez brytyjskie media Bombay Bicycle Club woła o pomstę do nieba, a solowa płyta Philipa Selway’a z Radiohead jest pozycją tylko dla zagorzałych fanów Radiosiów. W tym roku podniecamy się byłymi częściami British Empire – Australią, Ameryką, Kanadą. Furorę robią Crystal Castles, The Drums, wszyscy czekają na nową płytę Kings of Leon, a w międzyczasie bardzo dużo się dzieje, czego dowodem jest Latin kanadyjskiego Holy Fuck. Dostajemy tutaj prawie czterdzieści minut dźwięków definiowanych jako „lo-fi/improwizowana elektronika”, ale to czysta bzdura. Panowie wyrośli na gruncie post rockowym, więc nic dziwnego, że ciągnie ich do elektroniki, ale to dalej jest band gitarowy. Fakt, ze gitary są pocięte i poprzetwarzane różnorakimi efektami niczego nie zmienia, oni dalej grają rocka. Słuchająć najnowszego dokonania Kanadyjczyków nie mogę uciec od porównywania ich do Fuck Buttons i to nie tylko ze względu na obecność „fuck” w nazwie. Ich muzyka to takie poskracane i zrytmizowane Fuck Buttons – więcej tu chwytliwych melodii niż na dokonaniach duetu z Bristolu raz znacznie więcej czegoś, co nazywam „pierwiastkiem popowym”. Z całym szacunkiem, ale twórczość Buttonsów jest mało popowa, bowiem kto będzie puszczał w radiu dziesięciominutowe, powolne, trzaskliwe kompozycje? U Holy Fuck tego problemu nie ma, wystarczy zaznajomić się z Silva & Grimes, by wiedzieć co mam na myśli. Zresztą wymieniony właśnie utwór jest moim niezaprzeczalnym numerem jeden krążka, przez skojarzenia jakie wywołuje – wszystko w tej piosence, począwszy od cudownej linii basu, przez trzaski, sprzężenia i wybuchy, po odjechaną elektronikę, przypomina mi dzieciństwo i zarywanie całych dni, bo tata przyniósł nowe kartridże do Pegazusa. Oprócz takich „melancholijnych” utworów, znajdziemy też parkietowe wymiatacze jak SHT MTN, którego nie powstydziliby się Chemiczni, Fatboy Slim czy Daft Punk, jest też kompozycja z rytmem dostosowanym do szybkiej jazdy na rowerze – Stilettos. Kanadyjczycy łaczą rockową tradycję z elementami drone’u, glitchu i innej elektroniki opartej na cyfrowej obróbce dźwięku i połamanych, trzaskliwych brzmieniach. Latin może wydać się nieprzystępne, ale to tylko pozory, bowiem pod hałasowaniem ukryta jest naprawdę dobra płyta.
-2010-front.jpg)
Hocus Pocus – 16 Pièces
Ziom, obczaj tą nutę. Nie pieprz, słuchaj! Co to za gówno? To zacna francuska kapelka, naprawdę warto. Słuchaj, słuchaj, to nie boli. Ty, wiem, że to ma styl, byle czego bym ci nie polecał, no nie? Obstaw mi ze dwie chmury. Stary, przy tak kozackiej nucie, należy zapalić. Mówisz, ze są do kogoś podobni? Czekaj, czekaj, chyba wiem. Afro Kolektyw! I jeszcze jeden zespół, daj pomyśleć. No tak, klasyka, The Roots. Jazz i soul ci nie podchodzą? Nie wiesz co dobre, jazz jest ponadczasowy, podobnie jak soul i funk. Co ty, Jamesa Browna nie znasz? Ziom, wstydziłbyś się, jego dźwięków na tej płycie jest na pęczki. W ogóle ten krążek to klasyka lekkiego jazzu wymieszana z hip-hopem. Mówisz, że wszystkie songi podobne? Masz rację, ale nie zmienia to faktu, że 16 Pièces ma styl. Nie marudź, ziom, ten album jest porządnie zrobiony, żadnego przebłysku geniuszu, tylko bardzo dobre rzemiosło. Masz rację, gdyby się trochę bardziej przyłożyli, powstałoby dzieło świetne, a tak jest tylko niezłe. Przynajmniej ma stajla, no nie? Kozackie brzmienie, ale nic poza tym, a mimo to mi się podoba. Marudź sobie, ja zdania nie zmienię. Daj jeszcze chmurę, nie bądź taki. Hip-hop nie kończy się na Ostrym, człowieku, trzeba być otwartym!
Ziom, obczaj tą nutę. Nie pieprz, słuchaj! Co to za gówno? To zacna francuska kapelka, naprawdę warto. Słuchaj, słuchaj, to nie boli. Ty, wiem, że to ma styl, byle czego bym ci nie polecał, no nie? Obstaw mi ze dwie chmury. Stary, przy tak kozackiej nucie, należy zapalić. Mówisz, ze są do kogoś podobni? Czekaj, czekaj, chyba wiem. Afro Kolektyw! I jeszcze jeden zespół, daj pomyśleć. No tak, klasyka, The Roots. Jazz i soul ci nie podchodzą? Nie wiesz co dobre, jazz jest ponadczasowy, podobnie jak soul i funk. Co ty, Jamesa Browna nie znasz? Ziom, wstydziłbyś się, jego dźwięków na tej płycie jest na pęczki. W ogóle ten krążek to klasyka lekkiego jazzu wymieszana z hip-hopem. Mówisz, że wszystkie songi podobne? Masz rację, ale nie zmienia to faktu, że 16 Pièces ma styl. Nie marudź, ziom, ten album jest porządnie zrobiony, żadnego przebłysku geniuszu, tylko bardzo dobre rzemiosło. Masz rację, gdyby się trochę bardziej przyłożyli, powstałoby dzieło świetne, a tak jest tylko niezłe. Przynajmniej ma stajla, no nie? Kozackie brzmienie, ale nic poza tym, a mimo to mi się podoba. Marudź sobie, ja zdania nie zmienię. Daj jeszcze chmurę, nie bądź taki. Hip-hop nie kończy się na Ostrym, człowieku, trzeba być otwartym!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz