
Flying Lotus – Cosmogramma
Narzekałem ostatnio, że w tym roku nie wyszło nic powalającego, ale chyba przyjdzie mi to marudzenie zweryfikować. Chociaż moja koleżanka twierdzi, że najnowsze wydawnictwo FlyLo ssie w porównaniu do poprzedniego Los Angeles, ośmielę się nie zgodzić z tym radykalnie ignoranckim zdaniem, ale czego wymagać od kogoś, kto jara się Crystal Castles (Magda, gdybyś to czytała, wiedz, że to tylko ironia z mojej strony). Ellison zabiera nas na czterdzieści siedem minut w muzyczną podróż po krainie instrumentalnego hip-hopu, gęsto obsianego drzewkami dubowymi, drum’n’bassowymi i breakbeatowymi. Chociaż pierwsze minuty mogą odstraszyć potencjalnych odkrywców, są one bardziej testem niż realnym zagrożeniem, bowiem ten kto przetrwa Clock Catcher, dotrwa już do samego końca. Przyznam wam szczerze, że początkowo nie podchodziła mi muzyka serwowana przez Ellisona, uważałem ją za chaotyczną i hałaśliwą, ale przy uważniejszym wsłuchaniu się zacząłem wyławiać różne smaczki. Gdy przesłuchałem płytę od deski do deski, zdębiałem. Tego krążka nie da opisać się, wyławiając pojedyncze utwory i analizując, jego trzeba chłonąć całościowo. Cosmogramma jest powiewem świeżości, dowodem na to, że używając sampli i loopów można tworzyć muzykę z duszą. Posłuchajcie chociażby Do the Astral Plane, a zrozumiecie o co mi chodzi. Po prostu, Lotusowi udała się ta sama sztuka, która wcześniej udawała się Amonowi Tobinowi – ze strzępków materiału udało mu się uszyć wyśmienitą kolekcję. Co prawda nagromadzenie inspiracji i skojarzeń jakie płyta powoduje może odrobinę przerażać i chociaż album nie ma jednego motywu przewodniego, nie sprawia wrażenia chaotycznego, wręcz przeciwnie – jest precyzyjny i wyliczony. Znajdziemy tu tłuste bity, pocięte melodie, ale tez kompozycje na harfę i saksofon. Nawet fani Radiohead odnajdą tu coś dla siebie, bowiem poza gościnnym występem naszego ulubionego neurotyka Thoma Yorke’a w ...And The World Laughs With You, w kilku nagraniach słychać uśmiechy w stronę postOkComputerowych dokonań Radiosiów. Moim zdaniem album bezapelacyjnie wpisuje się na listę roku i być może na listę lat dziesiątych XXI wieku. Mam szczerą nadzieję, że następny krążek Flying Lotusa będzie czymś na kształt Bricolage Amona Tobina, a na razie będę się jarał i spalał przy tym. Magia, magia i jeszcze raz kosmos.
Narzekałem ostatnio, że w tym roku nie wyszło nic powalającego, ale chyba przyjdzie mi to marudzenie zweryfikować. Chociaż moja koleżanka twierdzi, że najnowsze wydawnictwo FlyLo ssie w porównaniu do poprzedniego Los Angeles, ośmielę się nie zgodzić z tym radykalnie ignoranckim zdaniem, ale czego wymagać od kogoś, kto jara się Crystal Castles (Magda, gdybyś to czytała, wiedz, że to tylko ironia z mojej strony). Ellison zabiera nas na czterdzieści siedem minut w muzyczną podróż po krainie instrumentalnego hip-hopu, gęsto obsianego drzewkami dubowymi, drum’n’bassowymi i breakbeatowymi. Chociaż pierwsze minuty mogą odstraszyć potencjalnych odkrywców, są one bardziej testem niż realnym zagrożeniem, bowiem ten kto przetrwa Clock Catcher, dotrwa już do samego końca. Przyznam wam szczerze, że początkowo nie podchodziła mi muzyka serwowana przez Ellisona, uważałem ją za chaotyczną i hałaśliwą, ale przy uważniejszym wsłuchaniu się zacząłem wyławiać różne smaczki. Gdy przesłuchałem płytę od deski do deski, zdębiałem. Tego