
The National – High Violet
Okładka przykuwa wzrok i zastanawia, a wszystkie media piszą, że oni grają indie. Słuchałem i indie nie znalazłem, nie wiem może jest tak dobrze ukryte, albo ja jestem taki ograniczony. Niemniej jednego tej płycie nie mogę odmówić – jest na wskroś amerykańska i to w pozytywnym tego określenia znaczeniu. Mamy tu niski wokal, klasyczne rockowe instrumentarium, dobrze napisane piosenki. Niezaprzeczalnym atutem jest jesienny klimat, dzięki czemu High Violet świetnie się słucha, kiedy na dworze coraz zimniej i ciemniej. Wiele na ich temat do powiedzenia nie mam, bo to nic więcej ponad klasyczne, dobre rockowe granie reprezentowane przez takie zespoły jak na przykład Interpol czy Band of Horses. Oni swoją publikę mają, niczego nie muszą już udowadniać, po prostu mogą sobie pozwolić na nagranie dobrej płyty, która zadowoli wszystkich fanów tradycyjnego, gitarowego grania. Obiektywnie są dobrym zespołem z dobrymi albumami, ale u mnie nie wywołują żadnych specjalnych emocji, nic ponad zwykle stwierdzenie „chłopaki jesteście ok.” i posłuchanie od czasu do czasu.
Surfer Blood - Astro Coast
Floryda zawsze będzie mi się kojarzyć z kubańskimi uciekinierami i Horatio z CSI: Miami. Nie lubię miejsc gdzie jest za dużo słońca, a ludzie mimo iż się uśmiechają i są szczęśliwi, chcą mnie uszkodzić, poza tym morze w za dużych ilościach to czyste zło. Natomiast muzyka z Florydy jest, wstyd się przyznać, fajna. Chłopaki z Surfer Blood nagrali bardzo przekonywujący mnie debiut – nie ma tutaj żadnego napuszenia, czy czegoś w tym stylu, tylko zwyczajne, bezpretensjonalne granie. Słychać, że są jeszcze młodzi i nieopierzeni, ale zostawiają wrażenie tak samo dobre jak The Drums, dodatkowo w ich wypadku surferska otoczka nie jest irytująca, w końcu są z Florydy. Muszę jeszcze wspomnieć, że choć Drumsi nadrabiali poziomem piosenek, brakowało mi w nich mocy, której u Surfer Blood jest mnóstwo. Mieszkańcy West Palm Beach, Floryda nie wymyślili niczego nowego, ale bardzo zgrabnie i w dobrym stylu przejechali się po rejonach indie, lo-fi i psychodeli. Do indie zawsze staram się podchodzić krytycznie, ale tutaj nie mam do czego się przyczepić – jest moc, są chwytliwe refreny i riffy, mamy dobrze napisane piosenki z licznymi odwołaniami, jednym słowem, jeśli ktoś lubi Pavement czy Weezera powinien posłuchać. Na razie wkładam ich do szufladki „fajne”, za jakiś czas powrócę i zobaczę czy zdołają się w niej utrzymać.
Two Door Cinema Club – Tourist History
Trzech chłopaków z Irlandii Północnej nagrało płytę i zastanówmy się co z tego wynika dla muzyki. Pod względem artystycznym – niewiele, bo to nic więcej ponad dobrze skrojony indie pop z elektronicznymi wstawkami. Panowie stawiają na minimalizm i wpadające w ucho melodie i dobrze na tym wychodzą. Jeżeli ktoś spodziewa się uniesień artystycznych po tym albumie, zawiedzie się, chyba że takie uniesienia powoduje u niego sprawne indie. Pod względem marketingowym natomiast Two Door Cinema Club mają prawo odnieść sukces, bowiem swoim debiutem na pewno trafią do docelowej grupy słuchaczy indie rocka, czyli zbuntowanej i modnej młodzieży licealnej i do co poniektórych starszych. Ich muzykę bardzo dobrze określa angielskie słowo catchy i na tym zakończę, bo nic poza catchy nie przychodzi mi do głowy, by opisać ten album.
Pulled Apart By Horses – Pulled Apart By Horses
Recenzja w jednym zdaniu: wyspiarski geycore dla zbuntowanej młodzieży i ubogich duchem, jeśli ktoś szuka czegoś więcej, niech poszuka gdzieś indziej.
najzajebistsza recka jaką do tej pory czytałem, naprawdę, do tego w jakiś sposób oddaje charakter PABH ;)
OdpowiedzUsuńmiło słyszeć ciepło słowo ;]
OdpowiedzUsuńGówno prawda, właśnie wróciłam z ich koncertu (brak zbuntowanej młodzieży dziwnym trafem). Są zajebiści i daje im kilka miesięcy na zdobycie minimum ogólnoeuropejskiej sławy!
OdpowiedzUsuń