piątek, 17 września 2010

Świeża zupa #11


Alcest - Écailles de Lune

Shoegaze i post rock to bliskie mojemu skołatanemu sercu gatunki. Czasami lubię otworzyć sobie okno i puścić na cały regulator ścianę gitarowego jednostajnego dźwięku, tak głośnego i przeefektowanego, że sąsiadka kilkanaście domów dalej dostaje szału. Poza tym, czy jest coś piękniejszego niż wpatrywanie się w panel wypełniony gitarowymi efektami i granie smutnych piosenek? Pewnie każdy będzie miał dobrą odpowiedź na to pytanie, ale ja zdania nie zmienię – przez swoją ciapowatość mam naturalne predyspozycje do lubienia tych gatunków. A tak szczerze – znacie jakiś bardziej apatyczną muzykę niż shoegaze? W nim nie ma ani tanecznego rytmu, nie uświadczymy kozackomasywnowyjebanych riffów, zero basu, w ogóle o czym my rozmawiamy? 

Mówimy o najnowszym dokonaniu Francuza o wdzięcznym pseudonimie Neige (śnieg). Tu możecie się zdziwić – ale jak to? Facet ze słonecznego południa Francji nagrał coś apatycznego, smutnego i głośnego? A czy oni przypadkiem nie są weseli i ogólnie szczęśliwi? Cóż, pewnie są, ale jak widać, nie wszyscy. Poczyniłem pewne badania w tym kierunku i odkryłem, że Francja daje nam nie tylko tradycyjne chanson, hip-hop, czy wszelakie rodzaje tanecznej elektroniki, ale jest też bardzo silnym bastionem shoegaze’u właśnie. Swego czasu prezentowałem dokonania Alcesta swojemu przyjacielowi (który, być może, będzie tu zamieszczał swoje teksty) i stoczyliśmy dysputę na jego temat. Ja występowałem jako strona jarająca się, kompletnie urzeczona tym co Francuz nam proponuje, on był krytykiem twierdzącym, że Francuzi i tak całą swoją gitarową muzykę zrzynają od Brytoli i Jankesów. Nie będę ukrywał, że miał sporo racji, bowiem jest w tych nagraniach mnóstwo elementów, które już prezentowały zespoły z Wysp lub, w mniejszym stopniu, ze Stanów.

Opinia, którą teraz wyrażę, mogłaby narazić mnie na spalenie żywcem, gdybym wygłosił ją w środowisku mroczno-emo-gotyckim. Otóż, Écailles de Lune nie jest może najmroczniejszym wydawnictwem jakie słyszałem, ale na pewno ilość tak zwanego „mroku” na tej płycie jest większa niż w całej dyskografii niejednego gotyckiego bandu. Neige swoimi gitarowymi pędzelkami maluje obraz stokroć bardziej smutny i pesymistyczny od całego rokrzyczanego ruchu emo, nie używając podczas nagrania ani jednej żyletki (wydaje mi się, że preferuje struny). Posłuchajcie dwuczęściowego utworu tytułowego – toż to spokój w najczystszej postaci, tak czystej, że aż skrystalizowanej, ale jaki smutny i mroczny jednocześnie! Chociaż, może odrobinę z tym mrokiem przesadziłem, bo więcej tu spokojnego pesymizmu, bez epatowania pentagramami, nietoperzami i krwią. Nie ma tu żadnych typowo „mhrocznych” rekwizytów, są za to ogromne emocje. Natężenie Jasnej i Ciemnej Strony Mocy zmienia się tutaj co chwilę – w jednym momencie Luke ratuje jakąś zagubioną duszę, w drugim Anakin staje się Vaderem, oczywiście tak to wyglądałoby, gdyby Gwiezdne Wojny działy się w jakimś elfim świecie, bo znajdzie się tutaj kilka takich „sigurowatych” momentów. Generalnie płyta jest zgrabnie rozdzielona na dwie cześci, przy czym pierwsza jest epicka, głośna, zagniewana i smutna, a druga dryfuje swobodnie w klimaty dream popowe, tracąc na epickości, trochę obniżając głośność, ale pozostawiając ten sam pakiet niesamowitych emocji. O ile dwie części Écailles de Lune żmiadżą nas rozmachem i siłą, o tyle wieńczące płytę Sur L'Océan Couleur de Fer sprawi, że będziecie mieli ochotę rozpłakać się jak dzieci i to nie tylko ze względu na zastrzyk depresji, jaki ten utwór daje, ale także wskutek zachłyśnięcia się pięknem. Tak, tak, tutaj są najpiękniejsze brzmienia gitar jakie dostaliśmy w tym roku, a do tego od strony wizualnej Écailles de Lune jest po prostu powalające i przywołuje na myśl malarstwo secesyjne.

Powiedzmy wprost – wiele elementów tego krążka to jawna kradzież z najlepszych dokonań brytyjskiego shoegaze’u, ale za to w jakim stylu dokonano napadu! Oceniając tą płytę, starałem się być możliwie jak najbardziej obiektywnie i krytycznie nastawionym, ale udało mi się to tylko w niewielkim stopniu, więc możecie posądzać mnie o tendencyjność. Jeśli chodzi o gitarowe granie, w tym roku chyba nic piękniejszego nie wyjdzie. Nawet nie będę się silił na decydowanie czy Écailles de Lune jest dobre, ponieważ jest po prostu piękne, a myślę, że to najlepsza rekomendacja. Oj, mój kolega polonista może się na mnie obrazić, ale gdyby Wyspiański był rockamanem, nagrałby ten album zamiast Śniega.

1 komentarz:

  1. aaa, ja nie wiedziałam że nowa płyta jest! nawet nie mam jak posłuchać :< a taka śliczna okładka. :<

    OdpowiedzUsuń