krążka nie da opisać się, wyławiając pojedyncze utwory i analizując, jego trzeba chłonąć całościowo. Cosmogramma jest powiewem świeżości, dowodem na to, że używając sampli i loopów można tworzyć muzykę z duszą. Posłuchajcie chociażby Do the Astral Plane, a zrozumiecie o co mi chodzi. Po prostu, Lotusowi udała się ta sama sztuka, która wcześniej udawała się Amonowi Tobinowi – ze strzępków materiału udało mu się uszyć wyśmienitą kolekcję. Co prawda nagromadzenie inspiracji i skojarzeń jakie płyta powoduje może odrobinę przerażać i chociaż album nie ma jednego motywu przewodniego, nie sprawia wrażenia chaotycznego, wręcz przeciwnie – jest precyzyjny i wyliczony. Znajdziemy tu tłuste bity, pocięte melodie, ale tez kompozycje na harfę i saksofon. Nawet fani Radiohead odnajdą tu coś dla siebie, bowiem poza gościnnym występem naszego ulubionego neurotyka Thoma Yorke’a w ...And The World Laughs With You, w kilku nagraniach słychać uśmiechy w stronę postOkComputerowych dokonań Radiosiów. Moim zdaniem album bezapelacyjnie wpisuje się na listę roku i być może na listę lat dziesiątych XXI wieku. Mam szczerą nadzieję, że następny krążek Flying Lotusa będzie czymś na kształt Bricolage Amona Tobina, a na razie będę się jarał i spalał przy tym. Magia, magia i jeszcze raz kosmos.

Pantha du Prince – Black Noise
Singer – chcesz dobrego minimala?
Lord XXX – jasne. ^^
S – dobry, niemiecki.
LX – dajesz. ^^
S – to chyba jedyne, poza autostradami, co Niemcy mają dobrego : P
(Lord XXX słucha).
S – i jak?
LX – moment. to nie jest minimal.
S – a niby co panie znawco?
LX – tu jest szybkie tempo. od kiedy w minimalu jest szybkie tempo?
S – to jest taki specyficzny minimal : P
LX – to może ja wcale nie słucham minimalu?
S – oj tam, oj tam. przyjmijmy, że to dobra, niemiecka elektronika.
LX – to ja nie lubię.
S – marudzisz. : P
LX – trochę.
(Singerowi zacina się przeglądarka, ale zaraz się odcina).
S – no i patrz. a nie. masz szczęście!
LX - ? :D
S – myślałem, że mi się przeglądarka zacięła przez Ciebie. : P
LX – a co ja robiłem? : D
S – bzdury gadałeś.
Faktycznie gadał bzdury. Black Noise to dobry, spokojny album z cudowną okładką. I kropka, zwykłej recenzji nie ma.
Singer – chcesz dobrego minimala?
Lord XXX – jasne. ^^
S – dobry, niemiecki.
LX – dajesz. ^^
S – to chyba jedyne, poza autostradami, co Niemcy mają dobrego : P
(Lord XXX słucha).
S – i jak?
LX – moment. to nie jest minimal.
S – a niby co panie znawco?
LX – tu jest szybkie tempo. od kiedy w minimalu jest szybkie tempo?
S – to jest taki specyficzny minimal : P
LX – to może ja wcale nie słucham minimalu?
S – oj tam, oj tam. przyjmijmy, że to dobra, niemiecka elektronika.
LX – to ja nie lubię.
S – marudzisz. : P
LX – trochę.
(Singerowi zacina się przeglądarka, ale zaraz się odcina).
S – no i patrz. a nie. masz szczęście!
LX - ? :D
S – myślałem, że mi się przeglądarka zacięła przez Ciebie. : P
LX – a co ja robiłem? : D
S – bzdury gadałeś.
Faktycznie gadał bzdury. Black Noise to dobry, spokojny album z cudowną okładką. I kropka, zwykłej recenzji nie ma.
Lllllubię to.
OdpowiedzUsuńDamian, czytałam i pojęłam, iż to była ironia.
OdpowiedzUsuńTo zdanie nie było radykalnie ignoranckie, to była moja osobista opinia! LUBIĘ Cosmo, może pokocham tak jak LA. Jaram się nową płytką, jaram, ale bez szału póki co ;P
Magda
przejdzie Ci. mówię, że Ci przejdzie ;]
OdpowiedzUsuń